Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Zasypane piaskiem zapomnienia – Edfu, cz. II

„Eppur si muove”

Jak podaje legenda, tymi właśnie słowami: „a jednak się kręci”, Galileusz miał, stojąc przez sądem Inkwizycji, wyrazić swój cichy upór trwania przy teorii heliocentryzmu, której zmuszony był oficjalnie się wyrzec. I nie wdając się w dysputę o autentyczności tych słów, uznaję je, jako synonim oporu wobec koncepcji ciasnych, zamkniętych lub/i wykluczających, jako synonim działania opowiadającego się za otwartością na świat. To rozważanie dedykuję zwłaszcza tym gościom i użytkownikom DP, którzy w dalszym ciągu manifestują swój problem z zaakceptowanie formuły mojego bloga, pisząc, że męczący, czy nudny. I ja im wierzę, że mój blog może się im takim wydawać. Ale ta kropla humanizmu na platformie Dobrych Programów, którą usiłuję zasilić jej grunt, w obliczu owych głosów dezaprobaty (skądinąd dlatego cennych), wydaje mi się tym bardziej uzasadniona. I dlatego „Eppur si muove”.

Historia zapisana w kamieniach

Świątynię Horusa, pokrytą ze wszystkich stron reliefami i hieroglifami, uznano za gigantyczną kamienną księgę, zawierającą informacje z takich dziedzin, jak kult świątynny, astronomia, geografia, ekonomia i poezja. Odczytanie hieroglifów pozwoliło naukowcom odkryć, że w Edfu, na ścianach przyświątynnej sali, zwanej Domem Księgi, wykuto, jak się przyjmuje, najstarszy obecnie znany egipski katalog biblioteczny. Jednakże podczas akcji odkopywania świątyni z piasków pustyni, które przykrywały ją aż po stropy, księgozbiorów tych już nie było. Świątynia przestała pełnić swoją funkcję za czasów panowania cesarza Teodozjusza I, tj. w końcu IV w.n.e. i przez następne półtora tysiąca lat znikała stopniowo ulegając piaskom Sahary, aż do roku 1860.

Przechodząc się przez hypostyl skierowałem swoje kroki w bok i nagle przy bocznym wyjściu pojawia się tubylec. Uśmiechał się do mnie i w kilku słowach, a także gestem, usiłował mnie namówić, abym za nim podążył, a on wskaże mi wizerunek królewskiej kobry. Tych kilka słów zrozumiałem, bo starał się je powiedzieć po angielsku. Jego „marketingowy” uśmiech sugerował, że gość spodziewał się wyciągnąć ode mnie bakszysz. To podobny przypadek jak ten w Luksorze. I moja reakcja identyczna. Ale tamten w Luksorze był ode mnie daleko i nie chciało mu się za mną gonić. Natomiast ten stał ode mnie na dwa kroki i nie wyglądało na to, że się łatwo od niego uwolnię.

Wiedziałem, że ja ze swoją naturą szperacza i tak do tej kobry sam sobie dojdę, więc jego oferta nie kusiła mnie. Zaczął nieco „tańczyć” wokół mnie coś mamrocząc po swojemu, czego oczywiście nie rozumiałem, ale widać było, że gość nie ustępuje. Zrobiłem krok w bok, ominąłem go nawet nie patrząc na niego (zerwanie kontaktu wzrokowego to także sposób na zbyt nachalnych przekupniów ulicznych) i powędrowałem korytarzem, w którym, gdyby nie sztuczne światło, panowałyby niemal prawdziwe egipskie ciemności.

Reflektory rozmieszczone wzdłuż ścian przy podłodze stwarzały wprawdzie warunki wystarczające do obserwacji ścian, ale jednocześnie sprawiały mi spory kłopot podczas fotografowania. Z powodu spotkania się miejscami źródeł światła o różnych temperaturach barwowych, nie dawałem sobie rady z ustawieniem balansu bieli, stąd żółto zielone dominanty w pewnych obszarach niektórych zdjęć. A poza tym światło najintensywniej świeciło przy podłodze, skutkiem czego w ciasnych zakamarkach labiryntu trudno było bronić się przed dolnymi „przepałami”. Dopiero w domu mogłem poeksperymentować z programowym filtrem połówkowym, co jednak tylko częściowo pomogło, a i tak nie przy wszystkich zdjęciach.

I znowu podziwiałem wspaniały stan tego miejsca. Piasek nieźle te kamienie zakonserwował. Podczas gdy ja fotografowałem, ów „miłośnik” kobry królewskiej dreptał w moim pobliżu, ale nie przede mną, bo w wąskim korytarzu nie miał mnie jak wyprzedzić, a za mną. Nie chciałem mu dać argumentu, że to on mnie do kobry doprowadził.

W końcu w jednej z wnęk ukazała się kobra. Sfotografowałem ją z takim samy spokojem, jak wszystkie inne miejsca. I niespiesznym krokiem oddaliłem się nie oglądając się za siebie. I oto ów „dreptacz” zakręcił się i odszedł sobie. I zapewne ponownie przyczaił się gdzieś tam w zakamarkach, jak pająk, czyhając na nową ofiarę. Asertywność w takich przypadkach to podstawa. Warto ją ćwiczyć.

