iPhone X — recenzja z przymrużeniem oka i offtopami

Niemiłe niemiłego początki.

iPhone X – na papierze wyglądał fajnie, w ręce leżał dobrze, w zasadzie nie było żadnego „ale” poza ceną. Przy tak dużej cenie po prostu wydawał mi się to zbędny wydatek - głównie dlatego, że posiadałem iPhone 7+ i byłem z niego bardzo zadowolony, ani przez moment nie przyszło mi do głowy, żeby go wymienić na inny model.

Dlaczego więc zdecydowałem się na zakup iPhone X? Powód był tylko jeden, wabi się Sila. Zdjęcie sprawcy poniżej:

Efekt działania sprawcy: uszkodzony ekran. Tym samym utrata wodoszczelności. Telefon miał około roku, był zadbany i nic mu nie dolegało. Szybka kalkulacja – pełna reanimacja 7+: 900 pln wymiana zasilacza w autoryzowanym serwisie + sto kilkadziesiąt złotych – bateria. No nie… nie zainwestuję 1000 pln w telefon, który ma rok i to blisko połowa jego wartości.

Męska decyzja: sprzedać 7+, sprzedać 5SE, sprzedać 6, kupić 2x iPhone X (jeden dla mnie, jeden dla żony). W zasadzie stare sprzęty pokryły prawie całego jednego X-a. Ponieważ oba X-y poszły w koszty uzyskania przychodu i mogę od nich odpisać VAT – bolało już mniej.

Więc… unboxing.

Pierwsza myśl – cholera jakiś taki mały.

Druga myśl – cholera jakiś przyciężkawy.

Trzecia myśl – mato, córko i wnuczko – gdzie mój przycisk home?!?!?! jak ja będę bez niego żył.

No poza tym oczywiście standardowe graty jak słuchawki ze złączem lighting i przejściówka na jacka (nota bene nigdy tego nie używam, o tym dalej), ładowarka, kabelek, kluczyk i oczywiście dwie naklejki z jabłkiem.




Pierwsze uruchomienie:

Jak to uruchomienie, pstryk, ekran odpala, wklepać dane… i nowość – zeskanować szpetną gębę właściciela. Tu szczerze mówiąc pojawiły się moje największe obawy – jak będzie działać FaceID, czy będzie szybkie, czy będzie działało poprawnie.

Muszę tu rozwiać wątpliwości – ta funkcja działa rewelacyjnie, nie ważne czy jest ciemno, czy jest jasno, czy człowiek leży na boku, stoi, krzywi się albo je (niech będzie, że gruszkę) – działa. Nie działa za to z innymi mniej lub bardziej szpetnymi gębami. Mniej więcej dwa dni zajęło mi przestawienie się z Toucha na „fejsa”. Dziwnie szybko przestałem zwracać uwagę na brak kochanej kropki, pod którą był czytnik linii papilarnych i przycisk home. Sterowanie gestami okazało się być tak intuicyjne, że w zasadzie nie musiałem się tego uczyć, tylko „przyszło samo”. Powiem więcej – zapomniałem co to wklepywanie numerków, naciskanie guziczków, zostałem „uwolniony” od tradycyjnych form zabezpieczenia telefonu przed nieautoryzowanym dostępem. Jak dla mnie osobiście – rewelacja! Podpiszę się pod tym rozwiązaniem rękami, nogami i siusiakiem na śniegu (jak spadnie).

Dlaczego więc nie iPhone 8 Plus?

Proste – wymiana 7+ na 8+, to jak wymiana siekierki na kijek. Jeśli przesiadałbym się z 6+ - z pewnością przesiadłbym się na 8+, nie mniej jednak w tym przypadku zakup X’a podyktował… aparat.

Dlaczego akurat aparat?

Między innymi dlatego, że w 7+ był rewelacyjny i dlatego, że opinie o aparacie z X-a były bardzo dobre. Dlatego, że poza własną działalnością (gdzie bardzo często aparat muszę mieć pod ręką) pracuję jeszcze dla dużej złej międzynarodowej korporacji (w oddziale polskim) i tam też go muszę wykorzystywać w ramach kontraktu. Wierzcie mi, że bieganie z torbą z obiektywami i lustrzanką nie należy do przyjemności, szczególnie kiedy człowiek jest na drugim końcu świata w kraju kwitnących Xiaomi, gdzie wszyscy używają iPhonów (taki tam paradoks).

