Mobilne przeżycia Chomika — cz. 1

Od dawna próbowałem się zmotywować i znaleźć powód do napisania takiego tekstu. Nieco przybliżyć mój punkt widzenia i moje szerokie doświadczenia z obu stron tej niekończącej się walki, gdzie z jednej strony - zwolennicy Apple, zaś z drugiej – Google i właściwie cała reszta świata. Ta walka ciągnie się nie tylko od premiery pierwszego iPhone’a, ale sięga początków komputerów osobistych, tak więc mniej więcej lat ‘80. Część wolała wygodne i proste w użyciu Apple II, a później Macintosh, inni komputery klasy IBM-PC z raczkującym Microsoftem i ich MS-DOS’em, później Windowsem. Moja przygoda i znajomość z Apple póki co ogranicza się wyłącznie do ich obecnie najpopularniejszego urządzenia, czyli iPhone (z krótkim doświadczeniem iPada). Zacząłem ją parę lat temu z modelem 4 - najlepszym iPhone'm, według wielu. Z drugiej strony barykady - system Android - poznałem niedługo po jego publicznym narodzeniu z drugim urządzeniem od HTC pod kontrolą Androida. Później przyszła kolej na inne telefony z systemem Google, jednak ciągle coś mi w nim nie pasowało. Miałem także przez ten czas chwilowe epizody z innymi systemami....ale po kolei.

Cichy początek smartfonów

Moja przygoda ze smartfonami rozpoczęła się, o ile mnie pamięć nie myli, pod koniec 2009 roku. Delikatnie i powoli świat zaczął przyjmować obecne wtedy "smartfony" - głównie Nokie z systemem Symbian (w tamtym roku - ponad 50% udziałów wśród mobilnych systemów), Microsoft świeżo wydał dużą i ważną aktualizację 6.5 do Windowsa Mobile, która go znacząco uatrakcyjniła dla przeciętnego użytkownika (choć w wielu miejscach bez rysika i tak było ciężko). Ja jednak zaryzykowałem z nieznaną firmą HTC. Ba...nieznaną dla przeciętnego zjadacza chleba. Strzelam, że Tajwańczycy byli największym producentem telefonów z systemem Microsoftu. Poznałem ich jednak z drugiej strony - przy drugim urządzeniu z Androidem, HTC Magic. Robiło niesamowite wrażenie! Oczywiście główny powód - ekran o porażającej przekątnej wynoszącej aż 3,2"! Jakby tego było mało - na ciągle nowatorskim i nieznanym systemie Android w wersji 1.5 i nakładką HTC Sense! Pełna synchronizacja z Internetem, wygodne jak nigdy pisanie e-maili...istna rewolucja! Pamiętam jakie wrażenie na mnie zrobiło otworzenie pierwszych stron na przeglądarce. Normalna desktopowa strona, którą można było milutko "pomacać". Magia!

reklama

Jednak magia Magika szybko zaczęła mi się nudzić i przede wszystkim - irytować. Telefon był strasznym mułem, kiepsko było u niego z baterią, i do tego bolał brak złącza mini-jack (wtedy jeszcze nie było słuchawek Bluetooth stereo...a przynajmniej nie były popularne ;) ). Szybko wymieniłem go na inny i jeszcze ciepły model tej firmy, HTC Desire. Pamiętam, że wtedy był akurat w jakiejś ciekawej ofercie abonamentowej i masa ludzi się na niego rzuciła. Nie bez powodu, bo urządzenie miażdżyło swoimi parametrami na papierze - procesor Snapdragon 1 GHz, duży i piękny ekran 3,7” wykonany w unikalnej technologii Super-LCD i z nie byle jaką rozdzielczością 480x800. Do tego gigantyczne 576MB RAM, które miały pozwolić na wielozadaniową pracę, niemal jak na komputerze (Magic miał tej pamięci 288MB lub 256MB, w zależności od wersji). Pamiętam do dziś te moje podniecenie, że procesor w telefonie ma JEDEN GIGAHERC, a pamięci RAM to mój pierwszy PC nie miał nawet połowy tej ilości! Cóż, jednak pomimo szatańskiej specyfikacji, i tutaj się zawiodłem. Nie będę się rozpisywał na temat ponownej awaryjności systemu i jego częstym zawieszaniu, ale też samym oszustwie HTC. Telefon miał posiadać Multi-touch, a jednak posiadał....Dual-touch. I to też troszkę wadliwy. Gesty jak pinch-to-zoom działały bez zarzutu, jednak o grach z wirtualnymi drążkami można było zapomnieć. A był to czas gdy hity tj. Modern Combat bądź N.O.V.A się dopiero rozkręcały.

Alternatywy?

