Spędziłem dwa tygodnie z nowym ThinkPadem T480s. MacBook Pro ma poważnego rywala

Strona główna Aktualności

O autorze

Któż nie pamięta kultowych notebooków IBM ThinkPad z początków XXI wieku? Sam zaryzykuję nawet stwierdzenie, że modele takie jak T40 po dziś dzień stanowią synonim ergonomicznego i wytrzymałego komputera przenośnego dla biznesu. I choć od momentu przejęcia marki przez Lenovo, w 2005 r., porzucono jej stricte hi-endowy wizerunek, to jednak wciąż pojawiają się ThinkPady aspirujące do miana sprzętu klasy premium.

Najnowszy z nich nosi oznaczenie T480s, a ja – dzięki uprzejmości firmy x-kom – miałem okazję przez ponad dwa tygodnie z tym właśnie sprzętem obcować. Powiem krótko: gdyby nie konieczność odsyłki urządzenia, nie miałbym zbytnio czego punktować in minus. To znamienne.

Lenovo ThinkPad T480s dostępny jest w x-kom.pl.

Najadł się Slim Fastu, skubany

Ale od początku. Tym, czym T480s zaskakuje już na pierwszy rzut oka, są doprawdy symboliczne gabaryty obudowy. Całość mierzy 331 x 227 x 18,5 mm i waży 1,32 kg z baterią – to okrągłych 50 g mniej niż MacBook Pro z matrycą w rozmiarze 13,3'', pomimo zastosowana nieco większego, bo 14-calowego ekranu. Przez to mobilność stoi na najwyższym możliwym poziomie, a przenoszony komputer, czy to w plecaku czy etui a'la aktówka, w ogóle nie daje się we znaki. Dla unaocznienia postępu – poczciwy T40 charakteryzuje się wagą 2,27 kg, co w czasach jego świetności, 2003 r., i tak postrzegano za wartość wręcz niezwykle małą.

Czy to jednak nie odbija się na wytrzymałości konstrukcji, zapytacie? Cóż, skłamałbym twierdząc, że Lenovo nie poszło na żaden kompromis. I może wyjdę teraz na jednego z tych psychopatów, skrzywdzonych przez gry komputerowe, ale – przyznam – tytanowa klapa T40-stki zrykoszetowała mi kiedyś boczny zapłon. Poważnie. T480s natomiast został w całości wykonany z tworzywa sztucznego. Jest to materiał nadzwyczaj sztywny, a przy tym leciutko porowaty, przez co bardzo przyjemny w dotyku, ale już nie tak pancerny jak w pierwowzorze. Za to lżejszy, więc coś za coś. Przy spasowaniu na poziomie uniemożliwiającym wciśnięcie paznokcia pomiędzy elementy obudowy nowy model tak czy inaczej – całościowo – imponuje jakością wykonania.

Oczywiście odrębną kwestię stanowi stylistyka. Mnie srebrne czy – nie daj Boże – białe notebooki jakoś mimowolnie kojarzą się z AGD. Tymczasem ThinkPady, choć zdaniem wielu toporne, zdają się mieć w sobie to coś, co czyni je godnymi ustawienia na blacie podczas spotkania z kontrahentami czy służbowej prezentacji. Nie są też kojarzone z gadżetem, a bardziej – propozycją dla poważnych użytkowników. Stąd o zainteresowaniu ze strony nastolatek, w przeciwieństwie do chociażby wspomnianego już MacBooka Pro czy nawet złotawego ZenBooka, raczej nie ma mowy. Tylko czy to może jakkolwiek uchodzić za wadę? Śmiem wątpić. Osobiście wychodzę z założenia, że jeśli ktoś ma potrzebę posiadania gadżetu, powinien sobie kupić fidget spinnera – jest tańszy.

Po trzykroć ergonomia

Odłóżmy jednak na bok debatę nad wagą i walorami estetycznymi. Wiecie, czym tak naprawdę kupił mnie T480s? Odpowiadam: ergonomią. W czasach, gdy producenci kombinują, jakby można było okroić laptopa ze wszystkiego, najlepiej włącznie z gniazdem zasilającym, Lenovo nie szczędzi złącz wejścia-wyjścia. Są: cztery porty USB 3.0, w tym dwa typu C i jeden obsługujący interfejs Thunderbolt 3, pełnowymiarowe wyjście HDMI 1.4, RJ-45, analogowe audio, czytnik kart pamięci, złącze dla replikatora portów, a nawet Smart Card. Dlatego w lwiej części sytuacji zbędne okazują się jakiekolwiek adaptery i przejściówki. Teraz – ile dodatkowych akcesoriów trzeba nosić z MacBookiem Pro, który ma wszystkie USB typu C. Konia z rzędem temu, kto otrzymał kiedykolwiek, czy to w pracy czy od znajomego, pamięć flash z obustronnym wtykiem.

