Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Piractwo to stan umysłu

Zacznijmy może delikatnie... Każdy z nas zna kogoś, kto słyszał o kimś, co podobno używał, lub nawet, o zgrozo, używa nielegalnego (!) oprogramowania. Według Wikipedii, można to nieprawe zachowanie zdefiniować następująco:

Piractwo medialne – potoczne określenie działalności polegającej na nielegalnym kopiowaniu i posługiwaniu się własnością intelektualną (programami komputerowymi, muzyką, filmami itp.) bez zgody autora lub producenta i bez uiszczenia odpowiednich opłat.

Ostatnio wspomniałem, że jestem nadwornym "wszystko wiesz o ustrojstwach podłączanych do prądu" z wyraźnym uwzględnieniem dla skrzynek mających dostęp do internetu, zwanych dalej komputerami. Co kilka lat w większości domów następuje moment, gdy szumiące pudło "fejsbuk wolno działa" musi zostać zastąpione czymś nowszym. Tutaj oczywiście następuje krótka specfikacja wymagań:


  • ma mieć bardzo szybki procesor,
  • najlepiej, żeby był ten dysk co, się "nie kręci" (SSD),
  • żeby można było pisać CV (Office),
  • te "przesuwane ikonki, co pogoda się w nich rusza... no co ta brunetka w paski pląsa do fajnej piosenki" (Windows 8).

Tu mała dygresja, tak mi się skojarzyło... Członek mojej rodziny kierował swego czasu sklepem zwanym ogólnie "delikatesami". Ciotka dzień w dzień z niecierpliwością czekała na blok reklamowy TVP1, wrzucany około 19.50 między "Wiadomościami" a Pogodą. Było to niezbędne, ponieważ przy nowych produktach standardem jest, że klient na następny dzień pojawi się z pytaniem:

r   e   k   l   a   m   a
no wie pani, ten co tak fajnie powoli spływa na niebiesko po muszli bym chciała...

.

Wróćmy jednak do komputerów. Moje zaangażowanie w taką wycenę jest oczywiście zależy oczywiście kto do mnie zadzwonił - będzie to trwało 5 minut (pokażę pierwsze lepsze urządzenie z oferty sklepu, lub skupię się troszkę bardziej).
Kwestia zakupu oprogramowania... W przypadku laptopów nie ma żadnych problemów - raczej ciężko kupić notebooka SOHO bez preinstalowanego Windowsa. Osoba taka bierze cenę "za całość" i już. Sytuacja wygląda zgoła inaczej w przypadku "składaka", czyli większej skrzynki. Większość szanujących się sklepów komputerowych udostępnia wygodny konfigurator, w którym wybierając z rozwijanego menu elementy niezbędne dla zestawu komputerowego pozwala wygenerować szczegółową wycenę. Lista taka, poza modułami RAM, płytą główną i zasliaczem uwzględnia osatnio w moich zestawach "złośliwy-jesteś" 800zł na system operacyjny i pakiet biurowy:

Tu zaczyna się ciekawa dyskusja:

Chyba cie pop... pogięło! Za 800zł to ja mogę mieć 23 calowy monitor, albo dobry SSD i jeszcze mi zostanie na klawiaturę!

W zależności od mojego humoru, zaczynam wtedy przydługi trolling, jak to: "stać Cię, aby wydać 4500zł na bebechy i nie kupisz oprogramowania? Przecież to wydatek raz na 4lata (lub dłużej)" - czasami kończy się to odbijaniem piłeczki ("sam pewnie masz dysk pełen pirackich gier i się mądrzysz"), innym razem drobną utarczką "ale Ty jesteś nieużytek... a niby informatyk"). Staram się wtedy delikatnie wytłumaczyć, że co innego co ja mam w komputerze i wara Ci od tego, co innego paserstwo i że to ja będę miał problemy, jak mnie sypniesz za instalacje "cracków".

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Dyskusje o kosztach oprogramowania opierają się najczęściej na "bo pensje są niskie, w USA to żadnen koszt w stosunku do zarobków". Po części to rozumiem, ale jakoś na hardware było cię stać! Dość komiczną postać przyjmuje to w przypadku telefonów. W pogoni za gadżetami nie ma większego problemu, aby wydać pensję na najnowsze "wykrywa dziesięć puntków dotyku i ma 8megapikseli " a następnie dziadować 99centów, żebrając na forach o link do "szczwanePtoki_v2.1.APK". Najlepszy jest ubaw, jak jeszcze Ci sami jęczą, że po tej aktualizacji nie działa na jego rootowanym telefonie, wieszają psy na autorach aplikacji.