Doszedłem w końcu do głównego sanktuarium świątyni, zwanego Święte Świętych, które mieściło się za hypostylem. Świetnie prezentowała się tu barka solarna* ustawiona w centrum sanktuarium (*-w jednym ze źródeł czytałem, że jest to rekonstrukcja, a gdzie indziej użyto nazwy: łódź pogrzebowa). Powszechnie stosowaną współcześnie w Egipcie zasadą jest, że praktycznie wszystkie znaleziska wywożono z grobowców i świątyń (jeśli coś w ogóle pierwotnie się zachowało) do Muzeum kairskiego, a tam nie tylko fotografować nie było wolno, ale przede wszystkim zakazane było wnoszenie kamer i aparatów fotograficznych. Tym bardziej cennym dla turystów było, że w ogóle coś w Edfu ze sztuki w sakralnej pozostawiono. Na terenie obiektów sakralnych Egipcjanie zasadniczo nie zabraniali fotografować. Wyjątkiem były krypty grobowe i mastaby – przez szacunek dla zmarłych i miejsc pochówków - a także świątynia w Abu Simbel. Ale tylko w niektórych były umieszczane tabliczki z zakazem. Dlatego, szanując obyczaj i stosując się do zakazów, nie mam zdjęć z grobowców w Dolinie Królów, z grobowca w Wiosce Robotników, czy z wnętrza piramidy i mastab w Gizie, a także z Muzeum kairskiego pełnego przedmiotów pozyskanych z grobowców, w tym mumii.

Te sznurki, którymi tak mocno zaplątano dostęp do barki, nasuwały przypuszczenie, że pojedynczy sznur dla zbyt „aktywnych” turystów nie był dostateczną przeszkodą. Szkoda, że niektórzy w pogoni za fotką przy łodzi nie umieli uszanować ani powagi miejsca, ani wagi zabytku. Przez to najbardziej stracili ci, który chcieliby ujrzeć to miejsce bez swoistych „zasieków”.

Wyszedłem bocznym wyjściem. Wąska uliczka pomiędzy wysokimi ścianami. Udało mi się uchwycić moment, gdy nie było tu turystów.

I chyba wiele ksiąg można by było zapisać treściami, które nagromadzono na setkach metrów kwadratowych ścian, które mnie tu otaczały. Prawdziwa kamienna księga. Widok oszałamiający.

Godzina minęła nie wiadomo kiedy. Trzeba wracać. Większość naszej grupy była już za świątynią. Nie miałem więc wiele czasu, a chciałem jeszcze „strzelić” kilka zdjęć ruinom znajdującym się obok głównej świątyni, które mijaliśmy idąc godzinę wcześniej w kierunku przeciwnym.

I znowu jak gdzie indziej. Reliefy i hieroglify. A miejscami kolory.

Wśród wizerunków pary królewskiej odnalazłem dwa, którym nadałem tytuł: macierzyństwo. No cóż, żony „boskich” faraonów także bywały matkami, jak inne kobiety.

Widok przypominający nieco ruiny Karnaku. Pusto, bez gruzów. Czyżby i to miejsce potraktowano w starożytności, a może później, jako „magazyn materiałów budowlanych?

I ostatnie spojrzenie na świątynię poprzez niski mur z cegły mułowej. Cegła mułowa, w porównaniu z kamiennymi konstrukcjami, to materiał bardzo nietrwały. Dlatego wszędzie tam, gdzie cegła mułowa w starożytności była zastosowana, obiekty w dzisiejszych czasach były w opłakanym stanie. Miejscami wyglądają, jakby je ktoś stopił ogromnym palnikiem.

Tego dnia dopłynęliśmy jeszcze do Kom Ombo. A, że było to już po zachodzie słońca, to byliśmy skazani na prawdziwie nocne zwiedzanie. Ale o tej wizycie, jak i o samym rejsie wzdłuż Nilu, już innym razem.

Nota redakcyjna:

Zbierając informacje historyczne, związane z obiektami, które prezentuję na blogu, mam czasem wielki problem warsztatowy. Nie jestem bowiem zawodowym historykiem, a jedynie wielkim miłośnikiem Starożytności – i moja wiedza pochodzi głównie z wiadomości powszechnie dostępnych, czy to z wydawnictw encyklopedycznych, z folderów podróżniczych, czy z Internetu, choć od bibliotek nie stronię. Muszę więc stąpać ostrożnie, jak saper po zaminowanej ziemi, aby nie popełnić błędów, które w obliczu różnorodności źródeł są całkiem realne. Ograniczam zatem ilość wiadomości historycznych na blogu, i nie dlatego tylko, aby go nie przeciążać, i nie czynić prawdziwie nudnym, ale także, aby nie podawać informacji, których nie mogę potwierdzić w innych źródłach. Zorientowałem się, że w egiptologii problemem trudnym nawet dla wysokiej klasy naukowców jest kwestia dat. Stąd czasem może się zdarzyć, że podane przeze mnie daty są lekko odmienne od takowych, pochodzących z innego źródła. Przykładem mogą być okresy panowania poszczególnych faraonów, lub wznoszenia świątyń. Ale, że blog w swojej formule, poprzez moje wspomnienia z podróży, ma służyć Czytelnikom głównie, choć nie tylko, otwarciu się na stare kultury, a może i stać się uzupełnieniem dla ich dotychczasowych zainteresowań - to prosiłbym, aby z wyrozumiałością podchodzili do mojego bloga i nie traktowali go z surowością należną pracy, mającej ambicje naukowe. Błędy zatem mogą mi się przydarzyć i sam czasem takowe wyłapuję, nawet na chwilę przed opublikowaniem na blogu. Ręczę za to za zdjęcia, bo te pochodzą wyłącznie z mojego osobistego zbioru.

Z mojej egipskiej serii ukazały się dotychczas na blogu:

Egipt – gdy marzenie stało się rzeczywistością

Karnak – egipski sen trwa…

Medinet Habu – trzydzieści pięć wieków

Nad Luksorem

Hatszepsut - Świątynia Tysiąca Lat

Zasypane piaskiem zapomnienia – Edfu, cz. I  

hobby

Komentarze