Dlaczego uważam, że szkolnictwo ,,niewyższe'' nie ma sensu

Wstęp

Ci, którzy zapoznali się z moim wcześniejszym wpisem, znają już pewne fakty ze mną związane. Przybliżę jednak sytuację dla pełnego wyjaśnienia:

Autorem jest przeciętny młody człowiek, którego ciężko wyłapać z tłumu. Dotyczy to nie tylko wyglądu, ale także zauważalnych zachowań, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Często zdarza się, że ,,o pewnych sprawach mówić nie wypada'', bądź ,,należy zachowywać się odpowiednio'', stąd też, w celu odniesienia pewnych korzyści, przestrzegam tych niepisanych reguł. W końcu jestem człowiekiem, który postępuje tak aby tylko odnieść praktyczne korzyści i w tym celu jestem w stanie dokonać wielu poświęceń - i chyba chwała mi za to. Czy mam wybór? Jak do tej pory większość mojego życia właśnie polega na tego typu dostosowywaniu się do środowiska w celu przetrwania. Zapewne nie jestem jedyny, ale uważam, że warto się podzielić tymi przemyśleniami.

reklama

Sposób edukacji

W związku z faktem, iż jestem niepełnoletni, mam prawny obowiązek uczęszczania na zajęcia do mniej lub bardziej znanej placówki. Nie będę podawał konkretnej nazwy, zarządu, lokalizacji, itp. - nie ma to znaczenia. Ważniejsze dla mnie jest to, że uważam ją za plucie mi w twarz, marnowanie mojego czasu i (na szczęście nieskuteczną) próbę zabicia moich pasji.

Mógłbym to porównać do szkoły przetrwania - przetrwają tylko ci, którzy potrafią się zaadaptować i poświęcą wiele aby przeżyć, np. zrezygnują z natychmiastowej próby konsumpcji ofiary w celu zwabienia jej w miejsce, z którego nie ucieknie.

Zastanawiam się, czy jest to celowy zabieg: próba wytresowania człowieka, który \textit{wie wszystko, ale nie wie nic}. Potrafi zdać przedmioty na szóstkę, a nie ma żadnych zainteresowań. Dostaje świadectwo z paskiem, a nie wie, co dalej ze sobą zrobić. Chociaż gdyby się zastanowić, to można dojść do wniosku, że taki człowiek spróbuje szczęścia i zacznie studiować jakiś kierunek. Nie ma to znaczenia, jaki. Byle tylko studiować i wmawiać sobie, że nie jest się życiową ofermą. Ważne jest przecież żeby zabić czas, łudząc się, że zmierza się w dobrym kierunku. Pooddawać projekty kompletnie niezwiązane z z-życia-wziętymi ekwiwalentami, które czekają w przyszłej pracy.

Skąd takie nastawienie u wielu ludzi? Myślę, że ma to coś (dużo!) wspólnego z indoktrynacją od najmłodszych lat. Gdzie nagradza się bezmyślne wykonywanie poleceń zazwyczaj niekompetentnych nauczycieli, a karze się za rozwijanie własnych zainteresowań zabierających czas na prace domowe.

Nie uważam owych prac za coś trudnego. Zwykła ,,przeszkadzajka'', która zabiera trochę czasu, który mógłbym poświęcić na coś bardziej pożytecznego. Nie zmienia to jednak faktu, iż uważam, że powinna ona być opcjonalna - w końcu zakładając, że została zadana aby uczeń przećwiczył nowy materiał, to tylko on sam sobie szkodzi poprzez nieodrobienie jej. A może jednak z jakiegoś powodu, którego nie znam, uczeń nieodrabiający prac domowych szkodzi też nauczycielom?

Nauczyciele

Większość nauczycieli, z którymi miałem do czynienia prawdopodobnie dostała taką, a nie inną pracę dzięki odpowiednim znajomościom, bądź innym atutom niezwiązanym z wiedzą, nastawieniem do innego człowieka, kompetencjom.

Zdarzyło mi się spotkać kilku prowadzących, którzy potrafili zaciekawić, umożliwić spojrzenie na dany przedmiot z punktu widzenia osoby pragnącej chłonąć wiedzę, jak tylko się da. Niestety, to jest rzadkość. Zazwyczaj jedyne, na czym im zależy, to na wypełnieniu odpowiednich rubryk w dzienniku i odbębnieniu tych 45 minut w nadziei, że będą mieć spokój. Ewentualnie na uprzykrzaniu życia komuś, kto ma inne zainteresowania niż tematyka przedmiotu. Wmawiają, że ,,bez mojego przedmiotu będziesz w przyszłości nikim'', o czym już się przekonałem, że jest to jedna wielka bzdura, a służy jedynie podbudowaniu swojego ego w stylu: ,,Ja nie umiem nic więcej niż to, czego uczę na tym przedmiocie, więc uznam, że jest to tak ważne, że dzięki temu jestem kimś!''. Faworyzują uczniów, którzy podczas rozwiązywania zadań stosują ,,jedyną słuszną'' metodę dojścia do stosownych rezultatów, którą ów nauczyciel podał. Twierdzą, że trzeba mieć dobrą ocenę żeby coś w życiu osiągnąć, gdzie przez termin ,,dobra ocena'' należy rozumieć 5, bądź 6.

