Wioska nubijska

Egipt to nie tylko piramidy i świątynie pokryte hieroglifami. To nie tylko kultura arabska, która podbiła ten kraj w VII wieku n.e. To także Nubia, kraj pomiędzy Asuanem i Chartumem – znana, jako starożytne państwo Kusz, które ze zmiennym szczęściem walczyło o swoją niepodległość z władcami Egiptu już od czasów Starego Państwa, czyli ponad cztery i pół tysiąca lat temu, a w pewnych okresach stawało się dla Egiptu nawet zagrożeniem. Obecnie północna część Nubii stanowi południową część Egiptu, a południowa znalazła się w granicach Sudanu. Zamieszkująca Nubię ludność etnicznie różni się od egipskiej, i wykazuje cechy kulturowe bliskie innym plemionom afrykańskim z południa. Około półtora tysiąca lat temu do Nubii dotarło chrześcijaństwo, ale ok. XIV-XVI wieku kraj został zdominowany przez islam. Nubijczycy zachowali swój język, wywodzący się z grupy języków nilo-saharyjskich, i używają go obok języka arabskiego.

Chcąc podzielić się moimi wspomnieniami z Egiptu - i aby wizerunek Egiptu pojawiający się w moich opowiadaniach był w miarę jak najbardziej pełny, uznałem, że nie może zabraknąć relacji z naszych odwiedzin w wiosce nubijskiej, zlokalizowanej w okolicach Asuanu. Odrębność kulturową tego miejsca, w stosunku do północnych obszarów Egiptu, będzie można prześledzić w architekturze i w ludziach, w wyglądzie ich domostw i ulic. W programie wycieczki trafiliśmy też do miejscowej szkoły.

reklama

Z Asuanu wyruszyliśmy łodzią gondolową, jakich tu wiele czeka na turystów przy różnych przystaniach (na zdjęciu poniżej). Warto przy okazji zwrócić uwagę na widoczną na zdjęciu poniżej Katedrę koptyjską p/w Archanioła Michała. Czy jej dwie wieże nie przypominają nieco swym kształtem islamskich minaretów? Nie można przecież wykluczyć efektu przenikania się kultur w architekturze.

Płynąc widzimy na skalnej wysepce starożytne ślady panowania faraonów.

Wpływamy w obszar I katarakty nilowej. Wśród trzcin znalazła sobie miejsce do żerowania czapla siwa. Wiele ich tu.

W chwilę później przepływamy, a raczej przebijamy się przez tunel z trzcin, zamykających się tuż nad daszkiem naszej łodzi. I przez moment słyszymy tylko szelest trzcin wywołany przez napierającą na nie łódź.

Płyniemy pomiędzy skałami katarakty blisko zachodniego brzegu rzeki, który nie wygląda gościnnie, ale jego dzikość ma swój urok.

Wreszcie ukazuje się początek wioski Nubijczyków. Już na pierwszy rzut oka widać po wyglądzie domów, że nie jest to kraj arabski, mimo, że miejscowi mieszkańcy mówią po arabsku (w południowym dialekcie) i są muzułmanami.

I tutejsi ludzie też są jacyś inni.

Handel uliczny też wskazuje na to, że stąd już blisko do serca Afryki.

Rodzima produkcja rzemieślnicza świetnie sobie radzi na ulicy.

Trafiamy do otwartego dla turystów domu nubijskiej rodziny. Wypchany krokodyl wita nas znad wejścia.

Jesteśmy w sieni domostwa.

Dalej kąt jadalny i kuchnia. Przy jedynym, widocznym atrybucie nowoczesności, lodówce, stoi pani domu.

Nie może jednak zabraknąć atrakcji dla turystów, a ściślej dla pań. Na stole leżała oferta miejscowego rzemiosła. Można było się targować.

No i niecodzienna atrakcja. To, co na zdjęciu poniżej trzyma w rękach moja małżonka, to nie plastikowa zabawka, a najprawdziwszy żywy krokodylek. Kilka takich okazów, mniejszych i większych, przebywało w kamiennych zbiornikach, gdzie, na zalanym częściowo wodą dnie, tkwiły w bezruchu. Gospodarze nie zabraniali turystom brać ich w ręce. Z relacji mojej małżonki wynikało, że brzuszek zwierzątka był miękki w dotyku i ciepły. Ale ząbki i pazurki już tak miło nie wyglądały, choć na ten moment nie były jeszcze groźne.

Kolejnym punktem naszego zwiedzania stała się miejscowa szkoła podstawowa. Przyjął nas osobiście jej dyrektor i w jednej z klas, dla zabawy, urządził nam lekcję alfabetu arabskiego. Najpierw każdą z liter głośno wymawiał, a następnie grupa powtarzała za nim.

