Smartfon w ogniu: 10 uczniów trafiło do szpitala, resztę ewakuowano

Strona główna Aktualności
fot. Shutterstock.com (zdjęcie poglądowe)
fot. Shutterstock.com (zdjęcie poglądowe)

O autorze

Baterie litowo-jonowe potrafią się zapalić. To coś, co wiemy od dawna. Przeważnie jednak kończy się na uszkodzeniu spodni czy lekkim poparzeniu dłoni, ale nie w Mayde Creek w USA. W jednej z tamtejszych szkół średnich zapłon baterii doprowadził do konieczności hospitalizowania 10 uczniów, poprzedzonej ogólną paniką i ewakuacją budynku.

Do zdarzenia doszło 14 lutego. Władze ani media nie ujawniają, jaki konkretnie model zawinił, ale konsekwentnie mówią o wybuchu baterii w telefonie.

Kiepskiej jakości wideo, zarejestrowane przez jednego z uczniów w momencie zdarzenia, pokazuje jak urządzenie oblewane jest wodą. Niemniej trudno na jego podstawie stwierdzić, skąd tak wysoki bilans strat. Można się co najwyżej domyślać, że początkowo dymiący telefon potraktowano jako atrakcję i przekazywano z rąk do rąk, wdychając szkodliwe substancje.

– Dymu było zaskakująco dużo, koledzy zaczęli wchodzić na blaty, spodziewając się większego pożaru – komentuje jedna z uczennic obecnych w klasie, cytowana przez Houston Chronicle. Co ciekawe, są pewne podejrzenia, że ogień został wywołany celowo. Taką wersję wydarzeń przedstawia inny uczeń, jednak straż pożarna nie komentuje tych rewelacji.

Szkoła została ewakuowana, a 10 uczniów trafiło do szpitala z powodu zatrucia tlenkiem węgla. Nikt nie odniósł poważniejszych obrażeń i wszyscy zostali wypuszczeni do domu tego samego dnia. Dodatkowo, jak podaje źródło, 12 uczniów doznało obrażeń rąk i twarzy, ale wszyscy powinni szybko dojść do siebie. Ich rany ratownicy medyczni opatrzyli na miejscu.

To nie pierwszy ani nie ostatni przypadek, kiedy bateria telefonu doprowadziła do niebezpiecznej sytuacji. W styczniu świat obiegły doniesienia o iPhonie, który zapalił się trzymany pod poduszką, doprowadzając do śmiertelnych obrażeń głowy 14-letniej mieszkanki Kazachstanu.

© dobreprogramy
s