Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Powrót do XX wieku, czyli moja przygoda z Ergo Elite 2

Kilka tygodni temu udało mi się wejść w posiadanie niezbyt nowoczesnego, acz całkiem ciekawego sprzętu, jakim jest laptop Ergo Elite 2. W niniejszym artykule zawarłem opis sprzętu oraz instalację i konfigurację systemu.

Jedyne akcesorium jakie do niego posiadam, to bateria. Używam ładowarki zastępczej, co jednak nie powinno mieć żadnego wpływu na stabilność ani wydajność sprzętu.

Na początek krótka "recenzja"

Specyfikacja


  • procesor: Intel Pentium II Mobile 266MHz
  • pamięć: 64MB SDRAM (można rozszerzyć do 256MB)
  • karta graficzna: Neomagic Magicgraph 128XD
  • dysk: Fujitsu Siemens MHD-2032AT 3,25GB (laptop obsługuje do 18GB w Ultra DMA)
  • 87-klawiszowa klawiatura z osadzoną klawiaturą numeryczną
  • ekran: 12.1 o rozdzielczości 1024x768
  • system operacyjny: Windows 98SE (a przynajmniej z taką wersję systemu miał zainstalowaną, kiedy do mnie przybył)
  • wymiary: 320mm x 255mm x 38mm
  • waga: 3.1kg (z baterią)

Po prawej stronie mamy stację FDD, kilka wyjść audio, wyjście telefoniczne oraz wtyczkę zasilania.

r   e   k   l   a   m   a

Po lewej natomiast mamy wejście na karty rozszerzeń oraz stację CD-ROM oraz port FIR (tak myślę). Niewiele.

Jak widać, z tyłu jest już lepiej. Do dyspozycji dostajemy dwa porty usb, jeden D-Sub, jeden sześciopinowy mini DIN, jeden port równoległy, jedno wyjście TV oraz złącze dla replikatora portów.

Nie wiem jak prezentuje się ten laptop w porównaniu do innych z tej epoki, jednak nie mogę powiedzieć, żebym czuł, że czegoś mi w nim brakuje. No, może poza portem USB 3.0 i złączem SATA, bo prędkość przesyłania danych czasami dawała się we znaki.

Wygląd, wykonanie, ergonomia

Poniżej zamieszczam jeszcze kilka zdjęć (proszę wybaczyć jakość, ale zdjęcia wykonywałem smartfonem)

Jakość wykonania jest na dobrym poziomie, ale przy nacisku zdarzają się skrzypnięcia. Zawiasy zabezpieczające klapę ekranu są już trochę „rozchodzone”, jednak spełniają swoje zadanie bez zarzutu. Niestety, pojawiły się pęknięcia na obudowie, które mimo wszystko rzucają się w oczy. Sprzęt jest gruby i toporny, jednak jest w jego wyglądzie coś, co nie pozwala powiedzieć, że jest brzydki.

Ekran zdecydowanie nie jest mocną stroną tego modelu. Kolory są raczej płowe, a rozdzielczość, delikatnie mówiąc, przeciętna, jednak mając w pamięci datę powstania myślę, że nie jest najgorzej.

Klawiatura jest całkiem wygodna, rozmiar klawiszy w porządku. Touchpad mógłby być minimalnie większy, ale mimo wszystko pozostaje całkiem wygodny. Nie podobają mi się natomiast przyciski pod touchpadem, które mają minimalnie za mały skok.

W ogólnym rozrachunku jest przyzwoicie. Sprzęt ma już swoje lata, więc nie ma co oczekiwać od niego cudów.

System operacyjny

Systemem operacyjnym, z jakim dostarczono mi laptopa był niedziałający Windows 98SE (w dodatku przerabiany). Byłem w stanie uruchomić go jedynie w trybie awaryjnym. Dowiedziałem się, że to jakiś problem z czcionkami, jednak nie udało mi się zmusić go do działania. Nie posiadając żadnej starszej wersji Windows na płycie oraz podejrzewając, że Windows 7 może mieć problemy z działaniem na tym sprzęcie, postanowiłem poszukać jakiejś alternatywy.

Ciekawe, czy ruszy na tym…?

I tak zaczęły się poszukiwania jakiegoś lekkiego systemu, który pozwoliłby jednak na w miarę komfortową pracę. Na początku pomyślałem o Linuksie. Chciałem, żeby system był chociaż jako-tako aktualizowany, więc starsze dystrybucje odpadały. Okazało się, że Puppy Linux, Slitaz czy stabilny Debian, wymagają przynajmniej 128MB RAMu. Po jeszcze chwili poszukiwań, okazało się, że Debian Wheezy powinien dać radę na 64mb RAMu (bez środowiska graficznego), więc stwierdziłem, że po małym „tuningu” uda mi się ruszyć na tym jakieś IceWM. Wrzuciłem obraz na pendrive, i owszem, udało się...

ale nie obyło się bez problemów. Było kilka, m.in. Syslog stwierdził, że nie będzie współpracował. Niby da się bez niego przeżyć, ale chciałem, żeby wszystko działało jak najlepiej. Po kilku dłuższych chwilach poszukiwania w internecie, nie udało mi się znaleźć rozwiązania problemu, więc stwierdziłem, że ja też strzelę focha. Stwierdziłem, że jak szaleć to szaleć. Tak więc postanowiłem spróbować z Gentoo. Tu historia jest raczej krótka, poddałem się po 9 godzinach, zanim zdążyłem w ogóle postawić system bazowy.

