Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Klient dysku w chmurze dla Linux Mint — czy Dropbox ma jakąś alternatywę?

Wirtualny dysk w chmurze kojarzy się przede wszystkim z Dropboxem - liderem rynku, jednym z pionierów, wielokrotnie nagradzanym przez różne magazyny. Dropboxa używam od samego początku jego istnienia, to jest od czasów, gdzie trzeba było dostać czyjeś zaproszenie, by w ogóle założyć sobie konto. Był to chyba rok 2008. Dropbox bardzo długo pozostał w wersji 0.x, nie aktualizował się automatycznie i co drugi dzień wchodziłem na forum, żeby sprawdzić czy jest już nowsza wersja. W tamtych czasach mało kto w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo dyski chmurowe zrewolucjonizują sposób przechowywania i wymiany danych między komputerami. Do synchronizacji folderów stosowałem wcześniej aktówkę Windowsa XP, który niepodzielnie królował wtedy na desktopach. Nagle, nie wiadomo skąd, pojawiło się wiele serwisów podobnych do Dropboxa. Głównym konkurentem Dropboxa w tamtych czasach był chyba SugarSync. Był bogatszy w funkcje (oferował wtedy selektywną synchronizację, a Dropbox nie) i dawał więcej miejsca w darmowej ofercie. Dropbox jednak od początku integrował się z eksploratorem windows i działał pięknie w tle, a SugerSync miał własny menedżer plików, co mi się nie podobało. Obecnie usług chmurowych jest tak wiele, że nie sposób wszystkich ogarnąć. Najbardziej popularnymi poza Dropboxem są chyba OneDrive i Google Drive. Jednakże na Linuksie problem stanowi brak desktopowych klientów tych usług od Microsoftu czy Googla. Google firmuje nawet jakiegoś klienta swojego dysku, który jest dostępny na githubie i nazywa się "drive", ale jest to narzędzie konsolowe, które nie wspiera synchronizacji w tle, co w praktyce oznacza, że musimy ręcznie z konsoli wysyłać pliki na dysk Googla. Nie sądzę by ktokolwiek uznał takie narzędzie za wygodne. Dlatego jako użytkownik desktopowego Linuxa postanowiłem potestować kilka innych, ciekawych moim zdaniem usług z klientami właśnie na Linuxa i porównać je nieco z Dropboxem.

Dropbox

Linuksowy klient Dropboxa spełnia w tym momencie większość moich oczekiwań. Najbardziej brakuje mi pełnej integracji z menadżerem plików (w moim przypadku jest to Thunar), aczkolwiek jest to problem zupełnie drugorzędny. Można doinstalować plugin Dropboxa do Thunara, dostępny w postaci paczki deb (systemy debianopochodne), który dodaje do menu kontekstowego Thunara opcje współdzielenia plików, udostępniania łącza do zasobów naszym znajomym oraz polecenie przejścia do klienta webowego. Brakuje natomiast ikonek wskazujących stan synchronizacji poszczególnych zasobów. Dropbox posiada jednak własną wersję Nauthilusa, w którym te ikonki są widoczne.

Linuksowy klient wygląda podobnie jak na Windowsie. W Wersji 3.0 minimalnie został zmieniony wygląd okna preferencji oraz sama ikonka Dropboxa.

Dropbox pokazuje informację o stopniu zajętości konta, ostatnio modyfikowanych plikach, a w dymku także prędkość i ilość pobieranych/wysyłanych plików. Są to drobne szczegóły, które jednak cieszą. Siła Dropboxa leży jednak w optymalizacji tej aplikacji i różnych mechanizmach usprawniających synchronizację. Dropbox wspiera bowiem synchronizację różnicową (edytowany dokument nie jest każdorazowo wysyłany w całości), zapamiętuje skasowane pliki i przy ich ponownym wgraniu nie wysyła ich do serwera, lecz odzyskuje zapamiętaną wersję (o ile jest zgodna), a także dobrze radzi sobie z wysyłaniem dużej ilości niewielkich plików. Jakby tego mało, do dyspozycji mamy synchronizację przez LAN, która nawet w czasach szybkich łączy, potrafi być dużo szybsza od synchronizacji bezpośrednio z serwerem. Klient Dropboxa zajmuje u mnie około 120 MB pamięci.

