Rozpoznaję Windows 10 jako złośliwe oprogramowanie.

Serdecznie witam wszystkich czytających pierwszy wpis na blogu. Chciałbym się podzielić najnowszą historią jaka mi się przydarzyła w związku z tak zwanym systemem operacyjnym z Redmond. Piszę tak zwanym, ponieważ w związku z pewnymi doświadczeniami nie uważam tego oprogramowania za system operacyjny, a za złośliwe oprogramowanie, które wyczerpuje dość dobrze definicję. Patrząc bowiem na wikipedii, złośliwe oprogramowanie to: ogół programów mających szkodliwe działanie w stosunku do systemu komputerowego lub jego użytkownika. Mianem złośliwego oprogramowania określa się wyłącznie oprogramowanie, które zostało przeznaczone do złych celów i działa wbrew oczekiwaniom użytkownika; określenie to nie obejmuje aplikacji, które mogą wyrządzić niezamierzoną szkodę z powodu jakiejś niedoskonałości.

Dodatkowo jeszcze celem zawężenia zakresu omawianego tematu skorzystam z definicji wirusa, dostępnego na tej samej stronie wikipedii poświęconej złośliwemu oprogramowaniu: wirusy – programy lub fragmenty złowrogiego kodu wykonywalnego, który dołącza się, nadpisuje lub zamienia inny program w celu powielania samego siebie bez zgody użytkownika. Ze względu na różne rodzaje infekcji wirusy dzielą się na: wirusy gnieżdżące się w sektorze rozruchowym dysku twardego (ang. boot sector viruses) […]

Dalsza część jest mi niepotrzebna, a szczegóły ujawnią, dlaczego.

[img=fdebe7ae-3667-427e-985d-db14173bfcfb id=336524]

Najpierw o moim podejściu do oprogramowania. Jestem użytkownikiem Linuxa gdzieś od końca XX wieku, moja pamięć użytkowania pingwina sięga na ostatni rok ubiegłego stulecia, czyli na rok 2000. To były czasy Mandrakelinux, Red Hat Linux gdzie jeszcze nie było mowy o podziale na RHEL’a i Fedorę, a także SUSE Linuxa (Do tej pory posiadam płytki instalacyjne do nich). Z Windowsem jakieś doświadczenia poboczne miałem, głównie ze względu na fakt, iż systemy oparte na jądrze Linuxa nie są zbyt chętnie wspierane przez producentów gier, co dla niektórych jest jednoznaczne z faktem, że to wina Linuxa. Tak oczywiście nie jest bo to jak obwinianie producenta samochodu, że producent alkoholu stworzył taki trunek, że się źle jeździ po nim. Co ciekawe, praktycznie niesłyszalny jest głos, ze jak urządzenie peryferyjne nie działa, to jest to wina Windowsa. Zawsze jest to wina producenta sprzętu. Zatem skąd te podwójne standardy? Z Linuxa korzystam zawodowo jak i prywatnie, służbowo administruję serwerami opartymi o RHEL, a także piszę programy w Javie i Pythonie, natomiast na domowych sprzętach króluje niepodzielnie Debian testing. Miałem przerwy na rozmaite testy Ubuntu, zwłaszcza w okolicach 2004/5 roku i potem w okolicach 2011 gdy wprowadzono GNOME Shell, a Cannonical zaproponowało Unity, które było naprawdę świetnym GUI. Jednak Plasma wydana w 2014 roku przyćmiła dla mnie wszystko i obecnie w grę nie wchodzą żadne gnomy, maty czy inne. Dość powiedzieć, że w najważniejszych i najbardziej newralgicznych momentach Pingwin nigdy mnie nie zawiódł.

