Krew, pot i piksele, czyli branża gier crunchem stoi. Recenzja książki Schreiera Jasona

Branża gier już od dłuższego czasu przynosi znacznie większe zyski niż przemysł filmowy i muzyczny razem wzięty. Przypomnę tylko, że nowy Spider-Man, wydany tylko na konsole PS4, w weekend otwarcia zarobił prawie dwa razy tyle co film Spider-Man: Homecoming...

Co ważne, zarabiają tu nie tylko tuzy gamedevu jak EA, Blizzard czy Activision, ale również jednoosobowe firemki, które swoim produktem trafiły w serca graczy.

Szybki i łatwy dostęp do potencjalnych klientów m.in. dzięki Steamowi czy innym platformom cyfrowym, powoduje olbrzymi wysyp gier. Z tego zalewu produkcji tylko nielicznym się udaje, ale sukces może być na tyle spektakularny, że branża gier ciągle sama się nakręca.

Z racji dość młodego wieku branży gier, dobrych książek opisujących gamedev od kuchni jest niezmienienie mało. Stąd też z drżącymi rękami zacząłem lekturę książki "Krew, pot i piksele. Chwalebne i niepokojące opowieści o tym, jak robi się gry" Schreiera Jasona. 

Gamedev crunchem stoi

Całą książkę można streścić w jednym zdaniu: przemysł gier to jeden wielki crunch. Czym jest crunch? To nowomowa na chore nadgodziny. W branży gier określa to pracę w końcowym etapie projektu (ale mogą to być również kamienie milowe jak wersja alfa czy beta lub demo na targi E3), która trwa nawet do 100 godziny tygodniowo (do czego przyznali się ostatnio twórcy Red Dead Redemption 2) w celu ukończenia założonego celu.

Oczywiście nie dzieje się tak w przypadku każdej produkcji, ale staje się to powoli standardem i nawet zaczyna być to uwzględnianie przez szefów zespołów deweloperskich. Co do samego cruncha odsyłam do ciekawego filmu z portalu TvGry.pl:

Wróćmy jednak do książki...

Krew, pot, depresja i piksele

Książka opisuje kulisy powstania kilku gier, w które zapewne graliście, albo chociaż słyszeliście o nich. Są to: Pillars of Eternity, Uncharted 4, Stardew Valley, Diablo III, Halo Wars, Dragon Age: Inkwizycja, Shovel Knight, Destiny, Wiedźmin 3 i nigdy niewydane Star Wars 1313.

Autor osobiście odwiedzał ludzi odpowiedzialnych za wymienione produkcje tworząc obraz dzisiejszej branży gier. Znajdziemy tutaj zatem walkę i niepewności związane z wypuszczeniem Pillars of Eternity na Kickstartera czy nerwowe zmiany przy tworzeniu Uncharted 4. Dowiemy się o tym, że twórca Stardew Valley musiał sprzedawać bilety w kinie na pół etatu, aby móc dalej normalnie żyć i tworzyć grę, a Blizzard przy premierze Diablo 3 sam nie wiedział z początku co powoduje słynny błąd 37. 

Bardzo ciekawie zostały dobrane historie. Są one niezmiernie zróżnicowane i przedstawiają niemalże cały rynek gier. Z jednej strony mamy tu zatem olbrzymie studia jak Blizzard czy EA, które miało pieczę nad Dragon Age. Z drugiej strony czytamy o Stardew Valley robionym przez jednego człowieka lub Shovel Knigh tworzonym przez garstkę przyjaciół.

Niezmiernie interesująco prezentują się również opowieści, które nie do końca zakończyły się sukcesem. Bungie na początku odtrąbiło sukces po tym, jak wydarli się ze szponów złego Microsoftu, aby później uświadomić sobie, że nie do końca było to zwycięstwo co najbardziej obrazuje samo Destiny (wg. mnie mocno średnia gra). Ciekawe prezentuje się również w tym aspekcie wątek Halo Wars, gdzie finalnie po wydaniu gry studio zostało zamknięte, pomimo ciepłego przyjęcia produkcji. Książkę zaś zamyka historia nigdy niewydanej gry Star Wars 1313. Przykład jak ludzie nieznający się na branży mogą uśmiercić tak dobrze rokujący projekt.