r   e   k   l   a   m   a

Klient webowy jest dość przejrzysty i intuicyjny. Obsługuje przeciąganie i łatwe zaznacenie wielu elementów. Pozwala na wgrywanie jak i pobieranie plików, zakładanie nowych folderów, zmianę ich nazwy. Możemy przeszukiwać zasoby wbudowaną wyszukiwarką. Webowy klient umożliwia także kontrolę wersji dokumentu, a także przeglądanie i odzyskiwanie skasowanych dokumentów. Pozwala współdzielić zasoby oraz generować publiczne linki do zasobów. Posiada podgląd zdjęć, PDF'ów oraz plików tekstowych, choć tu mogą być problemy z kodowaniem. Potrafi nawet odtwarzać online pliki muzyczne (testowałem tylko format mp3). Do pełni szczęścia brakuje office'a na wzór googlowego lub chociaż edytora tekstu.

Ogólnie Dropbox jest świetny. W zasadzie nie czułbym potrzeby używania czegokolwiek innego, gdyby nie fakt, że 2 GB darmowej przestrzeni to jednak trochę mało. Co prawda można nieco powiększyć ten obszar angażując się w system polecania usługi znajomym, ale w dzisiejszych czasach nie jest to proste, bo wszyscy znajomi już używają Dropboxa.

InSync

Udało mi się znaleźć dwie aplikację klienckie obsługujące chmurę Googla. Pierwszą z nich jest Grive Aplikacja jest niestety nie rozwijana od dwóch lat, a w obecnej postaci jest niestabilna i sprawia wiele problemów. W zasadzie nie nadaje się do użycia. Drugą aplikacją, jaką znalazłem jest InSync. Niestety jest to program płatny. Co prawda opłata jest jednorazowa, aczkolwiek boli nieco fakt, że musimy wyłożyć 15$ za każde konto googlowe, które chcemy synchronizować, podczas gdy są inne aplikacje, świadczące podobne usługi za darmo. Czy warto więc płacić? Sprawa jest o tyle złożona, że mówimy tutaj o dostępie do konta Google, a ja wiadomo Google jest mocno obecny w naszym cyber życiu. Mnóstwo ludzi posiada konta pocztowe na gmailu, synchronizuje swoje zakładki w Chromie, integruje te usługi w komórce, a do tego korzysta być może z kalendarza Googlowego i webowego Office'a. Co by nie mówić, fajnie jednak by było mieć szybki i wygodny dostęp do googlowego dysku u siebie na dekstopie. Z drugiej strony czy warto płacić 50 zł za aplikację, która prawdopodobnie nie dorównuje Dropboxowi? No właśnie, co tak naprawdę dostajemy za te 50 zł?

Menu programu jest podobne do Dropboxowego. Z poziomu tego menu mamy także dostęp do folderów udostępnionych nam z innych kont googlowej chmury. W ustawieniach znajduje się informacja o stopniu zajętości konta i możliwość ustawienia selektywnej synchronizacji.

Dokumenty tworzone w edytorze webowym i zapisane w formacie googlowym, sa na dysku widoczne jako ggdoc i nie można ich edytować desktopowym edytorem, ponieważ są to tylko linki do dokumentów w kliencie webowym. InSync nie posiada jednak mechanizmów typowych dla Dropboxa, co wyraźnie odbija się na prędkości synchronizacji (co będzie wyraźnie widać w tabelce z wynikami na końcu wpisu).
Kolejnym ogromnym minusem jest brak zarządzania skonfliktowanymi wersjami dokumentów. Program w ogóle nie zna takiego pojęcia i nadpisuje dokumenty bez pytania. Jeśli mamy nadal otworzony dokument i chcemy go zapisać, podczas gdy w międzyczasie został on zmieniony, to poinformuje nas o tym np. LibreOffice, ale InSync takimi problemami nie zaprząta sobie głowy.