Opiekunowie prawni

Należy także rozważyć fakt, że na ucznia duży wpływ mają ludzie, którzy z prawnego punktu widzenia się nim opiekują. Najczęściej chodzi o najbliższą rodzinę, jednak nie zawsze jest to regułą.

Zdarza mi się słyszeć ich wypowiedzi będące niemalże idealną kopią tekstów nauczycieli dotyczących ocen. Uznają, że jakaś cyfra ma realny wpływ na stwierdzenie kompetencji ucznia. Ignorują fakty, iż przy różnych przedmiotach oznacza to różne rozbieżności w poziomie wysiłku, jaki należy włożyć aby daną ocenę uzyskać.

Zakładając, że ocena wiernie oddaje poziom wiedzy, bądź doświadczenia, to i tak otrzymuję komentarze twierdzące, że muszę być ,,dobry'' z przedmiotów, z którymi nie wiążę swojej przyszłości. Po co? Mogę się domyślać, że służy to do uświadomienia sobie, ,,jakie ma się zdolne dziecko'', kompletnie wypaczając pojęcie zdolności albo do chwalenia się przed innymi dorosłymi w ten sam sposób.

Tutaj problem jest o tyle duży, że z tymi ludźmi zazwyczaj spędza się dużo czasu poza zajęciami - mowa o współdzieleniu mieszkania. Ciężko w pełni do rozwiązać, jednak ja ograniczam go poprzez unikanie powrotów tak długo jak tylko mogę. Oznacza to najczęściej przebywanie ,,na mieście'' przed i po zajęciach.

Rówieśnicy

Ciężko mi jest odnaleźć się wśród osób, których zainteresowaniami są imprezy, palenie, picie, filmy z ,,gwiazdami'' promującymi patologię. Z drugiej strony - widuję ludzi, którzy co prawda są cisi, ale nie ma nawet sensu próbować zawrzeć jakiejś bliższej znajomości.

W praktyce oznacza to u mnie: 

  • brak tematów do rozmów
  • niechęć do przebywania z tymi ludźmi w jednym pomieszczeniu
  • niezawieranie przyjaźni, bądź innych związków
  • wdychanie dymu z papierosów wbrew mojej woli

Nie każdy z moich znajomych taki jest, ale ci najbardziej rzucają się w oczy. Nie mam takich wielkich potrzeb aby sprawdzać każdego z osobna, czy aby na pewno jest wart bym mu/jej poświęcał czas - ja sobie poradzę w tej dżungli sam. Przynajmniej tak czuję, bo na razie daję sobie radę. :-)

Przemyślenia

Uważam, że szkolnictwo (poza studiami) w obecnej formie jest beznadziejnie przemyślane i powinna być możliwość samodzielnej edukacji bez zabierania cennego czasu ludziom, którzy jeszcze przed wybraniem technikum, zawodówki, bądź kierunku w liceum już wiedzą, czym chcą się w życiu zajmować.

Nie bez powodu dość często zdarza mi się opuścić cały dzień żeby porobić coś bardziej pożytecznego, jak np. wybrać się na najbliższą uczelnię i posłuchać, o czym jest mowa na wykładach. Żałuję, że w celu dostania się na studia wymagane jest wcześniejsze zdanie matury (jakże propagandowo zwanej egzaminem dojrzałości - no bo przecież ktoś, kto czyta lektury sprzed kilkuset lat i z nich zdaje egzamin zamiast z tematyki związanej z przyszłym zawodem to człowiek z wyższych sfer!) zamiast ,,testów wiedzy'' - odpowiednika ,,wejściówek'' na laboratoriach. Gdybym tylko mógł, to już teraz bym oficjalnie realizował program studiów inżynierskich.

Jedyny przedmiot szkolny, który uważam za obecnie przydatny to matematyka. Tam ,,czuję, że żyję'' rozwiązując problemy wymagające jakiegoś wysiłku i rozwijające. Reszta jest do niczego. Czy ktoś po nauce języka angielskiego w szkołach jest w stanie cokolwiek załatwić z native speakerem? Czy ktoś po informatyce zna coś więcej niż podstawy obsługi Microsoft Office 2003 i podstawy podstaw programowania w C++? Czy ktoś uważa, że analiza utworów sprzed kilkuset lat rozwinie w nim miłość do kraju, w którym się urodził?

Podsumowanie

Moje nastawienie: rozwijać pasje na własną rękę, a zapchajdziury zaliczać na niezbędne minimum. Nie przejmować się opinią niekompetentnych ludzi, którzy w życiu nic nie osiągnęli. Nie obwiniać się o porażki - wyciągać wnioski i uczyć się dzięki nim.  

porady hobby
reklama

Komentarze