C+=, czyli ile feministek potrzeba do napisania języka programowania?

Ile feministek potrzeba do stworzenia języka programowania?

TO NIE MOŻE BYĆ ŚMIESZNE.

Życie w całkiem konserwatywnej i zdroworozsądkowej Polsce (przynajmniej na tle Zachodu, do którego polskie elity zawsze tak chciały nas dołączyć), nie przygotowuje człowieka zbytnio do zderzenia z kulturowymi osobliwościami, które z tego Zachodu płyną. A przecież zderzeń takich zaś ostatnio coraz więcej, Internet z którego korzystamy na co dzień jest przecież przesiąknięty wpływami anglosfery, a gdyby nie Twittery i Reddity, spora część polskich mediów nie miałaby o czym mówić i pisać.

Tym razem zderzenie z kategorii „WTF” dotyczy dobrze znanego programistom i użytkownikom opensource'owego oprogramowania serwisu GitHub. Dla niewtajemniczonych: GitHub umożliwia hostowanie zarówno otwartych, jak i zamkniętych projektów programistycznych, wykorzystujących system kontroli wersji git. Z serwisu korzysta dziś jakieś 6 mln projektów, jego operatorem jest zaś spółka z o.o. (to akurat fakt istotny dla dalszej narracji).

Wśród tych 6 mln publicznych repozytoriów (z których każde może zostać przez zainteresowanych sforkowane i przekształcone w nowy projekt), znaleźć można wszystko: od specjalistycznych software'owych bibliotek po niezłe gierki. Jak poszukacie, to znajdziecie tam też różne dziwne języki programowania, powstające czy to jako żart, czy jako próba analizy pewnych koncepcji intelektualnych. Mamy więc tam słynne lolcode – język programowania dla kotów, mamy język Homespring, będący ultrawysokopoziomową metaforą podróży łososi do macierzystych strumieni, mamy malbolge, prawdopodobnie najtrudniejszy język, jaki wymyślono, w którym pierwszy działający program udało się stworzyć dopiero jakieś dwa lata po zbudowaniu języka.

Jeszcze kilka dni temu wśród tej galerii dziwactw można było znaleźć C+= (C Plus Equality). Ten projekt Feminist Software Foundation, ściśle interpretowany według założeń teorii feministycznej, miał za cel zmiażdżyć toksyczny Patriarchat, który przenika wszystkie współczesne języki programowania. Jak się już pewnie domyślacie, to była aż nadto czytelna parodia: założenia C+= są dla każdego, kto z jednej strony liznął trochę programowania, a z drugiej strony miał okazję poczytać sobie postmodernistyczną filozofię czy feministyczną krytykę literacką, po prostu przepyszne.

Tak więc C+= rozprawia się z mizogynistyczną logiką boole'owską, wprowadzając wartość logiczną O, która czasem jest 0, a czasem 1, w zależności od tego, jak się czuje, gdyż nie znaczy nie, a tak czasem też może znaczyć nie – przestańcie gwałcić kobiety. Stałe są zakazane, jako że podważają doktrynę płynności tożsamości, zbieranie nieużytków jest klasowo niesłuszne – zamiast niego mamy wyzwalanie pamięci, okrągłe nawiasy są niedopuszczalne, gdyż podtrzymują społeczny konstrukt kobiecych krągłości, nie wolno też używać operatorów <>, gdyż jest to seksistowską afirmacją nierówności między obiektami, zdaniami, liczbami i uczuciami. Oczywiście też programy pisane w C+= nie mają żadnych bugów, samo sugerowanie, że program pisany przez feministkę może mieć jakieś wady, jest obraźliwe.

Jak widać, to taki sobie żarcik z całkiem poważnie przecież uprawianych na wielu uniwersytetach narracji filozoficzno-społecznych, przypominający trochę historię ze „Sprawą Sokala” – opublikowaniu w 1996 roku przez fizyka Alana Sokala w poważnym, recenzowanym piśmie poświęconym studiom kulturowym Social Texts pracy pod uroczym tytułem Transgresja granic: ku transformatywnej hermeneutyce kwantowej grawitacji. Analizowano tam, używając żargonu nauk przyrodnicznych, związki między emancypacją, dekonstruktywizmem i feminizmem a grawitacją kwantową. Można tam było znaleźć spostrzeżenia w rodzaju jak wskazują feministyczni myśliciele, matematyka jest przedstawiana [przez patriarchat] jako kobieta, której natura pożąda podbicia przez Innego, czy też narzekania na nie dość radykalnych matematyków, którzy zadowalają się pracą pod hegemonistycznym rygorem Zermelo-Fraenkla.