Poważne niedociągnięcia sprawiają, iż moim zdaniem nie warto inwestować pieniędzy w takiego klienta. Dokumenty googlowe (ggdoc) i tak musimy edytować w kliencie webowym, a brak zarządzania konfliktami oraz mechanizmu przyrostowego wysyłania danych, sprawia że poważnie zastanawiałbym się nad tym klientem nawet, gdyby był darmowy.

Klient InSynca, napisany w Pythonie, zajmuje około 160 MB pamięci, a więc troszkę więcej niż Dropbox.

InSync, jako klient dysku googlowego nie ma własnego klienta webowego. Przypisywanie zaś zalet dysku googla twórcom InSynca byłoby nie w porządku w takim porównaniu względem pozostałych usług. Niemniej jednak przyznać trzeba, że to, co oferuje Google w powiązaniu ze swoim dyskiem, jest zdecydowanie najlepsze spośród wszystkich ofert dysków chmurowych na rynku. Nie tylko posiada wersjonowanie oraz kosz, ale przede wszystkim dobry podgląd dokumentów i przede wszystkim pakiet biurowy, potrafiący edytować pliki Worda czy Excela (przynajmniej w podstawowym zakresie). A jeśli już zdecydujemy się na InSynca, to prawdopodobnie częściej też będziemy korzystać z klienta webowego Google Drive (choćby do edycji plików ggdoc).

Copy

Za usługą chmurową Copy stoi Barracuda Networks. Nie jest to więc jakaś mała firemka, przez co możemy mamy większe szanse, że ich usługi nie znikną z sieci z dnia na dzień. Z drugiej strony rynek usług chmurowych jest obecnie tak wysoce konkurencyjny, ze nawet tak duża firma jak Canonical, wycofał się ze swojego Ubuntu One. Równie dobrze podobny krok za jakiś czas może wykonać Microsoft i nie powinno to być jakimś wielkim zaskoczeniem. Póki co, Copy działa i oferuje za darmo 15 GB przestrzeni roboczej. Oferuje także dosyć unikalną funkcjonalność, której szczerze mówiąc nie testowałem, która polega na tym, że możemy jeden duży folder współdzielić między kilku użytkowników w taki jednak sposób, że każdy z tych użytkowników posiada tylko część tego folderu (w sensie, że konto pojedynczego użytkownika jest obciążone tylko częścią pojemności tego folderu), mimo że dostęp ma do całości.

Copy lets you split the bill with shared folders. So a 20 GB folder synced between 4 people only counts as 5 GB per person. We call that "Fair Storage."

Dotyczy to wersji płatnej.

Wygląd menu i okna ustawień jest dosyć podobny do dwóch poprzednich programów. Szczerze mówiąc ustawienia Copy wydają mi się nawet bardziej przejrzyste, niż w Dropboxie.

[img-CopyUstawienia] Copy nie integruje się z Thunarem, natomiast częściowo integruje się z Dropboxowym Nautilusem. Podejrzewam, że w środowisku z domyślnym Nautilusem też by się integrował (ja pracuję w XFCE).
Nie jestem pewien jak czy Copy potrafi wykonywać synchronizację różnicową. Czas synchronizacji wskazywałby na to, że tak. Sam klient twierdzi jednocześnie, że wysyła cały plik. Być może jest to tylko błąd w wyświetlaniu, wskazujący na wysyłanie całego pliku. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że zauważyłem, iż klient Copy często przegapia moment, w którym dokonuje się synchronizacji i pokazuje przesyłanie danych z 15 sekundowym opóźnieniem, podczas gdy czas wysyłania danych wskazuje na to, że dokonuje się ona natychmiastowo, bez opóźnienia. Jest to więc najprawdopodobniej błąd interfejsu, a nie samego mechanizmu synchronizacji. Z tego powodu kasowanie jednego pliku trwało wedle wskazań interfejsu aż 38 sekund! Czasem interfejs klienta desktopowego potrafi w ogóle przegapić zmiany i nie wykazać synchronizacji, podczas gdy w kliencie webowym widać zmiany, więc sama synchronizacja działa prawidłowo.

Copy, podobnie jak Dropbox, zapamiętuje skasowane pliki, dzięki czemu ponowne wgrywanie, uprzednio skasowanego pliku, trwa dosłownie kilka sekund, nawet w przypadku dużych plików.
Copy zajmuje 80 MB pamięci.

