Streamerzy gier zarabiają po 50 tys. za godzinę transmisji, a wydawcom się to opłaca

Strona główna Aktualności

O autorze

Czasy, w których na milionowe pule nagród w turniejach e-sportowych patrzyło się z nutką niedowierzania, bezpowrotnie minęły. Czołowi gracze są opłacani na równi ze sportowcami. A ile może zainkasować znany streamer? Ponoć nawet 50 tys. dol. za godzinę gry.

Jak wynika z raportu "Wall Street Journal", streamer przyciągający 15 tys. lub więcej widzów jednocześnie może zarobić od 25 do nawet 50 tys. dol. za godzinę gry. Wydawcy chętnie płacą za transmitowanie nowo wydanych produkcji, co jest dla nich świetną formą reklamy. Znacznie efektywniejszą niż klasyczny spot w telewizji lub bilbord.

W pierwszej chwili może się to wydawać niewiarygodne, ale matematyka nie kłamie. Ostatnio świat obiegła plotka, że Tyler "Ninja" Blevins zarobił okrągły milion dolarów na kampanii promocyjnej "Apex Legends". Wedle doniesień, miał intensywnie transmitować tytuł dzień po premierze. Łatwo policzyć stawkę godzinową, która w takim wypadku musiałaby wynosić co najmniej kilkadziesiąt tysięcy. O takich właśnie kwotach możemy przeczytać w "WSJ".

Dla wydawcy to czysta oszczędność

Nikogo one nie szokują. Wprost przeciwnie – są uważane za niskie. Dziennik wskazuje, że najwięksi wydawcy, jak EA czy Take-Two, ustawiają się do streamerów w kolejkach. To dlatego, że tradycyjne kampanie w obleganych mediach cały czas pozostają znacznie droższe. Na dodatek nie gwarantują efektu. Często trafiają do ludzi kompletnie niezainteresowanych grami.

Ze streamerami tego problemu nie ma. Mało prawdopodobne, by wśród ich widzów znalazła się większa grupa osób przypadkowych. Są za to zaangażowani fani, skłonni podążyć za swym idolem. – Jesteśmy w stanie przekonać ludzi, by kupili grę, którą oglądają – mówi Benjamin "Dr. Lupo" Lupo, który wprost przyznaje, że Electronic Arts zapłaciło mu za kilkugodzinną grę w "Apex Legends" 4 lutego. – Odbierają nas jako bardziej godnych zaufania niż obce nazwisko, widniejące pod recenzją – zauważa. I argumentuje: "Widzą nasze twarze. To interakcja na żywo".

Dziwny jest ten świat

Abstrahując od czyichkolwiek dochodów, sprawa wydaje się trochę zabawna. To śmiech przez łzy, ale jednak. Dziennikarz za każdy tekst sponsorowany obrywa od czytelników po uszach. Zarzuca się nam brak etyki zawodowej, pazerność i wszystko co najgorsze. Tymczasem streamer wszem i wobec oznajmia, że przekona każdego, by kupił polecaną przez niego grę. Nie kryjąc się z tym, że opinie wydaje za pieniądze, a tłum klaszcze i negatywnego odzewu jakoś nie słychać.

© dobreprogramy