A to dopiero zalążek rozdziału pt. "elastyczność ThinkPada". Przechodząc do meritum, na gromkie brawa zasługują urządzenia wprowadzające. Gładzik gwarantuje bardzo płynny ślizg palca, a przy tym precyzyjnie rejestruje wszystkie ruchy i gesty. Dodatkowo ma zarówno przyciski zintegrowane, jak i odseparowane, umieszczone nieco ponad samą płytką. Mało tego, powraca również klasyczny element serii ThinkPad, a mianowicie trackpad. Tego ostatniego, przyznam szczerze, nigdy nie potrafiłem wyczuć, ale dobrze widzieć taką porcję alternatyw. Klawiaturę z kolei cechuje nadzwyczaj – jak na konstrukcję wyspową – wyczuwalny skok i wyraźna informacja zwrotna. Tekst wprowadza się więc szybko, przyjemnie i bez nazbyt częstych pomyłek przy pisaniu bezwzrokowym, jako że kolejne klawisze są odpowiednio odseparowane – dodam. No, a w razie czego jest i podświetlenie.

Na szczególną uwagę zasługują rozbudowane opcje łączności: LAN, Wi-Fi 802.11ac, Bluetooth oraz LTE. Urządzenie bezproblemowo pracuje z kartą Aero2.

Core i5-8250U? To ma sens

Jednak komfort użytkowania notebooka warunkują nie tylko – nazwijmy to tak – sposoby interakcji, ale także, a może przede wszystkim wydajność komponentów. Ponownie, Lenovo zabłysnęło czysto praktycznym podejściem. Core i5-8250U nie jest najwydajniejszym procesorem niskonapięciowym w ofercie Intela, jednak od topowego Core i7-8550U odróżnia się wyłącznie niższym o 600 MHz turbo, równym 3,4 GHz, a także mniej pojemną pamięcią L3 – 6 MB kontra 8 MB. Powiecie, że to całkiem sporo i słusznie – tylko osobiście nie widziałem jeszcze ultrabooka, który rzeczywiście utrzymywałby zegar procesora w okolicach 4,0 GHz. Nad wyraz często taktowanie oscyluje w granicy 60 - 75 proc. wartości docelowej, a to pułap równie osiągalny dla modelu Core i5-8250U.

W praktyce, przy maksymalnym obciążeniu wszystkich czterech rdzeni, procesor w T480s pracuje z częstotliwością 2,9 - 3,1 GHz, podobnie jak Core i7-8550U w ZenBooku UX430UN bądź Yodze 920. Tak więc wydajność nowego ThinkPada jest po prostu taka, jakiej możemy się spodziewać po czterordzeniowym układzie Intela, zamkniętym w smukłej obudowie, a niekiedy nawet troszkę lepsza z uwagi na kilka zmyślnych rozwiązań wewnątrz laptopa. Ot instalowane standardowo 8 GB pamięci DDR4-2400 jest przylutowane do płyty głównej, ale znajduje się tam dodatkowo wolny slot SO-DIMM, który pozwala własnym sumptem rozbudować RAM. Jest to zdecydowanie nieczęsto spotykana cecha, tak samo zresztą jak wybór nośnika danych: Samsung PM981 256 GB na dzień dzisiejszy należy do liderów wydajności wśród SSD-ków na PCI Express.

Stąd we wszystkich codziennych zadaniach, typowych dla laptopa wysoce mobilnego, T480s radzi sobie bez zająknięcia. Praca w systemie operacyjnym odbywa się bez najmniejszych spowolnień, nie ma też obaw o zachowanie po odpaleniu większej liczby kart w przeglądarce czy nawet sprawność podczas wydawałoby się nieco bardziej wymagających czynności, jak edycja grafiki dwuwymiarowej w GIMP-ie lub Photoshopie, albo seanse filmowe w rozdzielczości 4K. Fakt faktem Kaby Lake-R sprzętowo obsługuje kodeki VP9 i H.265, a niezłej klasy matryca IPS o niemalże całkowitym pokryciu przestrzeni sRGB (97,8 proc. według pomiaru) i przyzwoitej jasności 350 cd/m² tylko zachęca do zorganizowania sobie dłuższego spotkania ze sztuką filmową.

