Windows 10 19H2 zmniejsza poziom patologii w wydawaniu aktualizacji. List do Kamila Dudka

Strona główna Aktualności
(fot. Shutterstock.com)
(fot. Shutterstock.com)

O autorze

Aktualizacja Windowsa 10 19H2 zbliża się coraz większymi krokami i jest w pewnym sensie wywrotowa. Nie podmieni całego systemu, lecz skorzysta z narzędzia DISM, podbijając numer kompilacji o zaledwie jedno oczko. Panie i panowie, wracają czasy Service Packów, a Win 10 pomalutku przestaje być jednym wielkim placem budowy. Choć ma to zarówno dobre, jak i złe strony.

Microsoft nie odważy się jednak na przywrócenie armii testerów, ponieważ są za drodzy
– Kamil Dudek (czytaj więcej)

No właśnie, wdałem się w debatę z Kamilem Dudkiem (wielkipiec), który jest świetnym ekspertem, ale ma tendencję do utrudniania sobie życia na własne życzenie. Gdyby powiedzenie, że najciemniej jest pod latarnią miało awatar, to ten nosiłby bluzę z uszami na kapturze. Piątka! Kamilu, masz wiele trafnych spostrzeżeń. Niemniej starasz się sięgnąć wzrokiem zbyt daleko, co zaburza spojrzenie na sytuację bardziej statystycznego użytkownika.

Jasne jest, że wydawanie cyklicznych aktualizacji systemu w formie nowych kompilacji to sytuacja patologiczna. Człowiek w gruncie rzeczy instaluje OS od nowa, a to czasochłonne i ryzykowne, szczególnie w kontekście bezpieczeństwa danych. Zresztą, o tym mogli przekonać się wszyscy ci, którzy przy 1809 potracili pliki. Sam miałem nieprzyjemność zgubić zawartość dysku. Tymczasem niniejszy przykład to jedynie wierzchołek góry lodowej. Dla odmiany wdrożenie 1903 kojarzę z problemami z logowaniem. To przykłady z, nazwijmy to tak, najbardziej współczesnej historii.

Ch... tak sobie, ale stabilnie

Nawet nie śmiem twierdzić, że Windows 10 to produkt jakkolwiek dopracowany. Może powstał już z kolan, ale wciąż widocznie kuśtyka. Wystarczy rzucić okiem na to, co dzieje się z modelem sterownika graficznego (WDDM). Każda kolejna kompilacja Win 10 to podbicie numerka WDDM. Plusem są nowe funkcje, ot, chociażby dodanie obsługi raytracingu w WDDM 2.5 (1809), ale na zapleczu dochodzi do takiego chaosu, że z grafiką kaprysi nawet własnościowy Surface Book. To oczywiście pociąga za sobą niezadowolenie i partnerów, i użytkowników.

Z drugiej strony, nie ukrywajmy, nie jest też tak, że dziesiątka kojarzy się już tylko z rozbojem, a jako system nadaje najwyżej do pobrania jakiejś dystrybucji Linuksa czy zamówienia Maca w Apple Store. Wiele początkowo irytujących aspektów Microsoft zdołał uporządkować. Gdzieś tak od 1607 NDIS nie pluje już niebieskimi ekranami na lewo i prawo, dyspozytor nieźle radzi sobie z wielordzeniowcami, losowo nie kładzie się Eksplorator.

Lepsze wrogiem dobrego

Można z tego korzystać, co potwierdza stale rosnąca liczba użytkowników. Nie bez kozery również na wydaniu 1809 bazuje ostatni Enterprise LTSC. Jakkolwiek to nie zabrzmi, Microsoft dobrnął do punktu, w którym lepsze często okazuje się wrogiem dobrego (patrz. WDDM). OK, zawsze można zrobić przemeblowanie spychaczem. Pytanie tylko, czy statystyczny użytkownik będzie z tego zadowolony, skoro w tej chwili ma system, który po prostu działa. Jakoś, czasem bylejakoś, ale mimo wszystko działa. I to na 900 mln urządzeń, czym szczyci się Yusuf Mehdi.

Na dalszy plan schodzi to, że Microsoft musi utrzymywać w tej chwili siedem różnych Windowsów 10. Przy skali firmy z Redmond mogliby podnieść tę liczbę do drugiej potęgi. Tylko, na przeszkodzie przed rychłym wydaniem kolejnej kompilacji stoją obawy o zepsucie czegoś, co spełnia oczekiwania klientów. W makroskali miarą dojrzałości jest stabilizacja zadowolenia klientów na odpowiednim poziomie, a nie bezwzględne dążenie do perfekcji. Tej produkt kalibru Win 10 i tak nigdy nie osiągnie.

Grunt to odczucia konsumenta

Iksińskiego kompletnie nie interesuje, że struktura ustawień w interfejsie wygląda jak Stalingrad w 1943 roku. Tym bardziej w nosie ma zawiłości back-endu. Za to rozgrzeje się do czerwoności, gdy pewnego pięknego dnia siadając przed komputerem, najpierw otrzyma kolejną długą aktualizację, a potem wysyp baboli z tym związanych. Owszem, Microsoft nie może zrezygnować z nowych buildów, czego potwierdzeniem jest ogromna 20H1. Wciąż pozostaje wiele do zrobienia. Niemniej jednak trzeba to rozłożyć w czasie, wplatając pomiędzy duże update'y mniejsze Service Packi, co właśnie jest namacalną oznaką pewnej dojrzałości. Dojrzałości do zaspokojenia oczekiwań rynku.

© dobreprogramy