Tu kolejna sprawa: te nieszczęsne zarobki. No bo... "gdyby ten program kosztował 20zł, to bym kupił a te złodzieje chcą 169zł za grę". O kosztach wytwarzania oprogramowania nie ma co dyskutować a szczególnie, ze: troszkę osób po drodze do Twojego komputera musi na tym zarobić, oprogramowanie powstało najczęściej poza Twoim krajem pochodzenia, gdzie koszty utrzymania firmy są troszkę wyższe a pracownicy za dziękuję nie napełnią lodówki. Drogo? To odpuść sobie jakąś przyjemność w tym miesiącu, nie idź do kina (na dwie osoby uwzględniając zakup popcornu i coli to wydasz 50zł), czy po prostu: nie żryj tyle. Twoja sprawa jak, ale uwzględnij to w budżecie, albo nie marudź! Możesz raz nie zjeść hamburgera na mieście, ale sobie kupisz wieczorem ten program do backupu w GooglePlay!

Wypada też wspomnieć o tej ogólnej wizji "zaradności". Pokolenie 30-sto latków pamięta dobrze czasy, gdy przywieziona z RFN puszka coca-coli musiała odstać swoje w godnym miejscu a następnie po komisyjnym spożyciu zawawrtośc lądowała na telewizorze jako element dekoracji. Pamiętają także (pewnie jak przez mgłę...). jak rodzicie dostawali cynk ze spożywczaka, że "rzucili kawę", albo buty " Relax". Na porządku dziennym było też, że ktoś wynosił z zakładu pracy części pozwalające w krótkim czasie poskładać w przydomowym garażu kompletny samochód, albo tramwaj. Było ciężko, nadal nie jest łatwo w tej młodej demokracji. Do dzisiaj jest jednak przyzwolenie społeczne na różnego rodzaju kradzież - to mentalność, którą ciężko wyplenić i osobiście też się identyfikuję z tym.

W krajach troszkę lepiej stojących finansowo, nawet w objętej kryzysem Irlandii nikt się nie pochwali, że pobrał z internetu "lewego" Windowsa. Owszem, też jest piractwo, ale jest to dla takiego osoby powód do wstydu, prawie na równi, jakby ukradł samochód sąsiadowi. Anglik nie przyjdzie do pracy i w drzwiach nie pochwali się: "a ja już widzałem Hobbita, bo necie jest badziewna kopia nagrana trzęsącą się ręką".

Kradzież (art. 278 kk) – zabór cudzej rzeczy w celu przywłaszczenia. Pod pojęciem zaboru rozumie się fizyczne wyjęcie rzeczy spod władztwa właściciela.

Można o tym dyskutować w nieskończoność, wywoływać internetowy flame, jak to "nie zabieram komuś jedynej płytki z programem, przecież jemu nic nie ginie". Może i tak... No ale jak Cię stać, to czemu nie zapłacić programiście/muzykowi/reżyserowi za jego ciężką pracę? Jak już nie jesteś biednym studentem jadającym kanapkę z chlebem, łoisz te ciężkie tysiące w korporacji, płacisz co miesiąc 1500zł spłaty kredytu, to może uwzględnij też wydatki na licencje?

Podsumowanie

- pani Krysiu, przespała by się pani ze mną za 50.000zł?
- no... myślę, ze tak,
- a za 100zł?
- a co ja, jakaś dziwka?
- to już ustaliliśmy, teraz negocjuję.

Jak już wspomniałem, sam nie jestem święty. Nie napiszę oficjalnie, że ciągnę seriale z sieci, czy "testuję" gry przed zakupem. Różne są stopnie cwaniactwa, to trochę jak z łapówką: każdy ma swoją cenę. Dla jednego jest normalne, że z korytarza w bloku pociągnął przewód od gniazda żarówki, czy że wymienia grzejniki na "zimowe", wrzucając te z podzielnikami ciepła do piwnicy. Przeglądając w internecie wiadomości z niedowierzaniem i niesmakiem kręcimy głową, że ktoś ukradł w sklepie dezodorant a w tym samym czasie kończy się u nas pobierać najnowszy odcinek serialu "Gra o Tron"...

Piractwo to nie zasobność portfela, piractwo stan umysłu. 

inne

Komentarze