Powstać niczym feniks z popiołów, czyli historia serii gier Assassin's Creed

Assassin's Creed to marka - nikt chyba temu nie zaprzeczy. A co ciekawe, całkiem młoda. Zaczęło się od niepozornej gry, która wyglądała jak klon Prince of Persia z otwartym światem. Była to już era DirectX 10, dokładnie - rok 2007, tak więc nawet młodsi gracze mogą pamiętać te czasy. Jednak na pewno nie znają początków równie popularnych serii, ale jednak wiele starszych - Call of Duty, Battlefield, Grand Theft Auto, Need for Speed, Tomb Raider, Diablo...długo można wymieniać. Ubisoft, przez intensywny rozwój tej marki, nieco przesadził. Gracze szybko się przejedli, zostaliśmy zbombardowani nie tylko corocznymi grami głównej serii, ale też spin-offami, książkami, komiksami, a nawet długo zapowiadanym filmem z Michaelem Fassbenderem w roli głównej. Byłem fanem tej serii od samiusieńkiego początku, ale z każdą następną odsłoną, zacząłem się wycofywać...

Krótki akapit wprowadzający w główną fabułę: gra opowiada o walce między Asasynami, a Zakonem Templariuszy. Tytułowi Asasyni, to tajne bractwo skrytobójców, którzy chcą pokoju na świecie poprzez bezgraniczną wolność dla ludzi i prawdę. Zakon, dąży właściwie do tego samego, jednak używając bardziej brutalnych środków - siłę, chaos, strach. Niemal każda część rozpoczyna się w czasach współczesnych, a dopiero później wchodzimy w skórę bohatera w danej ramie czasu, o jakiej opowiada dana część. Dzieje się to dzięki Animusowi. Maszynie, pozwalającej na odczyt pamięci genetycznej człowieka, w której znajdują się wspomnienia jego przodka. Trzeba także wspomnieć o Pierwszej Cywilizacji (inaczej - Prekursorzy, a sami siebie nazywają Isu). Jest to rasa humanoidów, która panowała na Ziemi przed ludźmi. To oni stworzyli człowieka, i przez starożytne cywilizacje tj. Grecja, Egipt, byli uważani za bogów (np. Jupiter, Junona, Ozyrys, Hefajstos). W każdej części gry spotkamy jakieś przedmioty nazywane Fragmentami Edenu. Są to przedmioty stworzone przez Isu, których głównym celem była kontrola nad człowiekiem. To tak wszystko w bardzo dużym i ogólnym skrócie. ;-)

Prawdziwą sławę dla tej serii przyniosła druga część wydana najpierw na konsole PS3 i X360 w listopadzie 2009 roku, a w marcu roku 2010 - na PC. Wcieliliśmy się w niej w młodego Włocha z epoki renesansu - Ezio Auditore. Jest to historia, która bardzo szybko angażuje, wciąga, i nie puszcza do samego końca. Nie chcę spoilerować. Na pewno są ciągle osoby, które nie miały okazji poznać historii rodziny Auditore, a serce by mi pękło, jakbym komuś zepsuł tę historię. ;-) Jest to jedna z piękniejszych, najlepiej opowiedzianych historii w grach, z bardzo wyraźnymi bohaterami (ahh, Caterina!). Tytuł osiągnął gigantyczny sukces i chyba nie do końca spodziewany. Nie była to gra najpiękniejsza i zaawansowana technologicznie, jednak nie pozwalała się oderwać od ekranu. Naprawiła to, co wielu gryzło w części pierwszej. Losy bohatera tamtej części, Altaira Ibn-La'Ahda, z czasów wypraw krzyżowych, mimo że też ciekawe i pełne różnych zwrotów, były jednak nużące w wielu momentach. Po wielkim sukcesie komercyjnym i wizerunkowym części drugiej, Ubisoft poczuł krew.

Poszli za ciosem budowania marki i w następnych dwóch latach, dostaliśmy kolejne dwie części z charyzmatycznym Ezio w roli głównej. Także były dobre i odniosły sukces, jednak właśnie głównym motorem napędowym tych części - Brotherhood oraz Revelations - był sentyment do postaci Ezio. Pierwsza z nich przeniosła nas do wielkiego Rzymu i jego okolic, wprowadzając zupełnie nowe i ciekawe mechaniki związane z zarządzaniem tytułowego bractwa. Gra zebrała równie dobre oceny co poprzedniczka, więc co zrobił Ubisoft? Kuł żelazo, póki gorące! Revelations okazało się kompletnie odgrzanym kawałem mięcha, bo dostaliśmy właściwie 1:1 to samo co poprzednich dwóch odsłonach. Zostaliśmy przeniesieni do Konstantynopola. Dostaliśmy trochę wymuszoną fabułę, gdzie przejmujemy kontrolę na nieco podstarzałym Ezio, który idzie śladami swojego przodka i postaci z pierwszej części - Altaira. Ubisoft posłuchał fanów - chciał naprawić.