Trafiliśmy potem do salki, w której uczono dzieci umiejętności praktycznych, czyli takie nasze roboty ręczne. Na zdjęciu wyroby wyplatane.

Był też i kąt krawiecki.

W innej z sal moją uwagę zwróciła wisząca na ścianie tablica dydaktyczna na temat rzeczy ważnych: jak zachowywać higienę i jak się modlić.

Ciekawie prezentowała się dla Europejczyków arabska tabliczka mnożenia. O współczesnych arabskich cyfrach napisałem już nieco w opowiadaniu o Abu Simbel.

Można było wyjść na dach szkoły, który w rzeczy samej był przystosowany do funkcji bardzo obszernego tarasu. Mieliśmy więc widok na dziedziniec szkoły i okolicę.

I oto bliska okolica, ale z innej strony szkoły. Tak właśnie mieszkają tu ludzie.

Przy budynku szkolnym nie mogło zabraknąć minaretu. To jednak kraj muzułmański. Warto zwrócić uwagę na głośniki zainstalowane u szczytu minaretu. Podobnie było i gdzie indziej. Obecnie muezin wzywając na modlitwę (pięciokrotnie podczas dnia) – nie czyni tego bezpośrednio wyśpiewując wezwanie z wieży, lecz za pomocą systemu nagłośnienia. Nie można wykluczyć, że puszczane bywają po prostu odpowiednie wcześniej przygotowane nagrania dźwiękowe. Taki sposób widziałem w meczecie tureckim. Tam mocne wrażenie sprawiało zastosowanie do nagrania aparatury wywołującej efekt echa, w odbiorze łudząco podobny do przestrzennego rozchodzenia się dźwięków, charakterystycznego dla zwartej, murowanej zabudowy miast i osiedli w krajach muzułmańskich.

Na zdjęciu widać naszą pilotkę, a przy niej trzy miejscowe dziewczynki. Nic w tym dziwnego, że garnęły się do niej, jak do dobrej cioci. Po pierwsze, znały ją od dłuższego czasu. Po drugie nasza pilotka mówiła w ich języku, tj. w południowym dialekcie arabskim, a po trzecie jej regularna obecność w wiosce, jako pilota wycieczek, kojarzyła się im z możliwością otrzymania od turystów różnego rodzaju prezentów, w postaci praktycznych drobiazgów. Te europejskie wycieczki przyjeżdżały tu z nieosiągalnego dla nich świata i co parę tygodni były zwiastunem małych osobistych radości.

Droga powrotna z wioski nubijskiej przebiegała w podobnej scenerii, jak podróż do niej przed paroma godzinami.

Z następnym zdjęciem nie wiąże się nic szczególnego, prócz faktu, że tu pilotka zezwoliła chętnym na kąpiel w Nilu. Cóż w tym nadzwyczajnego? Otóż wody Nilu poniżej Asuanu, aż do ujścia do Morza Śródziemnego, zawierają tak zjadliwe bakterie i pasożyty, że Europejczykom zanurzenie się w wodzie grozi bardzo poważnymi konsekwencjami zdrowotnymi. Jednak woda w Nilu powyżej Asuanu, a obszar I katarakty spełnia ten warunek lokalizacyjny, ma być już wolna od tych zagrożeń.

Po zabawach wodnych kontynuowaliśmy rejs łodzią do Asuanu, mając po lewej stronie krajobraz typowy dla tej okolicy, tj. przy brzegu żaglowa łódź (feluka), wyżej jeździec na wielbłądzie, a dalej wzgórza piaszczyste z rachityczną roślinnością i stare ruiny klasztoru. I tak mi się jakoś skojarzył ten widok ze starymi pocztówkami z epoki kolonialnej, że mało brakowało, a przedstawiłbym to zdjęcie poniżej w sepii…., ale pozostawiłem jak jest.

Ostatnim akcentem wycieczki był widok z łodzi, gdzie po lewej stronie ujrzeliśmy Ogrody Kitchener’a, odwiedzone już przez nas poprzedniego dnia.

Z mojej egipskiej serii ukazały się dotychczas na blogu:

Egipt – gdy marzenie stało się rzeczywistością

Karnak – egipski sen trwa…

Medinet Habu – trzydzieści pięć wieków

Nad Luksorem

Świątynia Tysiąca Lat - Hatszepsut

Zasypane piaskiem zapomnienia – Edfu, cz. I

Zasypane piaskiem zapomnienia – Edfu, cz. II

Nilem do Asuanu

Kom Ombo

Abu Simbel

Ogrody Kitchener’a (Kryptowaluty vs moje wspomnienia z podróży)  

hobby

Komentarze