Jak więc wrażenia z użytkowania jednej z najważniejszych dla mnie funkcji „telefonu”? Dla mnie subiektywnie – rewelacja. Poprawiła się szybkość działania, zdjęcia wyglądają lepiej (nie wnikam tu w algorytmy, filtry i inne dziwactwa które mnie mało obchodzą). Najważniejsze – jest zoom optyczny (2x) i jest stabilizacja obrazu. Zdjęcia „makro” jakich potrzebuję przy pracy dla złych… jak najbardziej ok. Zdjęcia otoczenia robione w różnych warunkach dla różnych klientów – również, niezależnie od stopnia oświetlenia. Czego więc wymagać więcej (poza jeszcze lepszym sprzętem w iPhone 11)?

No poza tym oczywiście funkcje kamery – której używam głównie do nagrywania szkodników (dwa beagle) i innych okolicznościowych pijackich imprez. Czasami jakieś relacje. Mikrofony zbierają super, dźwięk jest ok, jakość obrazu również – aczkolwiek nie widzę żadnych powalających zmian w porównaniu do 7 Plus.
Zresztą zobaczcie sami:

Ekran

No duuuużo się rozpisywali o OLEDACH i innych takich – szczerze mówiąc – mam to w głębokim poważaniu. Moje subiektywne odczucie jest bardzo dobre. Zniknęło coś, co wkurzało mnie od zawsze niemiłosiernie – wieczorami telefon nie zmienia się w latarkę, tylko przyciemnia się i dostosowuje się do oświetlenia (lub jego braku). Oznacza to dla mnie tyle, że dzięki True Tone nie razi mnie po gałach, kiedy przysypiam a ktoś o 23 wysyła jakąś niezwykle obleśną durnotę na WhatsApp (pozdrawiam Grzegorza).

Poza tym – kolory są wyraźne, bardzo wyraźne, nasycone, wszystko jest ostre i ładne. Nie przeszkadza żaden paseczek na górze, wręcz pomaga (po lewej mam powiadomienia, po prawej ustawienia, wystarczy pociągnąć paluchem w dół… no a po środku „home” – wystarczy przesunąć do góry). Nie przeszkadza również ekran od deski do deski (bezramkowiec).

Na początku wydawało mi się, że telefon jest mały. Owszem – jest. Jest niewiele większy od 6. Za to ekran… jest większy niż w 7 Plus. Efekt powala – telefon lepiej wyjmuje się z kieszeni, nie wygląda już na sterydach, jednocześnie wszystko jest duże i czytelne. Reaguje również na siłę nacisku (3D Touch) – to coś do czego już po kolejnym iPhone przywykłem i w zasadzie nie wyobrażam sobie telefonu bez tego.

Jakość wykonania:

Nie powiem, żeby dorównywał ostatniemu „prawdziwemu” iPhone, który wyszedł spod ręki apodyktycznego, samolubnego, znerwicowanego i egoistycznego mistrza Jobsa – co to to nie, do 4S jest mu daleko. Nie mniej jednak widać ogromny progres.

Szklane plecy – zachwycają… i przywodzą na myśl starą dobrą 4, podobnie jak stalowa ramka i przyciski. Ekran – faaaajny, paluchów na nim nie widać, na pleckach…. nie wiem, bo z moimi zdolnościami od razu wpakowałem telefon do skórzanego etui (nie zapominając przy tym o szkodnikach, profilaktycznie ubezpieczając oba „iksy” na czas trwania leasingu). Krótko mówiąc – nie jest to majstersztyk, ale jest o niebo lepiej w porównaniu do 6 i 7.

Bakteria

Ku uciesze wszystkich którzy to o spowalnianiu piszą…. Powiem tak – jestem w szoku, że z tak małej baterii udało się wyciągnąć tak długi czas pracy. Jeden dzień – bez problemu, nawet jeśli się korzysta bardzo intensywnie. Z powodzeniem zostaje mi około 30% baterii. Jeśli korzystam mniej intensywnie – styka spokojnie na dwa dni.

Bateria a durne AR. AR co by nie mówić… umożliwia mi ustawienie celownika, na psie który zżarł 7 Plusa i udaje kangura próbując pozbyć się resztek etui z końca układu pokarmowego i oddania celnego strzału shotgunem w ofiarę. Bez groźby ataku ekologów. Na chwilę obecną możliwości AR są mocno niewykorzystane. W zasadzie to szkoda… bo te możliwości są jednocześnie potężne. Co nie zmienia faktu, że przy włączonym AR bateria znika w oczach. Śmiem twierdzić, że przydałaby się ze 3x większa do zadowalającej pracy w AR. Nie przejmuję się tym jednak, bo wirtualne strzelanie do szkodników włączam raz na tydzień, żeby je wkurzyć demonicznym śmiechem po celnym strzale.

