Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Windows 10 build 9926 — co tam piszczy


W dniu dzisiejszym pojawiła mi się aktualizacja Windowsa 10 Technical Preview 9879. Z zaciekawieniem rozpocząłem update systemu, który od czasu do czasu testuję na wirtualnej maszynie VirtualBox. Po pobraniu aktualizacji, płaski jak cholera komunikat, oznajmił mi, że mam za mało miejsca na dysku i że jest potrzebne co najmniej 8 GB. Moja wolna przestrzeń plikowa wynosiła tylko 6,58 GB - dlatego pojąłem drastyczne kroki i wykonałem oczyszczanie dysku. Niestety wiele to nie dało, ale dzięki mojej nieskończonej wnikliwości, zdecydowałem się na dalsze poszukiwania przestrzeni. Poszturchałem trochę tu i ówdzie i zwolniłem trochę miejsca przez wyczyszczenie punktów przywracania oraz zmniejszenie pliku wymiany. Ostatecznie wolne miejsce powiększyło się do 8,19 GB. Po restarcie mogłem przeprowadzić instalację nowej kompilacji nr 9926.

Po kilku chwilach powinien przywitać mnie pulpit, jednak nic takiego się nie stało. Aktualizacja trwała kilkadziesiąt minut, a w części końcowej kilka etapów dodatkowych "poprawiających doznania". Po tych wszystkich męczarniach, odpalił się dopiero pulpit. Postanowiłem doinstalować język polski, który pojawił się jako dodatkowy language pack. Niestety paczka nie chciała się zainstalować, a dodatkowo wystąpił błąd panelu Windows Update - a właściwie to już nie ma WU, ale o tym za chwilę. W każdym razie bez czekania na dalsze problemy, postanowiłem spuścić całą tą szopkę do szamba i zainstalować od nowa tą kompilację.

Zalogowałem się więc do mojego starego jak świat konta z TechNetu i ściągnąłem sobie szybciutko obraz ISO z systemem. Po około 10 minutkach ściągania, rozpocząłem instalację, która trwała dość krótko - jakieś kilkanaście minut z finalizacją. Oczywiście w pierwszej kolejności przywitał mnie monit o zalogowanie lub założenie konta MS. Nie rajcuje mnie tam żadne konto, więc kilka kliknięć i przeszedłem do dodania lokalnego użytkownika (Sign in without a Microsoft account).

r   e   k   l   a   m   a

Po krótkiej chwili na zapisanie ustawień i aktualizację kolorowych kafelków, objawił się pulpit. Nie ma się co tu rozpisywać - pulpit jak pulpit. No może zmieniły się tylko niektóre ikonki na takie chmmm jakieś. No po prostu jakby ktoś włączył motyw z ikonkami dla pięciolatków. Jaskrawe kolory powinny się spodobać muszkom owocówkom, a kafelkowy dizajn menu z rodziny "startów" przypadnie do gustu amatorom glazury.

Aplikacja "Ustawienia" została rozbudowana i teraz można w niej pośmiać się z większej ilości opcji jakie oferuje. W pierwszej kolejności postanowiłem obczaić czy są nowe aktualizacje w Windows Update. Niestety nie ma już takiej aplikacji, a przynajmniej nie w takiej formie i funkcjonalności jaka była do tej pory. Właściwie to jakiś "ynteligent" wyciął wszystko za wyjątkiem stwierdzenia, że instaluje się właśnie aktualizacja. Zaraz zaraz, przecież ja nie pozwoliłem na instalowanie żadnych aktualizacji!!!

No dobra, to zobaczmy co tam widać przez te kaflowe okienka. Podczas stukania w płytkowe menu natknąłem się na One Note. No to dobra, opalamy. Oczywiście otwiera się płaski jak du** węża okno i co widzę? Prośbę o zalogowanie się do konta MS. Odpowiedziałem więc grzecznie, że mam gdzieś konto MS i kopnąłem komunikat. W odpowiedzi dowiedziałem się, że nie można korzystać z aplikacji bez zalogowania się. No dobra, to może kalendarz pooglądam. Nic z tego, również wymaga wtyki do chmury.

No to może spróbujemy galerię zdjęć. Chmm, nic nie pokazje, to może przejdę do widoku folderów i wskażę mu miejsce spoczynku fotek. Ups...

Dobra, sprawdźmy ten nowy "pasek" notyfikacji. Jest tam też opcja uruchamiająca tryb tabletowy, cokolwiek ma to oznaczać. Po włączeniu tej fascynującej opcji wszystko się zmienia. Właściwie to nic się nie zmienia. Jedyna różnica, to wyszarzony pulpit, który przestaje być funkcjonalny, bo po prostu pomimo widocznych ikon, nie da się nic kliknąć - jest nieaktywny. Dalej wszystkie aplikacje uruchamiane przez glazurowy panel startowy - który można maksymalizować - są otwierane w "trybie" pełnoekranowym.

Cóż można jeszcze napisać o tym niezwykłym systemie - że jest zjawiskowy... Nie wdając się w szczegóły techniczne i to co jest pod "maską", to z punktu widzenia zwykłego użytkownika, wygląda jak kupa. Kompozycja i spójność albo raczej jej brak sprawiają, że system z zewnątrz wygląda jak by jego interfejs został obdarty z "tekstur", a zostawione tylko rusztowanie z obsługą zdarzeń. W niektórych elementach przychodzi na na myśl uproszczony do granic interfejs urządzeń mobilnych z Windows Phone. Raczej nie tego oczekuję jako systemu desktopowego, nie ja. Oczywiście to tylko wersja testowa, ale jak ma to iść w tę stronę, to będziemy światkami bardzo istotnej zmiany w wieloletniej praktyce wydawania systemów przez Microsoft. Teraz nie co drugi system jest udany, a co trzeci. Teraz co dwa skopane wydania pod rząd, będziemy wypatrywać tego normalnego. Wszystkie komponenty postanowiono oskalpować z funkcjonalności do poziomu taboreta, a coś bardziej "skomplikowanego" niż zmiana koloru kafelka, będziemy stukali w rejestrze. MS rozda ten osobliwy twór z zakaflowanym GUI za darmo, a normalny pulpit do pracy będzie w płatnym DLC?  

windows

Komentarze