„Cienka, czerwona linia" między fake a news

Internet znacząco zmienił sposób postrzegania informacji. Kiedyś o wieściach ze świata dowiadywaliśmy się z gazet, ewentualnie radia czy telewizji. Teraz dla znacznej części z nas głównym źródłem informacji stał się Internet. Uczymy się, przeglądamy prasę, poznajemy historię w Internecie. Z wielu rozmaitych stron i blogów możemy dowiedzieć się wielu bardzo interesujących rzeczy.

Ale jest jeden problem. Już XX wiek udowodnił, że treścią pisaną bardzo łatwo manipulować. Cenzura gazet, czasopism nie dopuszczała do wydruku treści sprzecznych z aktualnie panującym światopoglądem. W systemach totalitarnych istniała jedyna „słuszna prawda”, której nie wolno było krytykować. Kto ośmielił się mieć własne zdanie, mógł mieć niemałe kłopoty.

W dzisiejszych czasach jest całkowicie inaczej. Każdy może pisać to, co tylko chce. Istnieje dużo serwisów, które udostępniają nam miejsce na swoje wpisy. Jeśli nasze wypociny są dosyć kontrowersyjne, możemy zawsze założyć własną stronę i na niej podzielić się przemyśleniami ze światem.

W Internecie może publikować każdy. Ale czy każdy będzie miał na celu przekazanie obiektywnej prawdy? Czy wizja szybkiego zarobku i dużej ilości wejść nie okaże się bardziej kusząca? W końcu, czy Internet - do którego dziennie wchodzą miliony osób nie okaże się na tyle skutecznym narzędziem, aby wykorzystywać fałszywe wiadomości do kreowania opinii publicznej? Weryfikacji podejmie się i tak bardzo mała ilość osób.

Jak (częściowo) przewidziano przyszłość

Internet jest bardzo charakterystycznym źródłem informacji. Każdy artykuł, każdą stronę można w każdej chwili poddać edycji. Jeśli nie zdążył jej zagregować żaden robot typu webArchive czy Google, to stara informacja ginie bezpowrotnie. Jest to oczywiście bardzo pozytywna cecha. Błędy, które znajdują się np.: w podręcznikach muszą czekać na poprawę aż do następnego wydania. Poprawka nie zostanie naniesiona automatycznie w chwili, kiedy życzy sobie tego wydawca czy twórca, jak w globalnej sieci.

Jednakże, prawdziwy, wolny Internet ma to do siebie, że nigdy nie możemy być pewni, że to co wrzuciliśmy zniknie od razu po wykasowaniu z naszej strony. Pomińmy już takie agregatory jak webarchive. Może ktoś po prostu zrobił sobie screena i zapisał u siebie na dysku albo skopiował treść naszego artykułu do Worda i wydrukował?

Ale wszystko się zmienia, Internet także. Załóżmy na chwilę, mocno apokaliptyczną wizję sieci, w której jakaś centralna organizacja sprawuje nad nim kontrolę.

George Orwell w swojej antyutopii, „rok 1984” opisał charakterystyczny świat. Świat, w którym każdą informację można w dowolnej chwili zmienić. Jeśli jakieś prognozy poczynione w przeszłości nie zgadzają się z rzeczywistością, przedrukowujemy „poprawione” egzemplarze a resztę niszczymy. Jeśli ktoś nam podpadł, wymazujemy jego imię ze wszystkich istniejących dzieł kultury i sztuki. Żyjąc w takiej abstrakcyjnej rzeczywistości, nie miałbyś możliwości odróżnienia prawdy od fikcji. Nie mając dostępu do źródeł historycznych, mógłbyś ufać jedynie własnemu umysłowi oraz temu, co w danej chwili jest mówione w mediach.

George Orwell wyszedł sporo dalej. Nielegalne jest nie tylko postępowanie, ale jakakolwiek myśl, która nie byłaby zgodna z oficjalną linią. Jednostki, które mogłyby zorganizować jakąkolwiek formę „buntu” są od razu wyłapywane i likwidowane.

Zastanawiasz się pewnie, jaki to ma związek z tym, o czym mówiliśmy na początku? George Orwell, pisząc swoją książkę, nie miał przecież na myśli naszego obecnego świata. Autor zawarł w „Roku 1984” niejako swoje przeżycia, powstałe podczas spotkania z ustrojem komunistycznym podczas wojny domowej w Hiszpanii w roku 1936. Jeśli jednak wczytamy się uważnie w niektóre fragmenty tej książki, znajdziemy podobieństwa do niektórych fragmentów naszej rzeczywistości.