Ładowanie bezprzewodowe kontra tradycyjne kontra szybkie.

Tradycyjna ładowarka ładuje telefon tradycyjnie (nie widzę różnic wielkich w porównaniu do 7+). Ot tyle w temacie. Szybka (z Macbooka) – ładuje faktycznie szybciutko, mniej więcej pół godziny od 0 do 50%. Z tego korzystam „na wyjazdach” bo mam tą ładowarkę pod ręką, często również trzeba naładować telefon szybko.

No ale jednak najprzyjemniejszym zaskoczeniem była dla mnie ładowarka bezprzewodowa – zdecydowałem się na Puro fast charger. Kładę na niej telefon wieczorem, jakkolwiek szybka by nie była – podnoszę go rano (jak budzik wzywa) i telefon jest naładowany do pełna. Jednocześnie cieszę się niezmiernie, że żaden z kochanych psów nie wpierdzielił mi kabla od ładowarki, nie spalił iphone i nie machał przy tym ogonem. Bardzo wygodne :) A dwa kable już poszły się… gonić… jedna nauczyła się po 2 dniach pobytu w domu, że kabelek kopie prądem, jest be i trzeba na niego szczekać. Druga też… ale przy okazji zjarała nowiutkiego iPada żony (gdzie na jej szczęście w pewnej iFirmie od iUrządzeń, gdzie się nie przyznała jak doszło do uszkodzenia… wymienili na nowy i potraktowali jako wadę fabryczną). W razie czego pani z iFirmy tego nie czyta. Bo po co się denerwować.

Brak złącza słuchawkowego

Szczerze mówiąc, dla mnie X mógłby nie mieć żadnego złącza (aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że do celów diagnostycznych itp. – jest wymagane). Nie używam słuchawek dostarczonych z telefonem, od kilku lat mam dwie pary słuchawek – jedne do domu (nauszne wygodne ładne – jakieś tam sony, nawet nie wiem jakie, ale fajnie grają) i drugie jakieś beatsy do uszu (kiedy sporadycznie potrzebuję prywatności np. w pracy) i których nienawidzę (bo nienawidzę jak coś mi w uchu siedzi). Nie zmienia to faktu, że jedne i drugie są bezprzewodowe. Poza tym mam taką manię, że nienawidzę kabli… jakichkolwiek. Najchętniej wyzbyłbym się tego wszystkiego w cholerę. Dlatego też doceniam klawiaturę z iMaca i gładzik. Kofam bluetootha i wifi. I audio działające po bluetooth.

W aucie – bluetooth. W domu – bluetooth. Dodatkowo w domu jeszcze Fibaro HomeKit i Ikea Tradfri (o czym pewnie napiszę, kiedy znowu mnie dopadnie grypa i będę miał za dużo czasu).

Dlaczego akurat „ajfon”, dlaczego Apple.

Mógłbym napisać „bo cenię sobie spokój”, ale rozwinę…

Jestem hetero. Nie lubię rzucać się w oczy ani szpanować. Lubię rzeczy porządne i przemyślane, jednocześnie ładne. To daje mi X, poza tym… cała firma pracuje na sprzęcie Apple, w domu jest podobnie. Dodatkowo wisi również Apple TV (używane tylko do strumieniowania i Netflixa, ale jednak). Zamiast gazety – iPad.

Wierzcie mi – to jest wygodne. W szczególności to, że jeśli robię coś na jednym urządzeniu, mam to również na innych. Nie ważne, czy to seria zdjęć lub filmów, czy może jakaś grafika, czy też materiały szkoleniowe albo cokolwiek innego – po prostu jest i śpię spokojnie, że nie zginie (no prawie spokojnie, bo Time Capsule robi regularnie backupy wszystkich urządzeń).

