Test WD Black P10 Game Drive. Jak oni wpadli na to, że ten akurat dysk jest dla graczy?

Strona główna Lab Komponenty i akcesoria

O autorze

Takie już mamy czasy, że graczom wciska się wszystko. Marketingowcy dostrzegli chłonny rynek i nie ma zmiłuj. Nieszczególnie więc zdziwiło mnie, gdy Western Digital odezwało się z prośbą o rzut oka na dysk przenośny P10 Game Drive, który jest właśnie takim sprzętem dla graczy. O tym, co z tej przygody wyszło, dowiecie się w dalszej części niniejszego artykułu.

Dlaczego akurat P10 Game Drive jest dla graczy? – zapytacie. Bo producent tak postanowił i kropka. Wiem, jestem teraz nieco zgryźliwy, ale jednak można zrobić coś więcej niż naklejka. I nie chodzi mi tutaj o baterię diod a la Nowy Świat. Można stworzyć autorski agregator gier czy jakiś kontener haseł pod pretekstem ochrony poszczególnych kont. Zapomnijcie. WD Black P10 to szablonowy nośnik przenośny, który po prostu zyskał taki, nie inny alias.

Nie zrozumcie mnie źle, szablonowość żadnego produktu nie uczyniła słabym. Tyle że cała ta związana z grami otoczka pasuje tu jak legginsy Magdzie Gessler.

Szczerze, to mi się podoba

Nie, nie legginsy na pani Gessler, ale WD Black P10. W testowanej wersji 4 TB nośnik ma wymiary 118 x 88 x 20,8 mm i masę 230 g. Nawiasem mówiąc, na rynku są jeszcze dwie inne wersje. Model 5 TB przedstawia się analogicznie, a 2 TB jest smuklejszy z uwagi na wykorzystanie tylko jednego talerza. Większe mają po dwa.

Łoże dysku wykonano z porowatego tworzywa sztucznego, a przykręcana czterema imbusowymi śrubami góra jest metalowa, przez co służy też za radiator. Dzięki czterem gumowym nóżkom sprzęt nie jeździ po biurku, a matowe wykończenie gwarantuje zwiększoną odporność na zarysowania i odciski palców. Jasne, estetyka to detal, ale miło jest mieć poczucie obcowania z produktem premium. Dwie klasy wyżej niż fortepianowy MyPassport.

Do komunikacji z komputerem lub konsolą służy złącze Micro-USB zgodne ze standardem USB 3.2 Gen 1, czyli de facto USB 3.0 o prędkości 5 Gb/s. Niemniej to i tak więcej niż 2,5-calowy dysk twardy jest w stanie osiągnąć. W zestawie jest kabelek do USB-A. Niestety, ale krótki jak... tu sobie coś dopiszcie, bo mnie nie wypada. Łącznie z wtyczkami mierzy około 40 cm.

Z jednym wyjątkiem

Wspomnianym Micro-USB. Kto o zdrowych zmysłach, projektując w 2019 roku sprzęt aspirujący do rangi topowego, zapomina o USB-C? Jak widać, Western Digital.

Dysponując USB-C, wybaczyłbym nawet krótki kabelek w zestawie. Użył tego dostarczonego ze smartfonem i miał sprawę w nosie. A tak jest, co jest. Na dodatek, aby podpiąć WD Black P10 do niektórych sprzętów vide MacBook potrzebuję przejściówki. I w tym przypadku to już nie wina Apple'a, ale WD. Mam nadzieję, że od spania w piwnicy nie bolą was plecy.

Wydajność <3

No dobra, ale dysk ocenia się przede wszystkim za wydajność, prawda? Zwłaszcza taki, który ma ponoć służyć do uruchamiania z niego gier. I cóż, o ile do tego momentu mogłem się tu i ówdzie przyczepić, o tyle po podłączeniu do komputera WD Black P10, mówiąc kolokwialnie, robi robotę. Czy to w sekwencji czy kolejkach, wypada zaskakująco dobrze.

Dysk osiąga zapis i odczyt sekwencyjny w przedziale 120-130 MB/s, co oznacza, że jest jednym z najwydajniejszych przenośnych 2,5-calowców na rynku.

Ba, śmiało może stawać w szranki z energooszczędnymi wewnętrznymi nośnikami w formacie 3,5'', o prędkości obrotowej 5400 obr./min. Nie twierdzę bynajmniej, że taki WD10EZRX, aka WD Green, kiedykolwiek był wzorem do naśladowania. Niemniej wielu ludzi, również graczy, z tego rodzaju sprzętu korzysta, nie odczuwając w związku z tym żadnego dyskomfortu.

Wniosek jest taki, że to, co można zrobić komfortowo na wewnętrznym twardzielu, można również z powodzeniem robić na WD Black P10 – z taką samą lub bardzo podobną szybkością. Pro forma zainstalowałem na nim Battlefield V i odpaliłem kilka filmów 4K H.265/HEVC bez żadnych spowolnień. Słowo. Analogicznie, bohater recenzji na pewno nie będzie wolniejszy od dysków instalowanych fabrycznie w konsolach PS4 i Xbox One.

WD Black P10: Czy warto kupić?

Co mi się jeszcze spodobało, prócz wykonania i wydajności? To, że dysk jest fabrycznie sformatowany jako exFAT. Stąd kiedy już uporacie się z okablowaniem, to przynajmniej nie ma problemu z używaniem go z biegu ze sprzętem innym niż Windows PC.

Gdybym jednak miał jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie o opłacalność – lub nie – zakupu, to wolałbym enigmatycznie zamilknąć. W swym oficjalnym sklepie producent woła za to cacko 140 euro, czyli jakieś 605 zł. Nie wspominając już o niektórych krajowych sprzedawcach, którzy zobaczyli dla graczy, zaświeciły im się oczy i wyceniają WD Black P10 4 TB na ponad osiem stówek. Jest to całkiem kompetentny kawałek sprzętu. Problem w tym, że nieszczególnie korzystnie wyceniony, a jednocześnie pozbawiony jakiegoś miażdżącego asa atutowego.

Tak, powtórzę, wydajność stoi na najwyższym poziomie. Jakość wykonania także należy do czołówki. Pomiędzy te atuty wkrada się jednak archaiczne Micro-USB i kompletny brak oprogramowania, włącznie z brakiem wsparcia dla szyfrowania sprzętowego. Pewnym regresem jest przy tym trzyletnia gwarancja. Do niedawna w serii WD Black dawno pięć lat. Mówiąc krótko, to taki technologiczny średniak. Poprawny, lecz orgazmu na wdechu nie wywoła.

© dobreprogramy