Ostatnio zostałem namówiony do zakupu nowej karty graficznej, ponieważ jest kryzys i znajomi zaczęli mocno eksploatować Battlefronta 2, który z moją ówczesną kartą graficzną czyli GTX660 średnio się dogadywał. Podobnie jak NieR: Automata. Ale to nie jest ważne. W każdym razie, postanowiłem też zrobić eksperyment z dual bootem i wgrać Windowsa 10, jako że do nowej karty GTX 1660, która przyszła były dodatkowe sterowniki i oprogramowanie. Podzieliłem zatem dysk ssd na dwie połowy, żeby tam instalować systemy, a także dysk talerzowy, aby na nim składować katalogi domowe użytkownika dla poszczególnych systemów. Pierwszym moim zaskoczeniem była ubogość w możliwości podziału partycji przez Windowsa. Niemożność stworzenia partycji z katalogiem domowym użytkownika było czymś, czego się nie spodziewałem. Instalator Windowsa jest ubogi w opcje, jedyne co można zrobić, to usunąć lub stworzyć partycję i to wszystko. Zastanawiałem się długo co zrobić, no ale ostatecznie zainstalowałem ten „system”. Nie tak jak chciałem, nie tak jak byłem przyzwyczajony. W każdym razie, po długotrwałej instalacji udało się wszystko skonfigurować i sterowniki zainstalować co również pochłonęło niewspółmiernie ogromne ilości czasu i irytacji. No ale pierwszy sukces, można by rzec. Następnie przeszedłem do instalowania Pingwina, co poszło już szybko i bez jakiegokolwiek problemu, partycjonowanie i wszystkie działania instalacyjne tak jak powinny być. Po instalacji konfiguracja leci skryptem, który sobie kiedyś przygotowałem w związku z wymianą dysku, całość minęła więc bardzo szybko. Wszystko przygotowane, środowisko do pracy gotowe, nic więcej nie trzeba. Restartuję komputer, by zainstalować oprogramowanie, które jest niezbędne do grania w gry ze znajomymi, w tym wypadku Origin. Po zainstalowaniu wszystkich wymaganych komponentów, z racji że do rozgrywki ze znajomymi pozostało jeszcze kilka godzin, postanowiłem uruchomić Pingwina i porobić ważne rzeczy. Jakie było moje zdziwienie, gdy po restarcie nie pojawił się ekran wyboru systemu, tylko od razu zaczął się ładować Windows. Zdębiałem, ale mówię sobie, może doznałem pomroczności jasnej i przegapiłem moment wyboru. Restartuje ponownie komputer, i uzyskałem pewność, że nic nie przegapiłem, za to komputer automatycznie wczytuje Windowsa. Zdenerwowany wchodzę przy kolejnym restarcie w ustawienia UEFI i patrzę, a tu nie ma rekordu rozruchowego Linuxa. Przeze myśl przeleciało mi szybko zdanie „co do kur…?”, i przeszedłem przez wszystkie opcje, które wyglądały po prostu tak, jakby Debiana nigdy nie było. Czyżbym popełnił błąd? W nawiasie powiem, że tak, ale o tym potem). Czynię wszelkie możliwe wysiłki, aby przywrócić Pingwina, co się udaje, ale do momentu następnego uruchomienia Windowsa. Sytuacja znowu się powtarza. Rekord rozruchowy Linuxa znika, zostaje tylko Widnows. Po całym dniu zabaw z tym wirusem stwierdziłem, że to nie jest warte moich nerwów i wywaliłem dziada z dysku, który spełnia definicję złośliwego oprogramowania, modyfikując i nadpisując bez mojej zgody, a nawet wbrew mojej woli rozruch systemu i usuwa mi dostęp do moich rzeczy. I sprawdziłem, że to nie jest nieprzewidziana cecha, tylko to jest normalne zachowanie wirusa 10 w kompilacji 1909. Trochę boli wydatek, którego nie spożytkuję zgodnie z przeznaczeniem, ale nie może być tak, że uruchomienie Windowsa powoduje problemy z dostępem do Linuxa. Jak dla mnie korzystanie z okien od Redmond to strata czasu. System, który dowolnie zmienia moją konfigurację bez mojej zgody i autoryzacji to zwykły wirus, szkodnik. Nie wyobrażam sobie pracy na czymś takim, nie wyobrażam sobie poważnych zadań realizowanych na czymś tak nieprzewidywalnym i tworzącym problemy nieznane w żadnym innym ustroju. Ubogość konfiguracyjna również nie zachęca, tak jak chociażby niemożność ustawienia dwóch partycji by spełniały zadanie, jaki jest podział na partycje systemową i katalog domowy. Po tych momentach spędzonych z tym tworem stwierdzam, ze jest to produkt dla mało wymagających, dla ludzi, którzy nie posiadają potrzeby stosowania mniej typowej konfiguracji, jaką jest dual boot, jeżeli chcą połączyć poważną pracę i pogranie w gry. W przeciwieństwie do zaciekłych windowsiarzy, którym pojęcie kultury dyskusji jest nieznane i obrażają każdego, kto ma inne zdanie zaznaczam, że nie zamierzam nikogo przekonywać na siłę, to tylko opis mojego doświadczenia. Są ludzie, którzy mają dobre doświadczenia z Windowsem, chociaż osobiście nie spotkałem takiego, a mają złe z Linuxem, i na odwrót, ja nie mam ani jednego dobrego doświadczenia z Widnowsem, za to Linux u mnie zawsze stał jak skała, czy to na laptopie, czy to na desktopie. Także i ten wpis powstaje na laptopie z Debianem na pokładzie. Nie będę też przekonywać, że Linux jest dla wszystkich, nie nie jest, chociaż Linux obecnie posiada we wszystkich dystrybucjach i na wszystkich platformach, zarówno desktopowych jak i mobilnych, ponad 40% rynku, tak więc nie jest źle.