Klient webowy Copy ma elegancki wygląd i nieco odmienną filozofię przeglądania folderów, przypominającą menu KDE. Jest ona konsekwentnie stosowana i w rezultacie podgląd zdjęć wyświetla się w kolejnym panelu, a nie wyskakującym javascriptowym okienku. Początkowo, po wgraniu zdjęć, podgląd jest niedostępny. Prawdopodobnie Copy potrzebuje czasu na wygenerowanie miniaturki. Gdy takowe jest już utworzona, podgląd zdjęcia jest natychmiastowy, dużo szybciej niż w kliencie Dropboxa czy Google. Poważną wadą Copy jest brak wersjonowania dokumentów. Nie znalazłem również możliwości odzyskania skasowanych dokumentów. Nie ma nawet folderu kosza. Musimy zatem bardzo ostrożnie podchodzić do kasowania naszych zasobów.

Copy posiada także klienta na Androida. Sprawuje się dobrze.

Hubic

HubiC jest produktem francuskiej firmy hostingowej OVH. Oferta HubiC jest na tyle kusząca, że nie mogłem przejść obok niej obojętnie i nie przetestować. Za darmo dostajemy 25 GB przestrzeni dyskowej. Oferta płatna jest chyba jeszcze ciekawsza. Za 1 Euro miesięcznie, otrzymujemy 100 GB, a za za 10 Euro miesięcznie aż 10 TB! Szczerze mówiąc to nie spotkałem się jeszcze z taką ofertą. Dla porównania Dropbox za 10 Euro oferuje tylko 1 TB, podobnie jak Google. OneDrive za 1 TB żąda w zamian 30 zł miesięcznie (czyli około 7 Euro).

Niestety, żeby nie było tak różowo, od razu ostudzę zapał tych, którzy już zdążyli się napalić. HubiC ma pod Linuxem klienta w wersji testowej, który póki co działa tylko w powłoce tekstowej. Co prawda nie czyni go to narzędziem bezużytecznym, aczkolwiek z pewnością czyni mniej atrakcyjnym dla użytkowników desktopowych. Sama synchronizacja jest automatyczna i włącza się samoczynnie razem ze startem systemu. Aby było to możliwe, trzeba zapisać hasło do konta w pliku tekstowym, a następnie zalogować się, wkazując jako hasło ten plik, a także nazwę konta i katalog na dysku, który ma być synchronizowany.

hubic login --password_path=/home/user/.config/hubiC/.hubicpassword moj@email.pl ~/hubic

Sama synchronizacja działa tak sobie. O ile jeszcze synchronizacja jednego komputera z klientem webowym jest w miarę szybka i poprawna, tak synchronizacja między dwoma klientami desktopowymi potrafi przysnąć. W takich sytuacjach możemy wymusić synchronizację manualnie poleceniem

hubic synchronize

HubiC dosyć poprawnie zarządza kopiami skonfliktowanych dokumentów. W nazwie dokumentu pojawia się data konfliktu bez podania nazwy komputera, na którym powstała.

Klient webowy HubiC jest stosunkowo prosty i ma najmniejsze możliwości. Nie wspiera wersjonowania i nie ma możliwości przywrócenia skasowanych plików. Dostęp do funkcji jest dosyć toporny. Trzeba zaznaczyć interesujące nas pliki, zanim będziemy mogli skorzystać z opcji np. kasowania. Zaznaczenie wielu plików czy folderów jest sporym wyzwaniem.