Publikacja szybko osiągnęła w kręgach czytelników wielki sukces, a gdy rozpoznano ją wreszcie jako spreparowany stek bzdur, redaktor naczelny Social Texts stracił pracę. Sokal napisał później ze swoim kolegą Brickmontem bestseller Modne bzdury, podejmujący kwestię bełkotu w naukach społecznych, a na uniwersytetach do dziś toczą się spory o to, czym faktycznie prowokacja Sokala była i jakie niesie konsekwencje dla nauki, filozofii i literatury.

Może C+= jest w swojej formie wyraźnie bardziej żartobliwe, niż tekst Sokala, jednak żart ten był zainspirowany czymś zrobionym całkiem na poważnie. Kilka tygodni temu na łamach bloga w portalu HASTAC (Humanities, Arts, Science and Technology Alliance and Collaboratory) niejaka Arielle Schlessinger popełniła wpis pt. Feminizm i języki programowania, z którego mogliśmy się dowiedzieć m.in. że obiektowe programowanie umacnia normatywną teorię podmiotu-przedmiotu, a feministyczne języki programowania powinny być budowane na bazie feministycznej krytyki logiki. Jej projekt badawczy, w którym uroczo wymieszała tematykę logik parakonsystentnych, tezę Shapiro-Whorfa, tezę Churcha-Turinga i kilka pomysłów filozofii gender, przyciągnął natychmiast zarówno internetowych whiteknightów (fenomen whiteknightów godny jest oddzielnego wpisu, więc może kiedyś) jak i ewidentne trolle, wyjaśniające np., że feministyczny język programowania jest językiem szanującym cele obiektów, działającym na nich jedynie za obopólną zgodą. Trolle okazały się (oczywiście) pochodzić z 4chanu, źródła wszelkiego co złe w Sieci – i tak właśnie powstało C+=.

Żarty są jednak w naszych czasach w kulturze Zachodu poważną sprawą. W zasadzie, żarty powinny być zakazane, bo są przejawem patriarchalnej konstrukcji społecznej, uderzającej w uciśnione grupy, takie jak np. studentki kierunku Technology and Social Change. Wkrótce po tym, jak na Twitterze pojawiła się fala oburzonych ćwierknięć, GitHub skasował repozytorium C+=. Podobno było niezgodne z regulaminem. Obrońcy wolności słowa tym razem musieli się zamknąć, gdyż GitHub to przecież prywatny biznes, a z jakiegoś powodu wierzy się w kręgach amerykańskich libertarian, że prywatna cenzura jest OK – ale pamiętajmy, na jakich warunkach ten prywatny biznes zbudował swoją pozycję. Działał w ramach nieformalnej umowy społecznej ze środowiskiem, które wolność słowa wielbi, a i nerdowym humorem nie gardzi.

Presja w sprawie musiała być niemała: nawet serwis Hacker News skasował w końcu całą dyskusję poświęconą C+=, by nie jątrzyć nastrojów. We wpisach obrażonych feministów i feministek przeczytać można było, że to co 4chan zrobił można porównać do rasistowskiej mowy nienawiści z lat 60, czy też że usunięcie takiego gówna było konieczne, ponieważ utrudnia ono pracę kobietom, a w GitHubie chodzi o zrobienie swojej pracy (pisanej w malbolge zapewne).

Walka z satyrą zwykle się jednak obraca przeciwko ją zwalcząjącym. C+= znalazło schronienie na innym serwisie social coding – BitBuckecie, o sprawie piszą na blogach i serwisach social news, a rozbawieni internauci zapoznają się z rzeczami z tej dziedziny, których pewnie wcześniej sobie nawet nie wyobrażali, takich jak np. queerowski antyjęzyk programowania transCoder, którego programy z założenia nie są uruchamialne, w imię osiągnięcia dezidentyfikacji z funkcjonalnością. Może w ten sposób niektórym żyjącym w świecie tyranii poprawności politycznej przepali się bezpiecznik absurdu – i zauważą, jak groteskowy staje się ostatnio dyskurs o technice i technologii, gdy w grę wchodzą kwestie płci, seksualności, tożsamości płciowej.

To ostatnio mieliśmy okazję widzieć i na naszym portalu, gdy gruchnęła wieść o wyjątkowo dobrym traktowaniu homoseksualnych pracowników przez Electronic Arts, o tym słyszymy za każdym razem, gdy kobiece postacie w jakiejś grze mają za duże piersi i pupy (Miranda <3), to wreszcie przenika unijne regulacje prawne, w których takie polskie europarlamentarzystki jak Joanna Senyszyn czy Katarzyna Skrzydlewska wzywają do zakazania we wszelkich mediach utrwalania stereotypów dotyczących płci.

Zresztą... w dłuższej perspektywie nie ma się czym przejmować. Ja nie wiem jak będzie wyglądała obyczajowość zachodniej cywilizacji za 20-30 lat, ale myślę, że za 50 lat to już nie będzie miało znaczenia, bo normy obyczajowe będziemy brali z hadisów i Koranu. I też pewne dowcipy będą zakazane. 

Komentarze