Wyprawa w nieznany świat - czyli o tym jak przeszedłem na Linux’a

Na tych wakacjach postanowiłem sobie, że przetestuję gruntownie zupełnie nowy system operacyjny - Linux - i postaram się zupełnie na niego przesiąść. Z dużym zapałem w któryś deszczowy poranek sierpnia zabrałem się za instalację Ubuntu.

Z Linux’em miałem do czynienia już kilkakrotnie, jednakże zawsze szybko z niego rezygnowałem, bo z powodu przyzwyczajeń do Windows nie potrafiłem dłużej na nim pracować. Tym razem jednak było nieco inaczej - w nowy niezwykły świat Linux’a pomogła mi wejść gazeta „Linux Magic”. Dzięki jej doskonale napisanym poradom dowiedziałem się jak poprawnie zainstalować system, skonfigurować oraz jak go używać, żeby nie było z nim żadnych problemów.

I z pierwszej ciekawej porady skorzystałem już przy instalacji systemu - przeniosłem cały folder z dokumentami, obrazami, muzyką i pobranymi plikami na inną partycję. Dzięki temu mogę być pewien, że nawet w przypadku awarii komputera nie utracę wszystkich danych jakie miałem zapisane na dysku. W Windows też co prawda można to zrobić, ale jest to o wiele bardziej pracochłonne i wymaga większej znajomości obsługi systemu. W Linux’ie wykonuje się to w bardzo prosty i wygodny sposób.

Po instalacji wziąłem się za instalowanie pełnego spolszczenia i aktualizacji mojego Ubuntu. Gdy to już zrobiłem rozpocząłem dodawanie do systemu programów z których korzystam w Windows - czyli m.in. VLC Media Playera, przeglądarki Google Chrome i kilku innych. Gdy jednak chciałem sięgnąć po oprogramowanie nieco bardziej skomplikowane okazało się to niemożliwe. Podczas pracy przy komputerze wielokrotnie korzystam z pakietu Office 2010 - i niestety praca nad wieloma bardziej skomplikowanymi dokumentami i prezentacjami w jakimkolwiek innym programie wydaje się dla mnie nie możliwa. I na moje nieszczęście okazało się to prawdą - wbudowany w system OpenOffice nie potrafił odtworzyć poprawnie wielu animacji, które dodałem do pokazów slajdów wykonanych w PowerPoincie. Nie ma też w nim mowy o zapisywaniu danych na serwerze SkyDrive, czy o zapisaniu prezentacji jako film WMV. Dlatego też po raz pierwszy wydało mi się, że w Linux’ie nie będzie dało się poprawnie pracować.

Jestem z natury bardzo leniwy. Aż tak, że gdy w jakimś portalu pojawia się dłuższy artykuł, który chciałbym przeczytać, uruchamiam Expressivo i słucham w nim danego tekstu. I niestety tego programu też nie udało mi się w żaden sposób dodać do Ubuntu. A szkoda, bo korzystam z niego także gdy piszę jakąś wiadomość po czym ją w nim odsłuchuję, dzięki czemu eliminuję wszystkie literówki i jednocześnie sprawdzam czy to co napisałem, ma w ogóle jakiś sens.

Oczywiście odkryłem także bardzo dużo funkcji, które daje mi Ubuntu, a nie dałbym rady odtworzyć ich w Windows. To przede wszystkim magia czterech obszarów roboczych. Dzięki nim mogę mieć na pełnym ekranie otwarte kilka aplikacji i za pomocą jednej prostej sekwencji klawiszy dowoli się pomiędzy nimi przełączać. Nauczyłem się także korzystać z repozytorium z oprogramowaniem - czyli miejsca z którego mogę instalować w bardzo prosty sposób tysiące aplikacji. Każda z nich jest dokładnie opisana, dzięki czemu wiem do czego służy. Jest to naprawdę świetne narzędzie, którego w Windows nie dałbym rady odtworzyć. Za jego pomocą zainstalowałem Clairo-Dock czyli program imitujący Dock z Mac OS X. W produkcie od Microsoftu co prawda można to zrobić za pomocą Rocket Docka, ale nie działa to do końca poprawnie, gdyż nie da się go ustawić tak, żeby nie znikał za każdym razem gdy kliknę w pokaż pulpit i nie było jednocześnie dostępne cały czas na pełnym ekranie. Poza tym Ubuntu pozwala mi robić ze swoim wyglądem wszystko co mi się tylko podoba. W “okienkach” od Giganta z Redmond nie ma mowy o przeniesieniu systemowego zegarka czy przycisku “X” do zamykania aplikacji na prawą stronę. W Ubuntu jest to jak najbardziej możliwe i to w bardzo prosty sposób. Możliwa jest też zmiana całego środowiska graficznego i to za pomocą jednej komendy w terminalu. I po restarcie system zapyta nas z jakiego wyglądu chcemy korzystać.

I zapewne mógłbym tak wymieniać jeszcze bardzo długo. Co mam więc zrobić gdy brakuje mi kilku ważnych Windowsowych programów, a nie chcę rezygnować z ogromnych zalet Linuxa? Nad odpowiedzią na to pytanie zastanawiałem się dość długo. Wydawało mi się, że będę zmuszony przełączać się co chwila pomiędzy systemami, gdy będę chciał skorzystać z funkcji dostępnej tylko w jednej z tych platform. Jednak po pewnym czasie udało mi się wymyślić ciekawy sposób - użyć VirtualBoxa. W tym programie zainstalowałem wirtualnego XPka, a w nim pakiet Office, Expressivo i jeszcze kilka innych windowsowych programów. I to rozwiązanie okazało się być idealnym rozwiązaniem mojego problemu. Teraz w codziennej pracy korzystam z Linux’a, gdy jednak potrzebuję skorzystać z jakiejś opcji zarezerwowanej wyłącznie dla produktu Microsoftu uruchamiam XPka wewnątrz Ubuntu. Natomiast do partycji, na której mam fizycznie zainstalowany Windows 7 prawie wcale już nie wchodzę.

Tego jednak sukcesem do końca nazwać jednak nie można. Pomimo iż korzystam głównie z Linux’a, muszę mieć pod ręką produkt konkurencji, z którego miałem przecież zrezygnować. No cóż nie ma systemu idealnego we wszystkim...

Pomimo tego nie zamierzam porzucać Linux’a - wręcz przeciwnie już chyba całkiem na nim zostanę. Działa szybko, nigdy się nie zawiesza, szybko się uruchamia - tego przede wszystkim potrzebuję, a nie zawsze może dać mi to Windows. W przyszłości chciałbym pójść o kolejny krok dalej i skorzystać z innej dużej zalety tego systemu - ogromnego wyboru dystrybucji. Może przetestuję Fedorę lub OpenSuse? Tylko, że to dopiero za jakiś czas, bo niestety wakacje się już skończyły i obawiam się, że mogę nie mieć na to czasu.