Tak, przystawki USB-C mogły spalić Maca M1. Nowy macOS 11.2.2 przychodzi z odsieczą

Strona główna Aktualności

O autorze

Slogan nie zainstalować to jak prosić się o kłopoty brzmi niczym typowy clickbait, ale akurat tym razem oddaje sedno sprawy. Apple załatał właśnie problemy z USB-C.

O co chodzi? – zapytacie. Otóż od premiery MacBooków M1, mimo ich bardzo ciepłego przyjęcia, nieczęsto, ale dość regularnie pojawiały się doniesienia o egzemplarzach uszkodzonych wskutek zastosowania adaptera czy multiplikatora USB-C do ładowania baterii komputera. Sam reddit odnotował kilkadziesiąt takich przypadków.

Schemat zawsze był ten sam: urządzenie działało bezawaryjnie od kilku do kilkuset godzin, po czym wyłączało się i już nie chciało włączyć. Serwis diagnozował zaś usterkę płyty głównej, nie podając jednak dokładnej przyczyny. Niemniej, jako że cechą wspólną zawsze było zastosowanie przelotowego zasilania, winą szybko obarczono niekompatybilne przejściówki. Niektórzy producenci, tacy jak polski Green Cell, metodą na alibi oznaczyli nawet swoje akcesoria jako niekompatybilne z MBP/MBA M1. Ale to oczywiście zagadki nie rozwiązywało.

Na szczęście, przynajmniej teoretycznie, rozwiązał ją właśnie Apple, który udostępnił do pobrania system macOS Big Sur w wersji 11.2.2. Nowa wersja OS-u ma ochronić komputery przed opisywanym uszkodzeniem, twierdzi producent. Nie wiemy wprawdzie, w jaki dokładnie sposób się to odbywa, ale raczej bezdyskusyjnym jest, że łatkę należy jak najszybciej wgrać.

Można tylko domniemywać, że skoro problem ma rozwiązywać oprogramowanie, to właśnie ono, nie sprzęt, zawiniło. Jak zgaduje redakcja, obecność akcesorium w określonych scenariuszach prowadziła do błędu w uzgadnianiu profilu prądowego między komputerem a zasilaczem, w wyniku czego MacBook otrzymywał na wejściu prąd zbyt wysoki. Krótko i nieco kolokwialnie: palił się. Co jednak zaskakujące, według Apple'a nie jest to przypadłość wyłącznie modeli z procesorami M1, ale też MBP 2019 z intelem, o których awariach dotąd raczej nie było mowy.

Niestety, to nie pierwszy (i raczej nie ostatni) przypadek, w którym słyszymy o zabójczych akcesoriach USB-C. Tak naprawdę wystarczy bowiem, że producent pokpi system negocjacji parametrów prądowych i tragedia gotowa. Na pewno nie pomaga sama specyfikacja rzeczonego złącza, która bazuje nie na sztywnych ustaleniach, lecz właśnie elastycznej konfiguracji. Warto o tym pamiętać, gdy zwykło się podpinać do laptopa dziesiątki najrozmaitszych akcesoriów.

© dobreprogramy
s