Test niedrogiego czytnika Krüger&Matz dla minimalistów i do szkoły

Strona główna Lab Inne

O autorze

Jakie wyposażenie powinien mieć idealny czytnik e-booków? Zdania na ten temat są podzielone. Jedni chcą na czytniku słuchać audiobooków, korzystać ze słownika i przeglądać Wikipedię, inni chcą tylko czytać. Krüger&Matz Library 2S powstał właśnie dla tych drugich. W zasadzie poza wyświetlaniem książek i kilkoma związanymi z tym funkcjami nie robi nic innego. Ile powinien kosztować taki czytnik? 399 zł wydaje się być rozsądną ceną za urządzenie do czytania książek elektronicznych z podświetleniem ekranu, ale bez zbędnych dodatków.

Czytnik robi bardzo dobre pierwsze wrażenie. Obudowa jest estetyczna i niezwykle przyjemna w dotyku dzięki materiałowi przypominającemu nieco aksamit, choć twardemu i odpornemu na użytkowanie. Wymiary i waga czytnika nie odbiegają od tego, do czego przyzwyczaiły nas inne urządzenia z tego segmentu – 180 gramów przy wymiarach 169×113×10 mm. Jest to jednak czytnik bardzo minimalistyczny – nie ma WiFi, głośnika, możliwości instalacji aplikacji ani żadnych fajerwerków – nawet ekranu dotykowego. Służy do czytania i tylko do tego, tak jak powinien czytnik e-booków. Na książki mamy aż 8 GB miejsca, a do tego możemy dołożyć kartę microSD (gniazdo znajduje się na dole, obok włącznika). Do ładowania i podłąćzania czytnika do komputera wykorzystujemy microUSB.

O procesorze wiemy jedynie, że producentem jest Rockchip i że jest wystarczający do odczytywania e-booków. Akumulator ma pojemność 2000 mAh, co daje możliwość czytania przez kilka tygodni. Czas ten niestety trudno oszacować, gdyż zależy od używanego podświetlenia ekranu, ale na pewno będzie to więcej niż tydzień. Nie trzeba też obawiać się, że uśpiony czytnik będzie zużywał energię – można go zostawić na kilka dni wrócić do czytania bez obaw.

Charakterystycznym elementem są przyciski pod ekranem. Wokół kierunkowego, przywodzącego na myśl dżojstiki w starszych telefonach, znalazł się bardzo estetyczny, czerwony pierścień, także reagujący jak przyciski. Nawigacja w ten sposób jest intuicyjna, ale nie należy do najwygodniejszych ani najszybszych. Prawdopodobnie wina leży po stronie konstrukcji przycisków, które są dość małe i łatwo wcisnąć jednocześnie „w prawo” i „w górę”. W połączeniu z powolnym rysowaniem obrazu, typowym dla ekranów E Ink, bywa to frustrujące doświadczenie. Jednak kiedy już uruchomimy właściwą książkę, problem znacznie się zmniejsza.

Pozostałe 4 mają różne kształty, dzięki czemu bardzo łatwo można je znaleźć w ciemnościach. Przypisane im funkcje w tym modelu to (od lewej) włączanie i regulacja podświetlenia ekranu, przerysowanie ekranu, nawigacja (4 kierunki i „Enter” na środku), menu i „wstecz”. W zasadzie po jednym zajrzeniu do instrukcji kształty przycisków nabierają sensu i okazuje się, że obsługa czytnika jest bardzo intuicyjna. Jedyne, czego może brakować, to przyciski zmiany strony na bokach ekranu. Potrzeba przenoszenia ręki do kółka pod ekranem nie każdemu będzie odpowiadać. Dla mnie był to problem tylko gdy czytałam leżąc na boku. Na ratunek przychodzi tu możliwość włączenia automatycznego „przewracania stron” – kiedy poznamy własne tempo czytania, można z niego spokojnie korzystać. Brak warstwy dotykowej na ekranie uważam za sporą zaletę, gdyż należę do osób, które często zmieniają stronę przez przypadek.

Ekran jest dość standardowy. 6-calowy E Ink Carta ma rozdzielczość 1024 × 758 pikseli, co nie jest imponujące. Rozdzielczość ta jest wystarczająca do komfortowego czytania, ale na pewno nie zadowoli kogoś, kto wcześniej miał do czynienia z czytnikiem z wyższej półki, jak Kindle Oasis. Czytać można trzymając czytnik poziomo lub pionowo, ale obrót ekranu ustawiamy ręcznie. Można też odnieść wrażenie, że ekran ma niski kontrast w porównaniu do konkurentów. Trudno powiedzieć, skąd bierze się to złudzenie, ale znika po włączeniu podświetlenia.