Istnieje także klient androidowy. Póki co nie miałem jeszcze okazji go przetestować. Przynajmniej nie jest konsolowy:)

Storage Made Easy (SME)

SME oferuje za darmo co prawda tylko 5 GB przestrzeni dyskowej, ale postanowiłem się mu bliżej przyjrzeć, ze względu na jego niecodzienne możliwości. Klient linuksowy jest dosyć złożony i składa się z 3 oddzielnych modułów: klienta synchronizacji, menedżera plików oraz centrum synchronizacji. Klient synchronizacji montuje dysk sieciowy analogicznie do zasobów samby czy NFS. Jeśli więc kopiujemy jakieś pliki do folderu, który jest synchronizowany, pasek postępu przesuwa się powoli, lub wręcz stoi w miejscu, podobnie jak w przypadku kopiowania do podmontowanych dysków sieciowych. Ma to swoje zalety - czas kopiowania jest tożsamy z czasem synchronizacji w chmurze. Podobnie, gdy zapisujemy dokument edytowany LibreOfficem, na czas zapisu, Writer staje się nieaktywny, do póki dokument nie zostanie wysłany. Przy otwieraniu dokumentu bezpośrednio z zamontowanego folderu, tworzony jest ukryty pliczek, którego zadaniem jest zablokowanie dostępu do pliku na innych komputerach, co teoretycznie ma zapobiegać tworzeniu skonfliktowanych kopii. Pliczek szybko się synchronizuje, jednakże nie daje to pewności, że konflikt nie nastąpi. W praktyce w ogóle to nie działa.

Absolutnie fantastyczną funkcjonalnością SME jest możliwość podpinania innych kont chmurowych. SME współpracuje z ponad 60 różnymi dostawcami. Niestety w wersji darmowej możemy podpiąć tylko 3 konta. Na próbę podpiąłem więc konto Google Drive, żeby sprawdzić SME jako alternatywę dla InSync. Niestety spotkał mnie spory zawód.
Podpięcie konta polega na zbudowaniu drzewa, a nie faktycznym pobraniu plików z konta. Dostajemy więc atrapę tego, co jest naprawdę w naszym dysku googla. I o ile w przypadku dokumentów czy niewielkich zdjęć nie ma to dużego znaczenia, bo ich ściągnięcie jest na tyle szybkie, że prawie tego nie odczuwamy, tak już przy próbie odtworzenia nawet krótkiego materiału wideo oczekiwanie na pobranie pliku jest mocno wkurzające. Co gorsza pliki są pobierane każdorazowo. Ogólnie więc lipa. Jakby tego było mało, po wejściu w klienta webowego znalazłem informację, że darmowe konto posiada limit transferu w wymiarze 2 GB na miesiąc. I tak oto czar pięknie zapowiadającej się usługi prysł w kilka minut po zainstalowaniu klienta. A szkoda, bo zapowiadała się prawdziwa rewelacja. Jeśli komuś zależy na takiej integracji konto, to chyba lepszym rozwiązaniem byłoby wykupienie usługi CloudHQ, która potrafi faktycznie zintegrować konto Dropboxa z innymi kontami chmurowymi, w tym również OneDrivem. Dla tych, których jeszcze nie zniechęciłem, dodam tylko, że klient webowy ma możliwość tworzenia i edycji plików tekstowych, plików Worda oraz Excela. Próbuje także odczytywać pliki LibreOffice Writera, ale z mizernym skutkiem (być może prosty tekst byłby prawidłowo odczytany, ale wstawiona grafika wszystko kaszani).

Mega

Mega powinno się wszystkim kojarzyć ze słynnym MegaUploads. Burzliwa przeszłość tego serwisu może budzić obawy przed bezpieczeństwem naszych danych. W przeszłości bowiem użytkownicy tracili dostęp do swoich kont nawet, jeśli nie przechowywali na nich treści nielegalnych. Mega powraca i być może właśnie z powodu nie najlepszej historii stara się przekonać do siebie interesującą ofertą. Za darmo dostajemy bowiem aż 50 GB przestrzeni dyskowej! Jest tylko jedno małe ograniczenie - limit miesięcznego transferu w wysokości 10 GB. Przy normalnej pracy z dokumentami, czy nawet pewną ilością zdjęć, powinno wystarczyć. Jest to w końcu 20% pojemności całego konta i 5 razy więcej, niż dostajemy w Dropboxie.