Po moim drugim telefonie HTC obraziłem się na Androida. To był moment, gdzie akurat wzrost popularności tego systemu był ogromny. Nic dziwnego. W przyjemny sposób producenci zachęcali potencjalnych kupców cyferkami dotyczącymi ekranu, procesora czy pamięci. Prezentowali to, co można było na tym telefonie zrobić. Słowo-klucz...można było, jednak nie koniecznie przyjemnie. Ten sprzęt nie był gotowy na takie funkcjonalności. Google wraz z Androidem wyprzedzali nieco swoją epokę. To, co na Androidzie było standardem (własne dzwonki, kopiowanie zawartości, widżety, multi-tasking), na iPhone były marzeniem. Poszedłem w kierunku bardziej użytkowym – Samsung Wave z systemem badaOS. Samsung reklamował go jako typowo "codzienny" smartfon - żadnych wielkich wodotrysków, chociaż specyfikację miał jak ówczesny flagowiec Galaxy S. Kolejny raz - na papierze wyglądało, że będzie kolorowo, a jednak okazał się to być największy błąd mojego technologicznego życia. Bardzo szybko tego żałowałem. Prosty przykład - jak wychodziłem z domu na autobus, nie zdążyłem odpalić muzyki nim wsiadłem do niego, a do przystanku mam nie więcej niż 3 minuty drogi. Po tej nieprzyjemnej znajomości, w dalszym ciągu będąc sceptycznie nastawionym do systemu Google’a, zauroczyłem się nowym cackiem, które miało potencjał mocno zamieszać na powoli stabilizującym się rynku - Windows Phone 8.

Microsoft spróbował połączyć cechy dwóch najpopularniejszych mobilnych systemów, Apple i Google - hermetyczność i restrykcje sprzętową niczym Apple. Podali konkretne i bardzo wąskie wymagania dla producentów telefonów pod Windows Phone 8 (przez co nie był kompatybilny z nieco zawodzącym Windows Phone 7), zaś jednak oferując większą personalizację i wolność, niczym Android, czego właśnie nie miał iPhone (to był chyba jeszcze ten czas, gdzie iPhone dopiero "nauczył się" zmieniać tapetę ekranu głównego ;) ). I tak oto zaopatrzyłem się w świeży na rynku HTC 8S, albo raczej jego pełna nazwa - Windows Phone 8S by HTCOdsyłam do mojej recenzji tego telefonu napisanej w tamtym czasie

Mniej wypasione, startowe urządzenie z nowym systemem Microsoftu. Początkowo byłem zauroczony i samym telefonem, jak i systemem. Urządzenie bardzo eleganckie, ładnie i porządnie wykonane, z ładnym ekranem, pomimo średniej półki. System też zupełnie inny, ciekawy, no i przede wszystkim - szybki. Ledwie po miesiącu czy dwóch, wymieniłem HTC na Nokię Lumię 820, która miała podzespoły jak topowe modele z WP8, jednak przeciętny aparat oraz niższej rozdzielczości ekran, mimo że AMOLED. Taki entry high-end. I im dłużej żyłem z tym telefonem, tym bardziej mi brzydł. Brakowało mi też tej magii, którą oferował właściwie każdy inny system. Różnych wodotrysków, animacji, kolorów, dzięki którym praca z takim urządzeniem jest przyjemna.

Pierwsze spotkanie

iPhone 4 – telefon rewolucyjny. Nowy i lepszy design, a według wielu, do tej pory najlepszy ze wszystkich telefonów tej rodziny. Ekran Retina, który powalał jakością i dokładnością. To był też ten czas, gdy Apple nie chwaliło się mocno co siedzi pod pokrywą telefonu, a ciągle podawało wyłącznie procentowe dane - "20% szybszy CPU", "50% szybsze renderowanie 3D" itd. Dostałem go od jednego członka rodziny z prośbą o wystawienie na Allegro. Oczywiście zgodziłem się, jak choćby dla samej możliwości zabawy tym prestiżowym urządzeniem. Wtedy nie wierzyłem w jego magię i uważałem, że to przesadnie droga zabawka dla "hipsterów". Znałem mniej więcej specyfikacje iPhone’ów, i kojarzyłem, że ten telefon miał jakiś mierny jednordzeniowy procesor, pamięci RAM nie więcej niż mój stary HTC Desire – jak to niby ma działać płynnie? To było lato 2013 roku, gdzie już niedługo miał wyjść iPhone 5S z pierwszym procesorem 64-bitowym, a na Androidach standardem były procesory wielordzeniowe i nawet do 2GB pamięci RAM. Nie spodziewałem się, że mogę się tak bardzo mylić.

Robiłem wiele porównań z moją obecną Lumią 820. Aparat miał wyraźnie gorszy, jednak w praktycznych testach użytkowych, tj. szybkość wejścia do aplikacji muzyki, prędkość wczytywania stron internetowych, bądź ogólna wydajność zewnętrznych aplikacji, była z pewnością lepsza na urządzeniu Apple. To nie wszystko - ten telefon za nic nie chciał czkać! Oniemiałem. Bo jak to możliwe? 512MB pamięci operacyjnej! Gdzie to wszystko się upycha?! Specyfikacja jak z Desire, który potrafił przyciąć animację nawet podczas przechodzenia między pulpitami, a tutaj mogłem skakać między aplikacjami a nie widziałem żadnej wyraźnej czkawki. Cóż, dokładając do tego jednak bezkonkurencyjnie lepszy design – wybór stał się prosty. Zamiast sprzedać iPhone’a, odkupiłem go za pieniądze zdobyte z Lumii (pamiętam, że nawet na tym zarobiłem! Win-win!). Tak zaczęła się moja przygoda (na pewno nie długa i szczęśliwa) z Apple. 

Zapraszam do drugiej części tekstu w tym miejscu.
  

sprzęt urządzenia mobilne hobby
reklama

Komentarze