Stwierdziłem, że poszukam czegoś bardziej egzotycznego. Udało mi się znaleźć kilka naprawdę ciekawych propozycji, jednak albo nie chciały wystartować, albo brakowało sterownika, albo występowały jeszcze inne problemy. I tak w końcu natknąłem się na...

NetBSD

O rodzinie systemów *BSD słyszałem już wcześniej, jednak jakoś nigdy nie było okazji, by je wypróbować. Nie wiedziałem nawet, jakie są różnice pomiędzy poszczególnymi rodzinami, jak NetBSD, OpenBSD czy FreeBSD. Jak się okazało, NetBSD podobno może ruszyć nawet na 4MB pamięci RAM. Kusząca propozycja przy tak ograniczonych zasobach, jednak zdawałem sobie sprawę, że to zapewne bardzo optymistyczna wersja.

Wrzuciłem więc obraz na pendrive'a, jednak pojawiły się 2 problemy. Najpierw system nie potrafił poradzić sobie ze sterownikiem do karty dźwiękowej (ale w łatwy sposób dało się to obejść), a następnie nie wiedział, co ma zamontować jako główne urządzenie. Nie mogąc znaleźć sposobu na rozwiązanie tego problemu, pozostał mi jeszcze jeden sposób. Prawdopodobnie najbardziej adekwatny, patrząc na wiek sprzętu: dyskietki.

Wygrzebałem więc z szafy komputer ze stacją fdd i zacząłem poszukiwania działających dyskietek. Udało mi się znaleźć trzy, a że do instalacji było wymaganych 5, to przekładałem je z jednego komputera do drugiego i przerzucałem kolejne porcje danych na nośniki. Później, po podłączeniu pendrive'a z paczkami do instalacji, poszło już łatwo. Sformatowałem dysk, utworzyłem partycje, wybrałem co dokładnie zainstalować i pozostało jedynie czekać. Nie bardzo jest co się rozpisywać, gdyż proces instalacji jest naprawdę dobrze opisany w dokumentacji do NetBSD i nie ma potrzeby tego kopiować.

W międzyczasie znalazłem ułatwiające życie narzędzie o nazwie pkgin, dzięki któremu późniejsze doinstalowywanie pakietów dla tego systemu było znacznie łatwiejsze. By je zainstalować należało wykonać podane niżej komendy:

# PKG_PATH="ftp://ftp.NetBSD.org/pub/pkgsrc/packages/NetBSD/i386/7.0.1/All/"
# export PATH PKG_PATH
# pkg_add -v pkgin

a następnie ustawić adres serwera w pliku /usr/pkg/etc/pkgin/repositories.conf i można było zacząć go używać.

Konfiguracja sieci również nie była skomplikowana. Z racji tego, że miałem do wyboru tylko wyjście telefoniczne, użyłem odbiornika Wi-Fi po USB. Wystarczyło dodać kilka linijek do pliku /etc/wpa_supplicant w oparciu o wzór:

ctrl_interface=/var/run/wpa_supplicant
ctrl_interface_group=wheel
network={
        ssid="NazwaSieci"
        psk="haslo"
}

a także:

wpa_supplicant=YES
wpa_supplicant_flags="${wpa_supplicant_flags} -i NazwaModułu -c/etc/wpa_supplicant.conf
dhcpcd=YES

do /etc/rc.conf i po restarcie mogłem cieszyć się działającym połączeniem internetowym. Wklepałem więc komendę

# pkgin install icewm xdm free pciutils leafpad htop links-gui wget xterm ttf-dejavu gpicview nano pcmanfm mpv

i po kilku (długich) chwilach miałem już podstawowe środowisko pracy. Skopiowałem i zmodyfikowałem plik .xinitrc oraz dodałem wpis uruchamiający XDM przy starcie systemu:

# echo 'xdm=YES' > /etc/rc.conf

Tak więc mogłem więc przystąpić do... dalszej konfiguracji systemu :P

Kolejnym krokiem była kompilacja kernela, jednak nie będę już tego opisywał krok po kroku, bo wpis nazbyt by się rozrósł, a wszystkie potrzebne informacje można łatwo znaleźć. Po kompilacji jądro zajmuje ok. 5 MB. Ostatecznie zrezygnowałem też z XDM, ponieważ miałem z nim drobne problemy, a nie chciałem już się z tym bawić.

Po krótkiej konfiguracji IceWM, całość prezentuje się następująco:

Całość działa powyżej moich oczekiwań. Przeglądanie internetu (oczywiście bez grafiki, flasha itd.), granie w proste gry 2D czy edycja dokumentów działa całkiem sprawnie. W planach mam jeszcze zabawy z WINE.

Na zakończenie

Jest to mój pierwszy wpis na blogu, także witam wszystkich, którym udało się dotrwać do tego momentu, a także wszystkich użytkowników portalu dobreprogramy. Mam nadzieję, że nie zanudziłem nikogo na śmierć.

Przepraszam za małą ilość zdjęć (i ich marną jakość), ale nie należę do osób robiących zdjęcia wszystkiemu w każdej chwili, więc często zanim pomyślałem, że można by coś sfotografować okazywało się, że jest już za późno, a z powrotem byłoby dużo zachodu.

Wpis nie należy do najdłuższych, ale nie chciałem przesadzać i usunąłem części, które uważałem za niepotrzebnie wydłużające.

Do testowania wszystkich systemów na tym sprzęcie użyłem pendrive'a. Istnieje narzędzie zwane Plop Boot Manager. Po wrzuceniu na dyskietkę pozwala wystartować system m.in. z nośnika podpiętego pod USB. Przydatna rzecz, jeśli nie ma się pod ręką czystych płyt CD. 

sprzęt oprogramowanie hobby

Komentarze