Inna sprawa, że akurat jasność ekranu mogłaby być nieco większa, bo widoczność w pełnym słońcu jest nie najlepsza, a skromne gabaryty T480s zdecydowanie zachęcają do noszenia go przy sobie, podobnie zresztą jak świetny akumulator, charakteryzujący się pojemnością aż 57 Wh. Lenovo deklaruje, że pozwala to na 15,6 godz. pracy w terenie i nie mija się z prawdą, choć przy włączonym Wi-Fi i jasności ekranu 50 proc. uzyskamy maksymalnie najwyżej 9 godz., a przy pełnym obciążeniu procesora nie więcej niż 2 godz. Niemniej mnie wystarczało to do całodziennej pracy z T480s w roli komputera podręcznego. Tym bardziej, że dzięki technice RapidCharge do 80 proc. akumulator naładujemy już w niespełna 60 min, do pełna zaś – około 110 min.

Bezpieczeństwo na poważnie

No dobrze, ale nawet najbardziej ergonomiczna konstrukcja o topowej wydajności nie będzie prawdziwie przystosowana dla potrzeb biznesu, jeśli zabraknie podstawowego składnika – bezpieczeństwa. Wygląda jednak na to, że i o tym Lenovo nie zapomniało. Przede wszystkim T480s ma dość świeżą jeszcze funkcję FIDO, która umożliwia logowanie do rozmaitych usług i serwisów przy użyciu czytnika biometrycznego, bez loginów i haseł. Co prawda wadą tego rozwiązania jest konieczność implementacji po stronie dostawcy, ale szereg znanych korporacji, w tym Google i Facebook, stosowne rozwiązanie dostarcza. Patrząc z perspektywy użytkownika, dotknięcie czytnika palcem z całą pewnością przebiega szybciej niż każdorazowe wpisywanie skomplikowanego hasła. Tylko dopóki FIDO nie stanie się rozwiązaniem globalnym, dopóty hasła jednak pozostaną. Ale na pewno jest to jedna z tych technologii, którą warto śledzić.

Co więcej, T480s może się poszczycić wbudowanym modułem TPM, a więc, dodając do układanki system Windows 10 Pro, pojawia się możliwość zaszyfrowania dysku BitLockerem, bez konieczności przechowywania kluczy na pamięci flash. Jakby tego było mało, urządzenie wspiera również tzw. inteligentne karty, czyli karty z mikroprocesorem autoryzacyjnym, wykorzystywane w niektórych korporacjach do dodatkowego zabezpieczenia dostępu do najbardziej wrażliwych danych. Bez odpowiedniego identyfikatora w czytniku nikt strzeżonej zawartości nie odczyta. A całość wieńczy mechaniczna osłona kamerki wideokonferencyjnej – to w istocie banalny, ale niezwykle pożądany dodatek. Sam widziałem wielokrotnie kamerki zaklejane plastrem lub taśmą izolacyjną. Tymczasem pomysł Lenovo zapewnia zdecydowanie większą estetykę i – w razie potrzeby – błyskawiczny dostęp. Raz jeszcze mógłbym tutaj wykrzyczeć donośnie: ergonomia, panie i panowie.

Nogi za pas i do sklepu?

Tak wiem, że z tego miniprzeglądu wyszedł mi bardziej nie-taki-mini pean na cześć ThinkPada, ale aktualnie niezwykle rzadko widuje się notebooki tak przemyślane i dopracowane zarazem. Model T480s nie jest ani najwydajniejszy, ani tym bardziej najładniejszy w swojej klasie, jednak świetnie wywiązuje się z zadań, do których został stworzony. Nosiłem go przez dwa tygodnie i – jak już zdążyłem zaznaczyć – z ogromną chęcią nosiłbym dalej. Zalet tego urządzenia także mógłbym wymienić znacznie więcej. Pominąłem chociażby głośniki, a te grają całkiem czysto i donośnie, co w miniaturowych notebookach wcale nie jest oczywiste. Tyle że w tej ogromnej beczce miodu pojawia się pewna łyżka dziegciu, i to solidna: cena. Za dostarczoną mi konfigurację chiński producent życzy sobie bagatela 6,5 tys. zł i jest to najtańsza z możliwych wersji. Tymczasem Dell XPS 13, słynący ponoć z wysokiej ceny, w analogicznej konfiguracji kosztuje 5,7 tys. zł, a ASUS ZenBook UX430UN – 5 tys. zł, oferując do tego dedykowaną grafikę GeForce MX150. Ostatecznie, kiedy człowiek zaczyna zdawać sobie z tego wszystkiego sprawę, mimowolnie zaczyna poszukiwać alternatyw.

Lenovo ThinkPad T480s dostępny jest w x-kom.pl.

© dobreprogramy