Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Muzyczne przemyślenia Chomika — czy komputer zabije muzykę?

Po ciepło przyjętym moim pierwszym wpisie nie potrzebowałem wiele motywacji do drugiego tekstu, który od jakiegoś czasu chodził mi po głowie. Zdecydowanie równie kontrowersyjny temat jak wybór między iOS a Androidem. Chciałbym poruszyć kwestię ewolucji muzyki. Osobiście jestem bardzo muzykalnym człowiekiem. Swego czasu grałem na perkusji w kapeli, która nie wyszła z salki prób. Gitara ciągle wisi na ścianie i się kurzy, i nawet próbowałem od czasu do czasu śpiewać (ekhem, wyć). Do tego muzyka jest w moim życiu właściwie od zawsze. I niemal każdy popularny gatunek znany człowiekowi. Jednak do tematu.

Cofnijmy się kilka(naście?) tysięcy lat wstecz. Dla prehistorycznego człowieka muzyką było zwykłe 'uga-buga' wokół ogniska. Wycie bez większego sensu (lub zbyt dużego, np. dla przywołania deszczu), w między czasie klaszcząc lub uderzając we własne uda. Później ludzie zaczęli to rozwijać. Stworzyli pierwsze proste i prymitywne (na pewno?) instrumenty tj. bębny z naciągniętych skór, czy pierwsze instrumenty szarpane z jelit zwierząt, służących za struny. Na myśl przychodzą np. Indianie czy Aborygeni. To było...bardzo dawno temu.

Obecne gitary elektryczne, keyboardy i perkusje (de facto też istnieją elektryczne) to jednak prosta, mało rozwinięta wersja tamtych instrumentów. Sposób tworzenia dźwięków jest właściwie identyczny, jedynie jego przekaz jest inny. Oczywiście też sposób wykonania się różni, bo mamy materiały sztuczne i bardziej precyzyjne narzędzia. Wniosek - zdecydowanie mniejszy skok technologiczny w kwestii "tworzenia" muzyki, niźli dokonaliśmy go od klaskania i stukania. Weźmy taką gitarę. Zwykłą, klasyczną gitarę. Instrument z kategorii szarpanych. Co mówi o nich Wikipedia?

r   e   k   l   a   m   a
Pierwsze instrumenty strunowe, przypominające współczesne odpowiedniki z grupy szarpanych, powstały na Bliskim Wschodzie już w trzecim tysiącleciu p.n.e., skąd w wyniku ekspansji kulturowej dotarły także do Europy.

Jeden z najpopularniejszych instrumentów. Wywodzi się w prostej linii od lutni, która właściwie różni się tylko rozmiarem i budową pudła rezonansowego. A te były już używane co najmniej w Starożytnym Egipcie (tak więc ok. 2000 p.n.e). Co najmniej cztery tysiące lat...a my wciąż tworzymy muzykę w identyczny sposób jak starożytni. Powiało kurzem. ;)

Muzyka od zawsze potrzebowała czynnika ludzkiego. Rzucenie gitary czy fortepianu na skały nie stworzy muzyki (no...przy dużym szczęściu...). Musi do tego podejść umiejętny i kreatywny człowiek, aby tak połączyć dźwięki wydobywane z tego urządzenia, że stworzą jakąś harmonię i dadzą przyjemność ze słuchania. Zazwyczaj te dźwięki używane do tworzenia muzyki to akordy. W różnych skalach, oktawach itp. Jednak jest ich określona pula, połączona w ten konkretny sposób, z konkretnym tempem - masa zmiennych. Wszystkie te elementy jest trudno zapamiętać, także już na Bliskim Wschodzie używano specyficznych notacji do zapisu utworów muzycznych. My obecnie używamy znaną chyba wszystkim notację zapisu przy pomocy nut, którą wpajano nam w szkołach. Ja niemal nic z tego nie pamiętam. ;)

W pewnym momencie ktoś pewnie wpadł na genialny pomysł. Skoro zapisujemy sposób zagrania melodii z chirurgiczną dokładnością, to czemu tylko człowiek może go odgrywać? To już całkiem współczesna historia, bo XIX wiek. Samograj. Pianola. Nie każdy zna te słowa, ale większość pewnie gdzieś widziała to, co reprezentują. Chyba musiało być popularne na Dzikim Zachodzie, ponieważ na wielu westernach je widuję. ;) Pianola, to urządzenie widoczne na zdjęciu powyżej. Niby zwykłe pianino, ale z bardzo ważnym mechanizmem - automatycznego grania. Znów zajrzyjmy do Wikipedii:


Wstęga papieru z zapisanym utworem ma otwory tak rozmieszczone, że każda linia i naniesione na niej otwory odpowiada jednemu dźwiękowi. Im bardziej z prawej strony umieszczone były otwory, tym wyższemu odpowiadały dźwiękowi.