Dodatkowo nadmienię, że cenię sobie wyjątkowo ten ekosystem z kilku powodów – macbook (12”) jest serio bardzo wygodny, szczególnie kiedy trzeba go targać w plecaku przez trzy tygodnie szlajając się po chińskich fabrykach. Jest leciutki, długo trzyma bateria. Nieoceniony przy obróbce materiałów i grafice jest iMac 27” 5K. Nie zamienię na inny, chyba, że Pro *(jak potanieje). W kraju tandet, podróbek i wszędobylskiego syfu - nieoceniony jest również ipad i MapsME z mapami offline (google nie bangla, opłaty za net są takie, że map Apple lepiej nie włączać). Dlaczego nie odpalę tego na telefonie? Proste – zeżre baterię, iPad ma większą… a w razie czego jak już będę w miejscu gdzie robią sobie ze mną zdjęcia bo jestem biały i mam blond włosy i robię za atrakcję i muszą mnie pomacać i zrobić „sielfiiii” z białym odmieńcem daleko na prowincji…. (tak, serio… na zadupiach u nich tak jest), to… chciałbym aby ta bateria w iPhone uratowała mi życie w razie problemów ;> Zegarek (no zgadnijcie jaki, podpowiem, że nie Rolex z bazaru chińskiego) podpowie że trzeba tu i tam na pociąg albo samolot, a tam się przesunęło i trzeba wyruszyć żeby zdążyć – jak ma się łeb pełny innych myśli (np. czy zjeść surowe mięsko konia na kolację z tym znęcającym się nad Europejczykami sadystą), to są bardzo przydatne rzeczy.

Najbardziej doceniła jednak ten ekosystem… moja matka. Miała olbrzymie problemy z przestawieniem się z „guziczków” na ekran dotykowy. Pomógł w tym iphone 5SE, podpowiedzi i poradniki zdały egzamin. Potrafi zrobić zdjęcie, wysłać maila, obejrzeć www, wyszukać coś na google. Wcześniej to była dla niej czarna magia. Sprawiłem jej więc MacBooka Pro 15. Word działa – super, TV online też. Pomponiki i inne dziadostwa też. Zdjęcia z telefonu „same się robią” w komputerze. Literki są wyraźne (retina) a ekran fajny, komputer paradoksalnie lekki. A ja… no a ja mam współdzielenie ekranu i jak coś się dzieje, to mogę jej pomóc w każdej chwili. Z Windowsem nie miałem tego komfortu, bo tam nagminnie coś psuła. Odkąd ma maca – od pół roku mam święty spokój. Nawet sobie sam aktualizacje zainstaluje… i o nic dziwnego nie pyta, nie ma chmurek, dziwnych podpowiedzi, straszenia końcem licencji… etc.

No i w końcu… co mnie zaskoczyło najbardziej w „srajfonie” X?

- aparat – bezkonkurencyjny

- budzik – wycisza się, kiedy patrzę na telefon… a ja lubię mocno spać ;) więc rano budzik wali ciężkimi rytmami tak, że księdzor na dzwonnicy się chowa

- Face ID – nie chcę już innego rozwiązania

- True Tone – nie razi po gałach w nocy ;)

- sam hasła uzupełnia po odczytaniu mordy ;)

No a tak poza tym to tylko albo aż tylko narzędzie multimedialne, w razie potrzeby SKUTECZNIE zastąpi macbooka – do wiadomości, maili, netu, prostej obróbki zdjęć, zrobienia zdjęć i filmów (również z obróbką), do odszukania drogi na jakimś zadupiu, do posłuchania muzyki.

Dla hejterów:

- tak głupi jestem, bo Xiaomi i Samsung lepsze

- tak, pewnie muszę się lansować

- tak, pewnie jestem niewolnikiem jabłka

- nie, jestem hetero, posiadam żonę

- mam za dużo kasy

Dla normalnych: potrzebuję sprawdzonych, działających, łatwych i szybkich w konfiguracji urządzeń, często również mobilnych opartych o jeden stabilny ekosystem. Może i ma braki, może i nie jest idealny, może niektóre rozwiązania nie przychodzą od razu – ale jest STABILNY I DZIAŁA – czego o innych powiedzieć nie mogę, a przetestowałem również inne rozwiązania, w tym „intelignenty” dom od Xiaomi (psami ich za te wyrzucone pieniądze poszczuję jak będę miał okazję). 

p.s. - zdjęcia z 6 i 7+ ...aczkolwiek nieskromnie powiem - jedną bestię już wychowałem i jest spokojna, a ta mała dwukolorowa psikuta bez s jest w trakcie ;> W każdym bądź razie jest wesoło. Łączy nas syndrom sztokholmski ;) Zmieniamy się rolami :p