Samoprowadzące się auta też będą musiały zdawać egzamin na prawo jazdy?

Strona główna Aktualności

O autorze

Hodowca maszyn wirtualnych i psów, poza tym stary linuksiarz, bonvivant i śmieszek. W 2012 roku napisał na DP o algorytmie haszowania Keccak i wciąż pamięta, jak on działa.

Samosterujące się auta budzą coraz większe emocje. Można to było zobaczyć po ostatniej aktualizacji oprogramowania słynnego Modelu S Tesli, kiedy to produkowane w końcu seryjnie auto elektryczne nagle zaczęło samo się wozić, przynajmniej po San Francisco i okolicach. Minie dobrych parę lat, zanim samochody takie upowszechnią się też na ulicach innych miast całego świata, ale może i tym lepiej, dostaniemy już modele bezpieczniejsze i tańsze. Kto wie, może w następnej dekadzie auta takie będą tak dobre, że jedynie hobbyści będą robili prawa jazdy i sami sterowali swoimi pojazdami? Póki co jednak specjaliści od ruchu drogowego zaczynają się zastanawiać, czy aby to oprogramowanie sterujące autami nie powinno się samo o prawo jazdy starać.

Gdy psychologowie i filozofowie zastanawiają się nad etycznymi implikacjami wyborów oprogramowania prowadzącego do śmierci lub kalectwa ludzi, panowie Michael Sivak i Brandon Schoettle z University of Michigan przyjrzeli się kwestii znacznie bardziej banalnej, ale w praktyce ważniejszej: jak oceniać oprogramowanie samosterujących się aut, szczególnie takich, które uczą się od siebie wzajemnie zachowań na drodze? Ich zdaniem, samoprowadzące się auta powinny zdawać egzamin na prawo jazdy, a same uprawnienia powinny być przyznawane selektywnie, dla określonych warunków drogowych.

Ich argumenty wydają się brzmieć bardziej sensowniej, niż to, co opowiada Google i inne firmy IT, które weszły w tematykę samoprowadzących się aut. Przede wszystkim Sivak i Schoettle zauważają, że jakość sensorów i oprogramowanie do budowy map przestrzennych będą różniły się między producentami tak jak ludzie różnią się w swoich zdolnościach – tak więc różna będzie ich sprawność na drodze. Twierdzą też, że póki jeżdzimy po słonecznym San Francisco, to jest dobrze, ale w gorszej pogodzie już tak dobrze nie jest, a w niektórych warunkach, takich jak śnieżyce, samosterujące się auta nigdy nie były porządnie testowane. Co więcej, wciąż komputerowe rozpoznawanie obrazu daleko ustępuje możliwościom człowieka – sensory aut nie rozpoznają zerwanych linii energetycznych na drodze ani zalanych jezdni.

Ludzie mają też przewagę w uniwersalności ich rozwoju umiejętności. Samoprowadzące się auta albo będą miały oprogramowanie i osprzęt do poradzenia sobie z daną sytuacją, albo nie. Nie ma sensu więc stosowanie tutaj ograniczeń takich, jak dla początkujących kierowców, którzy z czasem uczą się coraz lepiej jeździć, i ta rosnąca sprawność przekłada się na wszelkie drogowe sytuacje. Tutaj lepiej by było, by producenci bystrych aut otwarcie blokowali działanie tych pojazdów w pewnych warunkach, przynajmniej do czasu, gdy nie pojawi się ulepszone oprogramowanie, pozwalające np. sprawniej poruszać się w nocy czy podczas śnieżycy.

Jeśli takie regulacje zostaną w przyszłości przyjęte, to należy się spodziewać, że auta pozbawione kierownicy i innych elementów sterujących długo jeszcze nie zostaną dopuszczone do ruchu drogowego. Co bowiem z pasażerami Google Carów, gdy nagle załamie się pogoda? Kierowca Tesli Model S wciąż przynajmniej będzie mógł wziąć kierownicę w dłonie i bezpiecznie poprowadzić pojazd w trudnych warunkach.

© dobreprogramy

Komentarze

Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.   
Polecamy w WP TechnologieWP TechnologieSprawdź, czy możesz być astronautą. Ten test oblali nawet najlepsi