Troszkę mi to coś przypomina...a Wam? Powoli przechodzę do meritum tekstu. Czy osoba, która stworzyła ten kawałek wstęgi papieru może nazwać siebie "muzykiem"? Twórcą muzyki? Na pewno zna się na danym urządzeniu, ale czy musiał się znać na nutach, samej technice gry na instrumencie (w tym przypadku, pianinie), aby coś z tego stworzyć? W tamtych czasach pewnie tak. To było nieco niszowe urządzenie. Zmysł i świadomość gry na pianinie też była potrzebna, aby wiedzieć jak coś zapisać i jak to później zagra. Strzelam, że te instrukcje dla pianina były tworzone na bieżąco siedząc przy nim, aby wiedzieć jak i co właściwie będzie zagrane z tej wstęgi.

Obecnie też mamy takie samograje i pianole. Sam piszę z takiego samograju. ;) Komputer, oczywiście. Muzyka elektroniczna. Zera i jedynki wygenerowane w odpowiedni sposób przy pomocy komputera. Po konwersji w przetworniku cyfrowo-analogowym i przekazaniu wynikowego analogowego sygnału do głośnika - wychodzi dźwięk. Ba, ten dźwięk tworzy nawet muzykę! ;) I jakby tego było mało - dla zdecydowanej większości ludzi, jest to przyjemniejsza muzyka niż ta, wytwarzana przez prawdziwe instrumenty. Istnieje bardzo ładna i nieco cwana nazwa osoby, która tworzy muzykę elektroniczną - producent muzyczny. Ta osóbka wyklikuje swoją muzykę w FL Studio czy innym programie. Brzmi podobnie? Można powiedzieć, że tworzy dla komputera to, czym była wstęga papieru z dziurami dla pianoli. Siedząc przed komputerem mamy jednak gigantyczne ułatwienie - tworząc to na bieżąco możemy sprawdzać co tak właściwie nam wychodzi i jak to brzmi. W prosty sposób możemy to edytować i zmieniać. Eksperymentować. Jakby tego było mało - w takim programie mamy nie tylko pianino, ale i setki innych instrumentów muzycznych, dodatkowo masę elektronicznych efektów (w latach 80 i 90 nazywało się to chiptune).

To jest smutne i przykre. Jedynym czego jeszcze komputer nie potrafi tak dobrze jak człowiek, to mówić. A w tym przypadku chodzi oczywiście o śpiew. Wiele piosenek w obecnych czasach podkład ma zagrany przez komputer. A na pewno co najmniej jego część. Nawet te, które wydaje się, że zawierają zwykłe instrumenty. Jednak niestety - często są one skomponowane z tzw. sampli, czyli urywek nagranych partii, a często po prostu konkretnych dźwięków, np. talerzy perkusyjnych czy akordów gitarowych. Producent muzyczny składa te sample w jedną kupę, i voila - mamy podkład albo i całą piosenkę!

Jedyny bastion prawdziwej muzyki to rock (nie mówię tu o pop-rocku, bo tam też bywa różnie, ale klasykach typu Pink Floyd czy Deep Purple), jazz, blues, czy wszelkie odmiany cięższego hard-rockowego i metalowego grania. Innymi słowy - wszystkie te gatunki, które powstały przed komputerową rewolucją. W sumie to troszkę dziwne. Muzyka klasyczna bądź filmowa, która często się składa z właśnie instrumentów używanych w orkiestrach, to także dzieła stworzone z sampli na komputerze. Dlaczego nie spotkało to gatunków powyżej? Spotkaliście kiedyś producenta muzycznego, który stworzył jakiś świetny bluesowy czy deathmetalowy kawałek? Jeżeli tak, proszę podajcie w komentarzu. ;)

Martwię się o Ciebie, droga muzyko. A raczej - drodzy muzycy. Muzyka zawsze będzie istnieć, taka lub inna. Jednak to co mnie przyciąga do muzyki, to fakt ile osób i w jaki sposób musiało się zgrać, aby stworzyć jakieś arcydzieło. Emocje, jakie Ci muzycy i artyści chcą nam przekazać. Ostatnie parę lat słucham ekstremalnego metalu - speed, melodic death, progressive death/black, bądź czasem zdarzy się czysty black/death. Muzyka metalowa ma to do siebie, że te minimum 3 osoby muszą się idealnie zgrać, w często niewyobrażalnie szybkim tempie i grać (często też jednocześnie śpiewać) niemało skomplikowane dźwięki na swoich instrumentach. Ostatnio natknąłem się na zespół In Vain (progresywny death/black metal), i ich piosenkę Floating on the Murmuring Tide. Piosenka długa na niemal 10 minut, wykonywana przez CZTERECH wokalistów, gdzie każdy z nich śpiewa w innym stylu (scream, growl, cięższy growl, czysty), zmieniająca w tym czasie swój styl kilkakrotnie, od ciężkiego metalu po atmosferyczne brzdąkanie na akustycznej gitarze...i w pewnym momencie pojawia się saksofon. W metalu. W tym momencie uświadomiłem sobie, że jeszcze nic nie wiem o muzyce. 

Z epickim człowiekiem-saksofonem (?) kończę ten długi wpis. Jak aż tu dotarłeś drogi czytelniku, dziękuję za poświęcony czas i mam nadzieję, że go nie zmarnowałem, a nawet czymś zainteresowałem bądź zaskoczyłem. ;) Do następnego! 

PS.

Przypomniała mi się IMO świetna analogia do powyższego tematu:


  

sprzęt hobby inne

Komentarze