Kłamstwo i prawda

Joseph Goebbels, niski, niepozornie wyglądający, a jednak mający ogromny wpływ na Niemców, minister propagandy III Rzeszy. To on wypowiedział słowa, które dziś warto mocno rozważyć.

Kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą.

Internet daje o wiele większe możliwości do wykorzystania tej mądrości niż niejedna tradycyjna forma propagandy. Taką metodą można wpływać nie tylko na postrzeganie aktualnej rzeczywistości, ale także na sposób odbierania przeszłości. Większość ludzi nie zainteresuje się tym, żeby wiadomość podaną przez jakąś stronę internetową/serwis informacyjny o wyróżniającym się nagłówku zweryfikować w innych źródłach. W sprawach historycznych, na szczęście mamy dostęp do bibliotek i możemy odnieść się do wspomnień i różnych dzienników powstałych w minionych latach. Ale, czy typowa „pani Kasia” będzie analizowała podawane przez media informacje? Duże portale informacyjne mają poważny autorytet. Ten autorytet każe nam wierzyć, że wszystko, nawet (wydawałoby się) najgorsza głupota, jest najszczerszą prawdą. Dzięki autorytetowi przeciętny człowiek wierzy na słowo danemu „artykułowi” i nie wysila swojego umysłu nad weryfikacją rzeczywistości tych faktów.

Wolność słowa panująca w Europie pozwala nam (jeszcze) na spojrzenie na daną sprawę z kilku różnych punktów. Jednakże, taka możliwość często jest tylko teoretyczna. Dlaczego? Polecam przeprowadzić prosty eksperyment. Weź pod lupę jakiś news z ostatnich minut/godzin/dni. Przeczytaj jego treść w kilku różnych serwisach informacyjnych. Odrzucając treść „opiniotwórczą”, ile procent treści „newsa” pokrywa się pomiędzy różnymi serwisami? Bez względu na to, jaki link klikniesz, mogę w ciemno obstawić, że będzie to jakieś 70-80%. Kolejnym "złym" przyzwyczajeniem jest zapominanie o źródłach, z których dana informacja pochodzi. Niezwykle często, przeglądając różne wiadomości, spotykałem się z tym faktem. Czytam ostatnią linijkę tekstu i ... koniec. Ani słowem nie jest wspomniane o tym, skąd dany "fakt" pochodzi. Żadne ze słów w tekście nie jest podlinkowane. Jak mam uwierzyć takiej informacji? 

Zauważam także inną niepokojącą tendencję. Niczym w „roku 1984” Orwella, także w obecnych mediach istnieje spora chęć „naginania” rzeczywistości. Nikt nie posiada na tyle dużej władzy, aby wymazać ludziom z głowy to, co działo się w przeszłości, a także aby usunąć wszystkie nieprzychylne źródła tych informacji. Ale taki sposób postępowania byłby w dzisiejszych czasach nieefektywny. Po co mamy usuwać dostęp do źródeł, skoro i tak praktycznie nikt do tych źródeł nie zajrzy? Nieliczne jednostki ze swoim przekazem i tak dotrą do bardzo niewielkiego grona odbiorców. Na tyle niewielkiego, że prawda przez nich głoszona nie będzie zagrożeniem dla nikogo. Społeczeństwo nie jest kształcone w kierunku odróżniania fałszywych informacji od prawdziwej wiedzy. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że "przeciętny obywatel" bez problemu łyknie propagandę, która jest siana przez różne media. 

Fakty mają tendencję do tego, że w zależności od okoliczności, mogą być interpretowane na różne sposoby. Przemilczając jedne rzeczy, wyolbrzymiając inne, z praktycznie dowolnej informacji możemy uzyskać to, co będzie nas satysfakcjonowało.Przypomina to sytuację, kiedy kilka osób idzie na ten sam film. Lecz po filmie, słuchając wypowiedzi naszych bohaterów okazuje się, że chyba każdy oglądał co innego. I właśnie tak działają media.

Opiniotwórczość i zacieranie granic

Czy czytając różne wiadomości, nie miałeś wrażenia tego, że od razu przedstawiany jest sposób ich interpretacji? Dzięki temu, czytelnik nie musi wysilać swoich szarych komórek. Czytając artykuł wie od razu, co o nim myśleć. Czasami interpretacja taka nie jest podawana w sposób dosłowny. Wtedy pozycja „obiektywizmu” jest nieco lepsza, gdyż sami możemy wyrobić sobie swoje zdanie. Niestety, taka sytuacja zdarza się niezmiernie rzadko.

Kolejnym często stosowanym "trikiem" jest wycinanie kontekstu danej wypowiedzi. Zniekształca to treść przekazywanej informacji. Czasami, gdy wykonamy odpowiednie "wprowadzenie", możemy nawet całkowicie zmienić sens danej wypowiedzi. 

