Skąd się wziął bloatware? Historia zbędnego oprogramowania, część III

Strona główna Aktualności
Skąd się wziął bloatware? (fot. Pixabay)
Skąd się wziął bloatware? (fot. Pixabay)

O autorze

Wśród eksponatów wzorcowej galerii bloatware’u nie może oczywiście zabraknąć oprogramowania do zarządzania energią! Szczególnie pożądane są oczywiście programy napisane w .NET z wykorzystaniem rozbudowanych efektów WPF i przezroczystości. Nic tak nie krzyczy „energooszczędność”, jak aplikacja tak ciężka, że podczas uruchomienia rozpędza wiatraki chłodzenia.

Takich aplikacji było sporo. Każdy producent miał swój dedykowany program do zarządzania profilem zasilania. Większość z nich usilnie próbowała stworzyć tę pocieszną iluzję „ekstremalności”, stosując mocno świecący interfejs. Podawane tu za przykład ThinkVantage również nie jest bez winy, bowiem UI Power Managera dość intensywnie wykorzystywało przezroczystość.

Zarządzanie energią

Do czego służyły takie programy? Oczywiście, matką wszystkich Power Managerów były narzędzia do „miękkiego” wyłączania komputerów z Windows 3.1 oraz usługi ACPI dla Windows NT. W czasach Windows XP, gdy procesory dysponowały bardzo zredukowanym zestawem opcji do zarządzania energią, a system wyprowadzał kontrolki sterujące w dość dziwnych i mało intuicyjnych miejscach, menedżery zasilania oferowały opcje w jednym miejscu, często za pomocą jednego, wielkiego suwaka.

Niestety, zazwyczaj takie programy umiały mniej, niż by się wydawało. W większości przypadków były przetłumaczeniem UI Windows na ładne ikonki, bez dostarczenia jakichkolwiek nowych funkcji. Jeżeli użytkownik nie był administratorem, i tak nie mógł używać takiej aplikacji, bo nie zapewniała ona możliwości zmiany tych ustawień zwykłym użytkownikom. Sytuację poprawiła Vista, gdzie ustawienia tzw. Planów Zasilania były dostępne dla użytkowników bez konieczności podnoszenia uprawnień. Wiele funkcji menedżerów zostało więc zduplikowanych interfejsem Windows.

Nowe procesory i „mądre” platformy sprawiły, że ustawianie złożonych planów zasilania stało się zbędne i do oszczędzania energii wystarczające były same sterowniki do zarządzania energią, ewentualnie z usługą (dostarczaną również tym sterownikiem).

Dziś wiele laptopów dalej oferuje w sterownikach usługi zarządzania energią, ale w praktyce zajmują się tym procesory, dysponujące wieloma stanami tzw. głębokiego snu. Ustroje oszczędzania energii są obecnie na tyle rozbudowane, że z systemu usunięto nawet plany zasilania (możliwe jest ich stworzenie), opierając się na działaniu sterowników i podejściu „zawsze tyle, ile trzeba”. Z pewnej perspektywy to słuszne. Użytkownik nie powinien musieć zajmować się arytmetyką watów i eksperymentami z wytrzymałością baterii. Jego interesy są proste: działać jak najdłużej na baterii, nie poświęcając żadnej funkcjonalności.

Programy do zarządzania energią, jeżeli istnieją, są tylko nakładkami na ustawienia systemowe i metodą eleganckiego wyświetlania miernika zużycia baterii. Co więcej, ważąc czasami dziesiątki megabajtów, nie potrafią wyświetlić szczegółów baterii, do czego trzeba używać programu HWINFO64 (ważącego siedem megabajtów).

Prezentacje

Mimo wielu „ustawień dla laptopów” i innych centrów mobilności, przez wiele lat Windows był środowiskiem dostosowanym w większości do komputerów stacjonarnych. Gdy nastąpił wzrost popularności laptopów, a „prezentacje” przestały być drukowanymi przezroczami, okazało się, że obsługa dodatkowych monitorów i projektorów w Windows bardzo mocno kuleje.

Rozwiązaniem tego braku były różnego rodzaju programy do wyświetlania prezentacji. Oferowały one możliwość tworzenia zbiorów ustawień, na podstawie których laptop „decydował”, który monitor jest główny, czy w połączeniu z danym urządzeniem należy rozszerzać czy duplikować wyjście, czy należy maksymalizować rozdzielczość i jak ma się zachowywać ekran wbudowany podczas podpięcia stacji dokującej.

Posługując się kolejny raz dowodem anegdotycznym można stwierdzić, że w przeważającej większości, aplikacje do wspomagania prezentacji nie dysponowały rozsądnymi ustawieniami domyślnymi. Konieczne było tworzenie własnych profili, użycie wbudowanych mijało się z celem i budziło zdumienie/zastanowienie, czy kiedykolwiek ktoś zrobił z nich użytek, a niektórych opcji i tak nie dawało się tam ustawiać.

Sytuację poprawił Windows Vista ze swoim Centrum Mobilności, ale problem tak naprawdę rozwiązano dopiero wraz z Windows 7, odkąd to skrót klawiaturowy Windows+P oraz porządny panel sterowania pokrywają w łatwy sposób wszystkie potencjalne, sensowne wykorzystania projektora. I pamiętają ustawienia. Bez żadnych profili i cudacznych narzędzi.

Więcej i więcej

Kolejny raz: to nie wszystko. Nie wyczerpaliśmy jeszcze zagadnienia bloatware'owych "kombajnów", nie wspominając o mniejszych narzędziach. Do grona gigantów należą niewątpliwie programy do tworzenia kopii zapasowych/płyt odzyskiwania oraz zintegrowane aktualizatory sterowników. Oba twory są już dziś zbędne, choć ten ostatni wciąż jeszcze nie chce wyginąć, z powodów dość... psychologicznych. To nimi zajmiemy się następnym razem.

© dobreprogramy
s