[img=55f3fff7-005d-4e14-a974-59fc4b9b4cc9 id=336523]

Zakończyłem zatem przygodę z produktem małomiękkiego z Redmond i stwierdzam, że ich najbardziej flagowy produkt jest sto lat za innymi systemami, jest inwazyjnym, złośliwym oprogramowaniem, które całkowicie spełnia definicję podaną na początku tego wpisu. Chociaż sam małomiękki wspiera Linuxa i powoli implementuje część rozwiązań otwartoźródłowych, to jednak wiele jeszcze wody musi upłynąć zanim to, co produkują stanie się dla mnie używalne. Bo obecna ubogość konfiguracyjna, a także inwazyjność tego oprogramowania skreślają je w moich oczach. Oprogramowanie, które powoduje niepokój, czy wszystko uruchomi się tak jak było, czy genialna firma znowu coś zepsuła, czego z reguły sam nie będę mógł naprawić ze względu na zamkniętość architektury, jest dla mnie złym oprogramowaniem. Jest to dosyć zabawny zwrot historyczny. Dawniej bowiem przy korzystaniu z Linuxa obawialiśmy się zjawiska zwanego kernel panic i całkowitego wysypania się systemu. Obecnie od wielu wielu lat z samych kernelem nie dzieją się żadne potknięcia tego typu, zaś czytając na bieżąco rozmaite artykuły dostrzegam strach użytkowników wirusa 10 czy kolejna aktualizacja nie wywróci całości. Zatem jedyny popełniony błąd, to instalacja Windowsa, oprogramowania, które musi być przyjęte takie jakie jest, bez prawa veta, bez modyfikacji, bez żadnego "ale". Tak niestety nie umiem działać. Nawet nie można zmienić GUI Windowsa, które jest tworzone dla jednostek o jednym, specyficznym guście. Na inny wpis nadaje się historia znajomego, który kupił dwa laptopy Surface dla siebie i dla swojej żony, i była to tak trefna inwestycja, że na forum małomiękkiego stworzył wątek, w którym tylko jego wpisy osiągają już prawie 50 stron, a dotyczą zarówno niskiej jakości wykonania sprzętu, jak i niskiej jakości wykonania oprogramowania. Ale to jak wspomniałem innym razem. Tymczasem zaś dziękuję za uwagę i życzę udanego dnia.