Mega nie posiada mechanizmu przyrostowego wysyłania. Nie widać też jakiejś optymalizacji wysyłania wielu małych plików. Posiada natomiast kosz, do którego nasze pliki są przenoszone również na naszym dysku. W folderze MegaSync znajduje się ukryty folder .debris, który pełni funkcję kosza. Synchronizacja kasowania czy ponownego wgrania skasowanych zdjęć odbywa się natychmiastowo. Sporym minusem Mega jest brak zarządzania konfliktami. Obowiązuje zasada "kto pierwszy, ten lepszy". Mega jest więc typowym magazynem danych i nie nadaje się do pracy zespołowej. Klient Megasync jest bardzo lekki i zajmuje jedynie 60 MB w pamięci operacyjnej.

Klient webowy jest przejrzysty i wygodny. Posiada wszystkie podstawowe funkcje. Pliki możemy wyświetlać w klasycznym układzie listy ze szczegółami lub jako ikonki. Istnieje możliwość włączenia podglądu zdjęć, który działa dosyć szybko. Nie ma natomiast możliwości edycji czy wyświetlania innych typów danych.

Mega posiada też klienta na Androida.

pCloud

pCloud oferuje nam na starcie 10 GB przestrzeni za darmo. Kolejne 3 GB można zarobić wykonując różne kroki. Niektóre z nich i tak wykonamy (np. instalacja klienta, czy wgranie plików).

Klient psync zajmuje 85 MB w pamięci i działa dosyć szybko. Zarządzanie konfliktów ogranicza się do unika konfliktów poprzez blokadę edycji dokumentu w przypadku otworzenia go na innym dokumencie. Zasada działania jest podobna jak w SME, aczkolwiek tutaj działa ona zdecydowanie lepiej i musiałem wykonać kilka prób, zanim udało mi się otworzyć do edycji ten sam dokument na dwóch różnych komputerach (mając dwie klawiatury obok siebie). W codziennej pracy mechanizm powinien sprawdzać się w miarę dobrze. Oczywiście jak w większości przypadków brakuje mi integracji z menedżerem plików, ale jest to rzecz mimo wszystko drugorzędna.

Klient webowy pozytywnie mnie zaskoczył. Oferuje nam historię operacji oraz kosz, z którego możemy przywracać skasowane pliki. Dostępne jest także wersjonowanie. Lista plików jest czytelna i ma spore możliwości podglądu plików: możemy odtwarzać pliki muzyczne online, wyświetlać PDFy i zdjęcia, możemy nawet odtwarzać pliki wideo. Bardzo ciekawą funkcjonalnością jest możliwość pobierania plików wideo z uprzednią konwersją zmniejszającą objętość. Nie wszystkie formaty wideo są jednak wspomagane w konwersji. Nie obejmuje ona np. kontenera mkv. Analogiczna konwersja jest możliwa w przypadku zdjęć. Kolejną bardzo ciekawą funkcjonalnością jest wyświetlanie wszystkich zasobów dysku z podziałem na typ danych (dokumenty, zdjęcia, muzyka, wideo, archiwa) bez względu na ich lokalizację na dysku. Klient webowy daje nam także możliwość tworzenia archiwów zip.

Istnieje też mobilny klient na androida.

Inne Serwisy z klientem dla Linux Mint

W trakcie poszukiwań alternatywy dla Dropboxa, znalazłem kilka innych serwisów, których nie testowałem z powodu zbyt małej ilości miejsca dostarczanego za darmo. Niemniej jednak warto chyba o nich wspomnieć, aby pokazać, że obecnie mamy całkiem spory wybór usług tego typu z klientami dla Linuxa.

SpiderOak

SpiderOak stara się wyróżnić spośród innych tego typu serwisów, jako rzetelny partner dbający o bezpieczeństwo i prywatność naszych danych. Zapewnia nas o nieudostępnianiu danych swoim pracownikom, a nawet instytucjom rządowym. Nie wiem ile w tym prawdy i dla mnie akurat nie ma to aż tak dużego znaczenia. Z jednej strony nie jestem w stanie tego zweryfikować, z drugiej zaś nie trzymam w chmurze haseł do konta bankowego, więc nawet jeśli ktoś obejrzy sobie moje zdjęcia z ostatnich wakacji, ale nie opublikuje ich w jakiejś gazecie, to chyba nie poczuję się z tego powodu specjalnie zgwałcony. SpiserOak oferuje za darmo 5 GB przestrzeni dyskowej. 100 GB kosztuje nas 10 $ miesięcznie. Klienty Linuxowe są dostępne zarówno w paczkach deb jak i rpm. SpiderOak to także klient na androida.

