reklama

Titanfall chce zmienić podejście do wojny po sieci, idzie bardziej w stronę planowania starć z wrogiem

Strona główna Aktualności

O autorze

Miłośnik gier komputerowych, konsolowych i nowych technologii, zwłaszcza owoców azjatyckiej myśli technicznej. Recenzent, czasem doradca oraz fotograf, zawsze otwarty na innych ludzi. Filolog.

Chociaż producenci gry Titanfall wywodzą się z Infinity Ward i przyłożyli rękę do rozwoju serii Call of Duty dla Activision, jako Respawn Entertainment chcą spróbować czegoś nowego, może nieco mniej irytującego, jeżeli o zabawę po sieci chodzi. Swój projekt opracowują zdając sobie sprawę, że często rozgrywka wieloosobowa oznacza raptem kilka sekund zanim ktoś nas zabije zaraz po odrodzeniu. Dlatego za główne filary dzieła przyjęli ogromną mobilność, większe szanse przetrwania plus dużą skalę potyczek.

Wszystkie się ze sobą łączą. W meczu brać będą udział tak roboty bojowe, jak też skoczni piechurzy, którzy dzięki plecakom odrzutowym i specjalizacji w tzw. parkourze mają więcej opcji taktycznych, niż proste wbiegnięcie na kogoś ze strzelbą. Z mechami zresztą nie ma co iść na czołowe zderzenie, bo to zupełnie inna siła ognia, więc trzeba kombinować, czaić się po dachach. Rozległe mapy umożliwiają równoczesne, osobne walki robotów między sobą, a gdzieś dalej żołnierzy. Dbać o życie warto będzie, bo wraz z kolejnymi odstrzelonymi nieprzyjaciółmi w końcu sami wezwiemy Tytana, zyskując dodatkowy pancerz, a gdy trzeba inteligentną wieżyczkę strzelniczą. Strata sprzętu to też nie od razu zgon, bo zawsze można się katapultować i kontynuować zmagania.

Tak skrojona rozgrywka to także ukłon w stronę starszych graczy, o gorszym może refleksie w porównaniu z młodszymi fanami strzelanek sieciowych. Ci pobiegają jednak trochę po polu boju, zamiast od razu zarobić kulkę w czaszkę. Dzięki uczestniczeniu w starciach zmyślnych botów, weterani mają też większą szansę sami kogoś odstrzelić.

© dobreprogramy

Komentarze

reklama
Polecamy w WP TechnologieWP TechnologieNie wiemy, co jemy - państwowe badania to kropla w morzu. Projekt FoodRentgen chce to zmienić