Test TP-Link, czyli zestaw biznesowy do robienia internetów: część 1 — wstęp


Czasami życie potrafi zaskoczyć

Czasami dowiadujemy się, że nasza była przytyła 10kg i przestaje nam być przykro, ale niekiedy uda nam się coś niesamowitego. Na przykład włożyć wtyczkę USB za pierwszym razem.

Test sprzętu od TP-Linka jest gdzieś pomiędzy: z jednej strony słyszałem


„eeee, to TP-Link, to nie może dobrze działać”

a z drugiej:


„ej, ale to może być dobre”.

Dla mnie to okazja do realizowania pasji, którą są sieci. Tak, dla wielu z Was taka pasja to jak być miłośnikiem leczenia kanałowego. Ja to trochę inaczej postrzegam, choć momentami wolałbym fotel dentystyczny.

Do dzieła!

Baza zabawek pracownika Adrian została zaktualizowana

Zacznę od urządzenia, w którym pokładam niemałe nadzieje. Switch TP-Link T1500-10MPS. Nie jest to całkowicie dla mnie obcy wyrób ze stajni TP-Linka. Zbudowałem sieci na modelach z wyższej serii, mianowicie T1600 i szczerze mówiąc nie dzieje się tam nic niepokojącego. Sieć została zabezpieczona, do switcha podpięty cały makaron kabli, klient zadowolony, a pieniążki się zgadzały. Patrząc się na specyfikację serii T1500 odnoszę jednak wrażenie, że coś jest nie tak. Spójrzcie:

Testowany przeze mnie model ma największą wydajność przełączania. Co w tym dziwnego? Ano to, że większy switch, model T1500-28PCT ma więcej portów (co prawda fast ethernet + 4x gigabit ethernet), ale dużo niższą wydajność przełączania. To dziwny ruch, największy z serii powinien mieć największą wydajność i wszystkie porty gigabitowe. Wygląda to trochę jak większy brat z niższej serii. Tak się nie robi, ale co ciekawe, w wyższej serii T1600 takiego dzikiego zagrania już nie ma.

Na plus testowanego urządzenia muszę zaliczyć POE w standarcie at i af. Działa, co zobaczycie później. No i nie zapominajmy o 2x SFP. Kusi mnie, oj kusi...

W zestawie… a czy to ważne? Switch, kabel zasilający, płyta CD (po co!?), kilka papierów i gąbki jako wypełniacz. No i uszy do mocowania w racku. Nic szczególnego. Ładna obudowa, żadnego krzyku, że „jestem smart inteligentny”, ot taki zwykły sprzęt do zamknięcia w racku albo stoliku z Ikei. Zainteresowanych tym ostatnim odsyłam do googlarstwa stosowanego.

To podróba UniFi dla biedaków!

Kolejną zabawką, w mnogiej ilości przysłaną, jest bezprzewodowy punkt dostępowy o ślicznej nazwie Omada EAP225. Sztuk dwie.

Z technicznych rzeczy: WiFi B/G/N/AC (2.4GHz + 5GHz), MIMO, zasilanie POE, możliwość samodzielnej pracy, jak i pod kontrolerem, wiele SSID, strony powitalne i takie tam inne bajery. Z racji, że dla mnie WiFi to fajna ciekawostka, a nie niezawodny link, nie będę się nad funkcjonalnością specjalnie rozwodzić. Ma być stabilnie, bezproblemowo, szybko i niezauważalnie. Do raz skonfigurowanych punktów nienawidzę wracać i przywracać ich ponownie do pierwotnych ustawień. Serio.

Wykorzystywałem już kiedyś takie apeki. EAP110 – najniższy chyba ze stajni Omada. Bardzo je miło wspominam, działają niezawodnie i ze świetnym pokryciem sporego lokalu od wielu miesięcy, nie mam do nich zastrzeżeń. Nie będę się rozpisywać o sposobie montażu (powiem tyle: szybko, trwale i bardzo przyjemnie.) i wykonaniu. Ot – zwykły plastik, powiesić i zapomnieć. Nikt tego oglądać nie będzie. Ma być estetycznie i tak też jest.

O wydajności tych punktów wrócę później, bo teraz będzie o czymś, czym można ogarnąć stadko punktów dostępowych…

...To będzie o Omada OC200


Cloud Controller? To pogodą chcesz przez TP-Linka sterować” - takimi słowami zostałem uraczony na starcie. „Omada-pomada” - jak to inny kolega zadowcipkował. Fajny facet, wszyscy doceniamy jego poczucie humoru. Poprawił mi tym stwierdzeniem humor.

Aby nie popaść w zbyt wielki zachwyt błyskotliwym poczuciem humoru, zająłem się naszym kontrolerem.

Ot pudełko z 2 portami LAN i USB na froncie, jednym microUSB i blokadzie na tyle.

Ładna, solidna, metalowa obudowa, idealne wymiary aby przypadkiem nie zamocować tego w szafce rackowej, świetny projekt.

Używałem tego systemu zarządzania WiFi już wcześniej, ale w formie aplikacji na komputerze. Działało to bardzo przyzwoicie i prawdę mówiąc niewiele ustępuje (jeśli w ogóle!) UniFi od Ubikui.. Ubuqui… Ubiqyut.. Od Ubnt :)

Działanie tego kontrolera można opisać tak: mikrokomputerek z zainstalowaną Omadą i wystawionym interfejsem przez WWW i opcjonalnie SSH.

Fajerwerki…
... no dobra, napisałem, jakby to było coś upośledzonego. Rzecz jasna - nie jest, ba! Nawet przez myśl mi to nie przeszło. Po prostu na wstępie trudno cokolwiek więcej napisać o tym urządzeniu. Cierpliwości.

Moje oczekiwania są wzniosłe i niejasne

Decydując się na test tego sprzętu, zdawałem (i zdaję!) sobie sprawę z faktu, że opisuję sprzęt mocno budżetowy. Nie ma co się czarować, nie jest to półka Cisco, Dasana czy innego Jupitera. Nikt też takiej funkcjonalności i jakości nie oczekuje i ja też sobie zdaję sprawę, że pewne rzeczy zostały w tych urządzeniach zaimplementowane „na skróty” i bardzo „user friendly”, co niejednokrotnie doprowadzało mnie do szewskiej pasji.

Niemniej oczekuję stabilnego działania, niekoniecznie upierdliwej konfiguracji i wysokiej wydajności, a przynajmniej takiej, na jaką pozwolą warunki, a te mam chyba nie najgorsze.

Sprawdzę chętnie switcha: LACP z innym switchem, sprawdzę jak działa ruch multicastowy, jak sobie poradzi z prostą ACL, czy DHCP Snooping gryzie i co to takiego IGMP Snooping i czy uda mi się popsuć internety.

Jeśli o bezprzewodowe rozwiązania chodzi, skupie się przede wszystkim na ogólnej wydajności, będę symulować duże obciążenie na różnych AP i różnych sieciach, sprawdzę zasięg i porównam z UniFi które wisi mi obecnie nad głową i postaram się… no postaram się :)

Mam do dyspozycji gigabitowe łącze (a nawet kilka jakby się postarać), do tego kilka komputerów się znajdzie, więc możemy trochę się pobawić.

Pomysł na test jakiś mam, więc do zobaczenia w następnym odcinku!