Na czym polega wyrwanie z kontekstu? Mamy kilkunasto-minutową wypowiedź. W pewnym miejscu pojawia się pewne zdanie. Dla uproszczenia oznaczmy je literą A. W obrębie całej wypowiedzi zdanie A ma poprawny sens i przekazuje to, co dana osoba chciała przekazać. Jeśli jednak wyrwiemy zdanie A z całej otoczki, może mieć ono całkowicie inne znaczenie. 

Przeanalizuj różnicę między dwoma poniższymi zdaniami. Zwróć uwagę na to, jak zmieniło się znaczenie słowa "głębia" w obydwu niżej przytoczonych wypowiedziach (źródło).

Głębia jeziora zapierała dech w piersiach

Głębia znaczeń wyłaniających się z jego obrazów zapierała dech w piersiach.

Internet ma jedną, bardzo znaczącą przewagę nad tradycyjnymi pismami. Zwykle strony posiadają możliwość komentowania. Jest to ogromna zaleta i + w stronę obiektywności. Możemy przeczytać opinię innych osób o danym fakcie. Nie musimy opierać swoich wniosków tylko na tym, co było zawarte w treści artykułu. Niestety, ta wizja zwykle jest zbyt piękna. I komentarze te zwykle są moderowane. Gdyby ktoś swoimi myślami wybił się ponad jedyny oczywisty fakt, to jego komentarz zostanie po prostu usunięty.

Podobnie wygląda sprawa z portalami typu Facebook. Mimo, iż możemy posiadać swój własny fanpage musimy uważać na treści, które na nim publikujemy. Niejednokrotnie zdarza się, że fanpage o pewnych „treściach” są blokowane za rzekome złamanie ich regulaminu. Cóż, osoby, które opiekują się tym serwisem są też ludźmi i ich sprawa, jak zinterpretują treść na stronie pod względem regulaminu. Problemem nie jest to, że takie strony są blokowane tylko to, że rzekome „złamanie” regulaminu jest często mocno naciągane. Dziwnym trafem jest także ukierunkowane w strony o określonych "poglądach". Przykładów nie będę podawał. Można znaleźć ich bardzo dużo w Internecie.

Czytasz już kolejny akapit o obiektywności... Podawana informacja powinna być jak najbardziej obiektywna. Ale musimy też zrozumieć, że obiektywizm jest bardzo trudno zachować. Pisząc ten artykuł, staram się być obiektywny i wyrazić tylko ogólną myśl, która chodzi mi po głowie. Pozostawiam interpretację tobie, czytelniku. Ale pewnie zauważysz, że w wielu miejscach tego tekstu nie wyszło mi to na tyle dobrze, aby nie było widać choćby lekkiego nakierowania na dane poglądy. Pełny obiektywizm ciężko uzyskać i nie potępiam częściowego subiektywizmu w treściach, które czytuję w różnych dziennikach informacyjnych. Jednakże, często zdarza się tak że to opinia przeważa nad informacją. 

Fake news - czym właściwie jest?

Docieramy do clue całego wywodu. Fake newsy, które ostatnio zbyt często pojawiają się w różnych serwisach newsowych, są doskonałym narzędziem do „naginania rzeczywistości”. Oczywiście, podobnie jak wszystko, także i one mają długą tradycję historyczną. Jednak prawdziwą popularność zyskały dopiero teraz, kiedy rozprzestrzenianie wszelkich informacji jest bardzo łatwe. 

Oczywiście, nie każdy fake news musi od razu być całkowicie fałszywą informacją. Tak jak wspominałem w poprzednich akapitach, można pokusić się jedynie o nieco „naciąganą” interpretację. Fake newsy posiadają zwykle nagłówki, które mają przyciągnąć uwagę. Są one tak skonstruowane, aby zrealizować jeszcze jeden cel - zasugerować potencjalnemu czytelnikowi główny wniosek płynący z danego artykułu.

W istocie, fake newsy są skrajnym przypadkiem łamania reguł, o których wspominałem powyżej. Informacja przekazywana w "fałszywych" wiadomościach nie jest ani obiektywna, ani nie przekazuje danej informacji w sposób rzeczowy. Fake newsy nie zawierają także źródeł do głoszonych przez siebie "innowacji". Cały swój sens opierają na tym, że czytelnik nie pokusi się o weryfikację nowinki, a posłusznie kliknie "lubię to" lub "udostępnij". 