Wuala

Kolejną propozycją 5 GB za darmo jest serwis Wuala. 100 GB kosztuje 10 €. Wuala zapewnia wersjonowanie i odzyskiwanie skasowanych danych. Posiada instalki w postaci paczek deb i rpm. Klient na androida jest także dostępny.

Bitcasa

Bitcasa posiada klienta linuksowego w wersji beta. Niestety nie ma darmowej wersji konta. Najtańszy plan to 1 TB za 10$ miesięcznie. W opisie nie znalazłem informacji o możliwości wersjonowania i odzyskiwania skasowanych plików. Jeśli jednak komuś zależy na dużej pojemności dysku chmurowego, to cenowo ta oferta jest dosyć korzystna.

Inne rozwiązania chmurowe

Adrive

Bardzo ciekawą propozycją, którą muszę wskazać, jest Adrive. Nie ma on co prawda klienta na Linuxa, a i pod Windowsa jest on płatny, jednakże za darmo dostajemy klienta webowego z możliwością edycji dokumentów online i co najważniejsze aż 50 GB przestrzeni dyskowej. Adrive jest więc idealny do darmowego backupu w chmurze sporej ilości danych, z których nie będziemy korzystać na co dzień lub do trzymania ogromnej ilości dokumentów, które mamy ochotę edytować edytorem webowym. Z pewnością to rozwiązanie ma swoje ograniczenia, aczkolwiek 50 GB w chmurze za darmo jest kuszące!

Podsumowanie testów

Podsumowanie

Oferta dysków chmurowych na Linuxie jest obecnie całkiem spora. Czy można zatem znaleźć sobie sensowną alternatywę względem Dropboxa? W zasadzie to tak, choć być może nie w przypadku każdej osoby. Dropbox jest dopracowany, dobrze zintegrowany zarówno z linuksowym dekstopem, jak i urządzeniem mobilnym. Najlepszym przykładem jest folder Camera Uploads, do którego wrzucane są automatycznie wszystkie materiały z aparatu w telefonie czy tablecie. Największą wadą Dropboxa jest niewielka ilość darmowej przestrzeni dyskowej. Najlepszą alternatywą wydaje się być pCloude. Ma on zarówno klienta webowego o dużych możliwościach z wersjonowaniem, jak i klienta mobilnego z możliwością automatycznego uploadu. Na starcie dostajemy 10, a w zasadzie to 11 GB przestrzeni dyskowej. To 5 razy więcej niż w Dropboxie. Jeśli potrzebujemy jeszcze większej ilości miejsca to ciekawą propozycją może okazać się Mega. Usługa ta jednak nie posiada wersjonowania, choć jest kosz, z którego możemy odzyskać skasowane dane. Nie mamy także mechanizmu zarządzania konfliktami - kolejna mocna strona Dropboxa. Zupełnie inne podejście do konfliktów prezentuje pCloude, który zamiast tworzyć kopie skonfliktowanych dokumentów, stara się unikać sytuacji konfliktowych. Czy prewencja jest lepsza od zachowywania wszystkiego co tworzymy? Ciężko mi to ocenić, gdyż nie miałem możliwości testować tego rozwiązania w warunkach prawdziwej pracy zespołowej. Z doświadczenia wiem jednak, że z czasem ilość skonfliktowanych kopii Dropboxa może rosnąć w dziesiątki czy setki i jeśli na bieżąco nie rozwiązujemy konfliktów to powstaje nam spory bałagan. Być może więc prewencja jest faktycznie lepszym pomysłem. Na pewno warto dać szanse tej usłudze. Osobiście od dłuższego czasu korzystam z Copy, który dostarcza nam 15 GB darmowej przestrzeni. Traktuję go raczej jako uzupełnienie Dropboxa i takie archiwum, do którego zbyt często nie zaglądam.

Wszystkim Czytelnikom życzę Wesołych Świąt


 

linux oprogramowanie internet

Komentarze