Nasz lokalny Wiedźmin też został opisany całkiem interesująco. Rozbawiło mnie jednak połączanie kilku faktów w tym rozdziale. Otóż z jednej strony autor niebezpośrednio przyznaje, że tak olbrzymi gra, za nie aż tak duże pieniądze, mogła powstać tylko w Europie zachodniej. To tu pensje są znaaaacznie mniejsze niż w sercu gamedevu - czyli w USA. Jednocześnie z drugiej zaś strony dziwi się, że prawo w Polsce wymusza płacenie pracownikom za nadgodziny... ;)

Deweloperski rollercoaster 

Wszystkie te historie łączy jedno - crunch. Jednakże jak już nadmieniłem, jest to nowomowa na robienie nadgodzin we wręcz niewyobrażalnej ilości. Ciężko jednak nie odnieść wrażenia, że jest to wymuszone przez kilka czynników.

Mówimy tu o dość młodej gałęzi przemysłu rozrywkowego, gdzie nie do końca poradzono sobie z określaniem planu pracy. Niby mówimy o samym kodowaniu czy o pisaniu scenariusza, bo jest to praca niezmiernie twórcza, jeśli spojrzymy całościowo. Nie ma mowy tu o tym, aby wszystko zaplanować (albo chociaż większość) jak ma to miejsce np. w firmach wytwarzających oprogramowanie czysto użytkowe/biznesowe. Często coś co było dobre na papierze, albo działało świetnie w pojedynkę, nie jest grywalne w połączeniu z innymi elementami. 

Z drugiej zaś strony osoby tworzące gry mają świadomość, że tworzą coś większego i wyjątkowego. Dodają cegiełkę do przemysłu rozrywkowego, a o grze będą mówić ludzi, zostaną napisane recenzje czy nagrane setki tysięcy filmów w sieci. Wiele osób godzących się na ciężki finał prac liczy nie tylko na zielone banknoty, ale i na jakąś chorą satysfakcje, która pcha do dalszej pracy.

Co ważne, w książce jest zaznaczone, że po każdym z projekcie, czy to mały czy dużym, następuje kryzys. Nie całkowite wypalanie, ale często mowa jest o problemach emocjonalnych, a nawet jakiś formach depresji. Dodatkowo w wielu przypadkach rotacja pracowników jest olbrzymia. Stres, problemy zdrowotne, spięcia w wizji projektu to chleb powszedni branży gier.

Kończmy to już

Pomimo, że na okładce czytamy, że jest to książka z przesłaniem pozytywnym, to jednak nie do końca mogę się z tym zgodzić. Większość przytoczonych historii nie napawa zbytnio optymizmem. Widać, że jest to branża, w której każdy może się pokazać, ale odniesienie sukcesu jest obecnie okupione olbrzymią pracą i wyrzeczeniami. Nie ma znaczenia czy jest to firma, która robi kolejną dużą grę, czy nowicjusz ze świeżym pomysłem. Branża jest bardzo dochodowa, ale mocno ryzykowna. Co pcha ciągle nowe osoby do spróbowania własnych sił (i bardzo dobrze!)

Sama książka jest rewelacyjną pozycją dla każdego kto myśli o gamedevie na poważnie, ale również dla graczy lub nawet programistów. Pokazuje ona jak wiele wymaga to pracy i ile trzeba poświęcić, aby odnieść sukces. Ba, można nawet całkowicie oddać się projektowi, wydać wielkie pieniądze na grę, a finalnie zostaniemy z niczym. Książka może być dla niektórych kubłem zimnej wody, albo zachętą do dalszej pracy.

"Krew, pot i piksele" czytało mi się niezmiernie dobrze. Każdy rozdział to zupełnie inna historia, ale każda z nich opowiedziana została z wieloma ciekawostkami i elementami humorystycznymi, które trochę dodawały humoru przy nie tak kolorowych wydarzeniach. Gorąco polecam omawianą pozycję. Na pewno się nie zawiedziecie!