Assassin's Creed 3 - część wydana w rok po poprzedniej, tak więc w 2012 roku. Zwiedzamy Stany Zjednoczone podczas walki o niepodległość. Producent odpalił całą machinę promocyjną, chwaląc się grą na lewo i prawo, obiecując wiele zmian, na czele z nowym silnikiem - AnvilNext. Istotną zmianą było przebudowanie parkouru. Masa nowych i płynniejszych animacji, a do tego możliwość skakania po drzewach. Gra jednak uzyskała bardzo mieszane opinie, głównie przez stronę fabularną. Zaczynając od kierowanej przez nas postaci - metys o imieniu Ratonhnhaké:ton...tak, to jest trudne do wymówienia. ;-) Szybko nasza postać dostaje bardziej amerykańskie imię - Connor. Nie ma on startu do szarmanckiego Ezio, a także świat przedstawiony wielu osobom się nie spodobał. Osobiście skończyłem tę część raz...i nigdy do niej nie wróciłem. 

Gracze chcieli kolejnych nowości - okej. Dostaliśmy Assassin's Creed IV: Black Flag - zabawiliśmy się w pirata na Karaibach XVIII wieku. Śmiem stwierdzić, że ta część była dla poprzedniczki tym, czym Brotherhood był dla pierwszej odsłony przygód Ezio. Dostaliśmy niby bardzo zbliżoną mechanikami grę, jednak z wieloma usprawnieniami i dodatkami. Przede wszystkim - bardzo różnorodną grę na morzu. O ile w AC3 pojawił się statek i żeglowanie na morzu, o tyle w kolejnej odsłonie zrobiono z tego kompletnie odrębną mechanikę, w której wielu się zatraciło bardziej, niż na lądzie. Doszło także przeszukiwanie skarbów w głębinach Morza Karaibskiego. Gra została odebrana bardzo ciepło - oceny na Metacritic oscylują między 82 a 88, w zależności od platformy. A więc to nawet lepiej niż druga część z przygodami Ezio. Pirackie klimaty mi osobiście się niezbyt spodobały. Poza oczywiście głównym bohaterem, Edwardem Kenwayem i Czarnobrodym, nie pamiętam absolutnie żadnej postaci z tej odsłony. Dla mnie to dalej była tendencja spadkowa, gdzie jednak pojawiały się głosy, że dostaliśmy nowego króla serii. Bluźnierstwo!

Assassin's Creed Unity - to miała być rewolucja. Nowy silnik, piękna grafika, żyjący własnym życiem Paryż z okresu rewolucji francuskiej. Zacierałem ręce niesamowicie na tę odsłonę - w końcu wracamy na dachy, gęste ulice i przede wszystkim, do Europy. Udało się...połowicznie. Gra owszem, była ładna, tłumy na ulicach Paryża zadziwiały, jednak gra była zdecydowanie zbyt obsiana problemami natury technicznej, a główna postać - Arno Victor Dorian - nie dorastał do pięt Ezio. Ostatecznie, nowy silnik i ciekawe czasy, nie uratowały Unity, przez co okazało się jedną z najgorszych części. Jest to część do której próbowałem wracać chyba najczęściej. Jest to też pierwsza odsłona serii, której nawet w połowie nie ukończyłem. Zdawałem sobie jednak sprawę, ile potencjału się w niej ukrywa. Choćby przypominały mi się opowiadania deweloperów na temat rekonstrukcji katedry Notre-Dame, a nawet nie miałem okazji jej zwiedzić! Cóż, próbowałem dosłownie kilka tygodni temu - ilość błędów, i drastyczne spadki klatek na sekundę po prostu zabijają przyjemność z grania, mimo, że posiadam Ryzena 5 1600 z Radeonem RX 580. Ehh...

Mała ciekawostka - gdy na konsolach nowej generacji, pojawiło się Unity, to konsole poprzedniej generacji - PS3 i X360 - otrzymały swojego oddzielnego "Asasyna pocieszenia" - część o podtytule Rogue. Była to część, która została w XVIII-wiecznej Ameryce, z bohaterem, który w pewnym momencie zdradza bractwo...i przechodzi na stronę Templariuszy.