Podświetlenie jest dość chłodne. Jego intensywność możemy regulować w 10-stopniowej skali, która wbrew pozorom jest wystarczająca do różnych warunków. Najniższy stopień pozwala komfortowo czytać w nocy, najwyższy zaś jest dobrze widoczny w dzień. Można też odwrócić kolory wyświetlania książek, ale na ekranach E Ink efekty tego są zwykle opłakane przez ich wolne odświeżanie i pozostające „duchy”. Nie inaczej było w tym przypadku.

Oprogramowanie czytnika także jest bardzo minimalistyczne, choć producent nie odmówił sobie instalacji dwóch prostych gier i kalendarza. Na ekranie głównym znajdziemy listę książek ostatnio czytanych, ostatnio dodanych, a także skróty do biblioteki, ustawień, menedżera plików, przeglądarki obrazów i wyszukiwarki. Korzystanie z niej nie należy do wygodnych. Wpisywanie haseł na klawiaturze ekranowej, gdy mamy do dyspozycji tylko przyciski kierunkowe, czasami zajmuje więcej czasu niż przejrzenie listy książek. Wyszukiwanie należy traktować jak ostatnią deskę ratunku i jeśli spodziewacie się, że będziecie często przeszukiwać książki, lepiej dołożyć kilkadziesiąt złotych do modelu z ekranem dotykowym.

Podczas czytania zwykle jest też wyświetlany zegar i wskaźnik poziomu naładowania akumulatora. Ponieważ czytnik nie ma WiFi, zegar trzeba ustawić samodzielnie, co zupełnie zignorowałam. Można też zauważyć, że zależnie od czytanego formatu książki, w rogu ekranu pojawić się może wskaźnik nawigacji – na przykład cztery kwadraty podczas czytania PDF-ów albo strzałka przy nawigacji po przypisach. Warto tu zaznaczyć, że przy czytaniu PDF-ów często trzeba powtórzyć naciśnięcia. Prawdopodobnie pliki w tym formacie są zbyt „ciężkie” dla tego czytnika.

Podczas czytania możliwości oprogramowania zależą od formatu otwartej aktualnie książki (obsługiwane to EPUB, MOBI, PDF, TXT, FB2, RTF i HTML). W większości z nich można korzystać ze spisu treści, w niektórych także zmienić nie tylko rozmiar, ale i krój tekstu. W tym przypadku warto inwestować w książki w formacie MOBI, gdyż można dowolnie manipulować dostępnymi czcionkami. Nie polecam formatu PDF – działanie trybu „reflow”, czyli płynnego zawijania linii tekstu na ekranie, zależy od przygotowania pliku, a widok pełnej strony nie nadaje się do wyświetlania na ekranie tego typu. Niestety 1000 e-booków, które dostałam razem z czytnikiem, to właśnie PDF-y z projektu Wolnelektury. Po kupieniu czytnika polecam wymienić je na MOBI.

Jedną z ważniejszych zalet tego czytnika jest możliwość korzystania ze specyficznego fontu OpenDyslexic, ułatwiającego czytania osobom z pewnymi zaburzeniami czytania. Font ten został zaprojektowany w taki sposób, by wizualnie obciążać pewne fragmenty liter łacińskiego alfabetu, dzięki czemu można je łatwiej od siebie odróżniać. Jego odbiór jest kwestią indywidualną. Od siebie dodam, że mimo sporej wprawy, zawsze czytałam wolniej niż powinnam (według logopedy :)). Korzystanie z fontu OpenDyslexic nieco mi ułatwia czytanie i jestem w stanie pochłaniać książki szybciej o około 10% w porównaniu do napisanych Arialem czy Georgią. Warto spróbować, być może drobna zmiana sprawi, że czytanie będzie łatwiejsze.

Czy warto kupić ten czytnik? Znów wszystko zależy od potrzeb indywidualnych każdego z nas. Jeśli dla kogoś brak możliwości połączenia się z WiFi będzie przeszkodą, nie powinien brać pod uwagę tego modelu. Jednak jeśli chodzi o czytanie, Library 25 sprawdza się śpiewająco. Podczas korzystania z niego nie miałam żadnych problemów z oprogramowaniem, przyciskami ani z akumulatorem. Jedyną niedogodnością jest potrzeba zmiany przyzwyczajeń przełączania stron. Solidna konstrukcja sugeruje, że to urządzenie będzie działać przez lata, więc cena 399 zł nie wydaje się wygórowana.

Jeśli macie do wydania tylko 299 zł, możecie zainwestować w bardzo podobny model Library 2, pozbawiony podświetlenia. Jednak z doświadczenia polecam ten z podświetlanym ekranem. Możliwość czytania bez włączania światła jest niezwykle cenna, zarówno w podróży, jak i przy współdzieleniu mieszkania z innymi osobami.

© dobreprogramy