W szerzeniu fałszywych wiadomości pomagają algorytmy Google i Facebooka. Dlaczego? Otóż, promują one te treści, które są wśród użytkowników popularne. Nie ważna jest prawdziwość danych zapisów. Ważna jest ilość odwiedzin i odniesień do strony (Google) czy liczba interakcji (Facebook). „Profesjonaliści” potrafią tak skonstruować treść fałszywego newsa, że bardzo szybko zaistnieje on w mediach społecznościowych.

Fake newsy są tak konstruowane, aby trafić w gusta pewnej dużej grupy odbiorców. Jeśli to się uda, wcale nie trzeba wydawać ogromnej ilości pieniędzy aby ta informacja rozprzestrzeniała się sama. Z badań Uniwersytetu Stanford wynika, że 80% amerykańskich uczniów nie odróżnia artykułu sponsorowanego od zwykłej treści redakcyjnej. Jestem w 99,9% pewien, że sytuacja wygląda bardzo podobnie w Polsce.

Fake newsy są bardzo dobrym narzędziem do kształtowania opinii publicznej. Nie muszę tu przytaczać przykładów, sam znajdziesz dużą ich liczbę jeśli obiektywnie spojrzysz na newsy serwowane przez różne agregatory wiadomości.

Ja przytoczę tylko jeden przykład,który osobiście niezwykle mnie rozśmieszył.

W 2017 roku nasze krajowe media opłynęła ciekawa wiadomość. Burmistrz włoskiego miasteczka Bormida, które się wyludniało w błyskawicznym tempie wpadł na wspaniały pomysł ściągnięcia nowych ludzi. Oferuje każdemu 2000 euro w gotówce oraz rekordowo niskie czynsze. Nic dziwnego, że chętnych była co nie miara. Problem był taki, że ten pomysł padł jedynie jako propozycja na fanpage’u burmistrza. Sprawą najpierw zainteresowały się lokalne włoskie gazety, które źle zinterpretowały informację. Od nich metodą „kopiuj-wklej” sprawą zajęły się krajowe media, a od nich media w innych państwach. I tym sposobem rewelacyjna wiadomość dotarła do nas. Niekończące się telefony sparaliżowały lokalnych urzędników, którzy nie mogli odgonić się od nadmiaru chętnych osób.

Oczywiście w takim wypadku należy zastanowić się także nad tym, kto zyskał na takiej informacji. W powyższym przykładzie opcji jest wiele – mógł być to sam burmistrz, który tym sposobem chciał rozreklamować swoją miejscowość. Mogła to być jakaś lokalna gazeta, która chciała zyskać popularność. Możliwe jest także wiele innych opcji.

Fake news - czy da się z nimi walczyć?

Walka z fake newsami jest dosyć trudna. W czasach, kiedy każdy może mieć swój „portal informacyjny”, wspierając go serwisami społecznościowymi, tempo rozprzestrzeniania się fałszywych wiadomości może być ogromne. Sprawę lubią podgrzać duże serwisy informacyjne, które często bez weryfikacji, metodą „kopiuj-wklej” umieszczają nieco przerobiony tekst czyjegoś popularnego artykułu na swoich stronach, często zapominając nawet o podaniu źródeł.

Lecz jak w takim bądź razie walczyć z fake-newsami? Przede wszystkim, przy czytaniu wszelkich tekstów powinniśmy „włączyć myślenie” i nie przyjmować za prawdę oświeconą wszystkiego, co zostanie napisane.

Na koniec, warto przytoczyć kilka reguł ustalonych przez Międzynarodową Federację Stowarzyszeń i Instytucji Bibliotekarskich, które mówią o tym, jak rozpoznać fałszywe wiadomości:

  1. Rozważyć źródło (zrozumieć cele i intencje)
  2. Czytać treść, nie tylko nagłówek
  3. Sprawdzić autorów, aby zweryfikować, czy są oni wiarygodni
  4. Ocenić pomocnicze źródła (upewnić się, że podają te same informacje)
  5. Sprawdzić datę publikacji (aby zobaczyć, czy informacje są trafne i aktualne)
  6. Upewnić się, czy to nie jest żart, aby określić, czy nie mamy do czynienia z satyrą
  7. Przemyśleć własne uprzedzenia

 Powyższe reguły powinny być wpajane już na etapie edukacji szkolnej. Każdy powinien wiedzieć, jak odróżnić informację obiektywną od informacji fałszywej i ukierunkowanej tylko na to, aby przekonać czytelnika do danego światopoglądu. Jeśli istnieją narzędzia, ale społeczeństwo nie umie z nich korzystać, to stanie się ofiarą ludzi wykształconych w kreowaniu różnych koncepcji. Udowodniła nam to historia i takich samych dowodów dostarcza dzisiejszy świat.