W roku 2015 ukazała się kolejna odsłona o podtytule Syndicate. Miała naprawić wszystko to, co w nie udało się z Unity. Tak więc chyba przede wszystkim - zoptymalizować silnik. Dostaliśmy najbliższy teraźniejszości okres - wiktoriański Londyn z XIX wieku. W serwisie Metacritic, średnia ocena ze wszystkich platform to 76. Przeciętna średnia, jednak nie brakowało bardzo dobrych ocen i opinii. Jednak nawet w skrajnie pozytywnej i negatywnej recenzji, znajdziemy wspólny mianownik - przejedzenie. Odgrzany kotlet. Ciągle to samo. Asasyni otrzymywali ciągle nowe gadżety, jednak mechanika zostawała nie zmieniona od czasów pierwszej części. I nawet dwójka bohaterów - bliźniacy Evie oraz Jacob Frye - nie byli w stanie tego uratować. W tym samym roku ukazał się rodzimy Wiedźmin 3. Nie trzeba chyba opisywać jakim echem odbił się nie tylko w branży gier, ale i całej popkulturze. Ubisoft na pewno zdał sobie z tego sprawę, i zapowiedział przerwę. "W 2016 roku nie zobaczymy nowej odsłony Assassin's Creed". W ramach pocieszenia, dostaliśmy średni film, o którym wspomniałem wcześniej. 

Rok 2016 zleciał mi jak burza, nawet zapomniałem o fakcie, że w tym roku nie grałem w żadnego Assassin's Creeda! ;-) Zaczęły się plotki. Nowa odsłona miała roboczo podtytuł "Empire". Sugerując się nim, fani doszukiwali się nawiązania do Imperium Japońskiego bądź Cesarstwa Chińskiego. No bo ile można omijać jedne z najważniejszych imperiów ludzkości? Tym bardziej, że miały swoje chwile w książkach, komiksach czy platformowym spin-offie o tytule Chronicles. Okazało się inaczej - w 2017 roku przyszedł Assassin's Creed Origins, który zabrał nas do kresu ptolemejskiego Egiptu. Był to swego rodzaju reset dla serii, co nawet sugeruje podtytuł. Z każdej strony było widać i słychać, że Ubisoft chce kompletnie zrewolucjonizować nieco zardzewiałą grę i mechanikę. Nie bez przyczyny wspomniałem wcześniej o Wiedźminie. Twórcy zapowiadając grę, mówili m.in. o nowych mechanizmach walki, które mają być właśnie podobne do tych z dzieła CD-Projektu. Dodatkowo, gra miała mieć kompletnie otwarty świat, jasny podział na zadania główne i poboczne, niczym w grach RPG, oraz system rozwoju postaci, ekwipunku i craftingu. Świat growy czekał...

...i się doczekał. Assassin's Creed wrócił do łask. Oczywiście, dalej znaleźli się kręcący nosem, jednak zdecydowana większość obietnic została dotrzymana. Otrzymaliśmy kompletnie inną grę. Silnik niby ciągle ten sam, AnvilNext 2.0, który został zaprezentowany razem z "rewolucyjnym" Unity, jednak czuć było różnice. Zupełnie inne sterowanie postacią, świat stał się dla nas kompletnie otwarty, rozsiany wszelkimi znajdźkami, ruinami do zwiedzenia, różnymi typami zadań. Obiecane zmiany w mechanice walki były także wyraźne. Origins stało się tym, czym kilka lat wcześniej miało być Unity. Prawdziwą rewolucją. A co także ważne - dobrze zoptymalizowaną rewolucją. Gra może i ma wysokie wymagania, ale są one w pełni odzwierciedlone na ekranie. Świat jest piękny, żyjący, zmienny, duży. Fabularnie także dostaliśmy chwytającą ze serducho historię naszego bohatera, medżaja, Bayeka z Siwy i jego małżonki Ayi. Po drodze spotykamy ciekawe postacie jak Kleopatra czy nawet Juliusz Cezar. Zwiedzimy pięknie odwzorowane historyczne lokacje - Aleksandria, piramidy w Gizie, Memfis, ale też warte zaznaczenia mniejsze wioski, ruiny (nawet pod wodą!), a nawet tereny naturalne, które także mają swój urok. Naprawdę, na każdym kroku było widać, że Ubisoft nie próżnował przez ten rok przestoju dla serii. Mały spoiler - w całej grze ani razu nie padają zwroty "asasyni" albo "templariusze". ;-) Znalazłem opinie, że jest to najlepsza odsłona serii, bo właśnie nie ma w niej asasynów ani templariuszy.

Teraz mamy rok 2018 i jesteśmy świeżo po premierze odsłony o podtytule Odyssey. Pierwotnie właśnie chciałem tylko napisać swoją recenzję tej części, jednak za dużo zacząłem pisać na temat historii...i stwierdziłem, że ta historia zasługuje na własny wpis. ;-) Tak więc, żegnam, dziękuję za przeczytanie, a w następnym wpisie wyrażę swoją opinię po ponad 60h gry w najnowszą odsłonę. Trzymajcie się!