Nie znam się, więc się wypowiem: słuchawki Skullcandy 50-50 2.0

Słowo wstępu

No cześć! :) Nie pisałam. Dawno nie pisałam, ba- baaardzo dawno! Ale jestem, żyję i mam się świetnie. Pomału klecę moją pracę magisterską, więc niektóre popołudnia spędzam na ryciu w książkach i ustawach (a niektóre spędzam latając z matką po sklepach- kobiety w końcu, no nie?!). Czasem po sklepach latam z mężem, ale są to najczęściej Media Markty, Media Experty i inne Saturny. Tak i było tym razem.

Na święta wybraliśmy się do teściów, małżonek z pięknym, nowym telefonem, ale bez słuchawek. I co teraz? Do odjazdu pociągu było jeszcze trochę czasu, więc swoje kroki skierowaliśmy do sklepu z elektroniką. Szukał, cudował, wymyślał, może te, może tamte. Ja dorzucałam swoje "pięć groszy" i podsuwałam to, co sama znalazłam. Po oględzinach i analizie cen padło na tytułowe Skullcandy 50-50 2.0 Navy Chrome. I się zaczęło. Początkowo okazało się, że zamiast 150 zł kosztują 200 zł. Dobra, niech będzie.

Pragnę zaznaczyć, że nie jesteśmy jakimiś tam audiofilami-cudakami, na dźwięku się nie znamy, ba, nawet nie doczytaliśmy na owych słuchawkach, żeby działał pilot w nie wbudowany potrzebny jest produkt Apple bądź Blackberry :D This is madness! Stało się tak jak się stało, czyli po niecałej podróży na trasie Poznań- Kraków i widocznym umęczeniem mężowych uszu słuchawki te otrzymałam w spadku. Szybko, co nie? ;)

Wspomnienie o słuchawkach od Nokii

W grudniu 2013 weszłam w posiadanie zestawu słuchawkowego Nokia BH-111, o którym pisałam tutaj. Po dłuższym czasie użytkowania miałam go serdecznie dość. Słuchawka z lewego ucha non stop mi wypadała, przy za głośnej muzyce zaczynało się "pierdzenie", zapominałam naładować nadajnik czy jak to się tam zwie. Często też zestaw nie chciał się po prostu łączyć z telefonem. Bunt na całego. Przez to wszystko czasem nawet nie miałam ochoty słuchać muzyki przez drogę do pracy, wolałam hałasujący autobus, gadających ludzi i drące się dzieciaki. Tak więc jak otrzymałam tak fajne słuchawki ucieszyłam się niezmiernie, że stało się tak jak się stało.

Przejdźmy jednak do aktualnego stanu rzeczy.

Owe Skullcandy w zestawie oprócz słuchawek i gumek w różnych rozmiarach posiadają... pudełko na słuchawki. CZAD! Już nie muszę spędzać połowy drogi do pracy na ich rozplątywaniu! Poza tym nawet jak włożyłabym je luzem do mojej zasyfionej, pełnej wszystkiego torebki to podejrzewam, że rozplątałabym je w ciągu kilku sekund. To chyba zasługa płaskiego, matowego kabla.

Kilka fotek poniżej:

Mini- specyfikacja dla audiofili


  • Średnica membran: 11 mm
  • Impedancja: 16 ohm
  • Typ kabla: TPE
  • Wtyczka: 3.5 mm, pozłacana

Jak już pisałam wcześniej słuchawki te w 100% (pilot) działają tylko z produktami Apple i Balckberry, do innych urządzeń potrzebna jest przejściówka.

Jak dla mnie może to działać, ale nie musi, bo najbardziej jestem zadowolona z jakości dźwięku i głośności. Skończyło się "pierdzenie" i podgłaśnianie na maksa, żeby coś słyszeć w tym starym, porannym autobusie. Bas daje czadu aż miło. Wcześniej tego nie było, więc jest to dla mnie duża odmiana. Muszę też zaznaczyć, że do tej pory miałam zawsze tylko i wyłącznie słuchawki, które były dołączane do telefonów lub kupowałam dedykowane do telefonów (jak zestaw BT Nokii).

Wobec tego, że nigdy nie miałam do czynienia z porządnymi słuchawkami, ciężko jest mi stwierdzić czy w tym przypadku cena jest adekwatna do jakości. Najważniejsze, że ja jestem zadowolona :D

Tymczasem kończę ten niezbyt przydługi tekst i wracam do stukania mojej magisterki :)