Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Panie, ja się nie znam... kilka słów o sprzedaży oprogramowania

Przeczytałam ostatnio wpis jednego z użytkowników. Po jego lekturze przejrzałem forum, którym ów użytkownik mówił. Zrobiłem to dosyć pobieżnie, więc mogłem wielu rzeczy nie wyłapać. To wszystko skłoniło mnie do napisania paru słów na temat, który pewnie już wszyscy mają w jednym małym paluszku. Mimo to ja mam kilka wątpliwości, liczę też, że uda mi się zdobyć odpowiedzi na postawione w tekście pytania.

Jeżeli, drogi Czytelniku, nie znasz przywołanego wpisu, zapraszam, żebyś najpierw przeczytał przywołany wyżej wpis, a dopiero później wrócił tutaj. Wpis ten jest swoistym komentarzem, ale nie uzupełnieniem czy rozwinięciem. W żadnym wypadku nie staram się podważać treści tamtego tekstu.

Wspomniałem o komentarzach? Przeczytaj również komentarze do tego tekstu. Co prawda postaram się przywołać ich kilka. Oczywiście tylko dla twojej wygody (łatwiej mieć wszystko na jednej stronie).

r   e   k   l   a   m   a

Od razu zaznaczam, że nie czytałem umów licencyjnych związanych z żadnym Windowsem, czy OSX i nie zamierzam dyskutować z tym, co jest w nich napisane. Poniżej wskaże kilka kwestii, które wg mnie mają istotne znaczenie dla tematu, a które nie zostały dostatecznie poruszone w tekście.

Jeżeli wszystko jest na miejscu, możemy zaczynać.

Początek

Na początek mała uwaga techniczna. Ilekroć powołuję się na cytat, a nie wskazuje jego pochodzenia, jest to cytat z tekstu.

Kiedy zobaczyłem tytuł wpisu – zaciekawił mnie. Łacińska paremia będąca w odpowiednikiem bardziej znanej ignorantia iuris nocet? Ciekawe. Paremia oznacza, że nieznajomość prawa szkodzi. O cóż może chodzić? Okazało się, że wpis dotyczy skuteczności nabycia uprawnień do wykorzystywania oprogramowywania. Po ludzku mówiąc, autor starał się odpowiedzieć, czy można takie a takie oprogramowanie sprzedać. Problem ciekawy, obejmujący sporo różnych kwestii. Kiedyś chciałem się przez niego przekopać, ale niestety jestem zbyt leniwy.

Legis, lex, lex contactu? Kącik historyczny

Tak wiem, trochę się czepiam, tytuł nie musi być dosłowny. W tytule wpisu była mowa o leges pochodzącym od lex. Niektórzy mogą nie wiedzieć, ale Rzymianie (czy rzymianie? ;)), którzy stworzyli te paremię, mieli trzy określenia na prawo: lex, ius i fas. Fas jest prawem boskim, więc nas nie interesuje. Lex było zasadniczo symbolem prawa stanowionego, zapisanego. Brało się np. z ustaw senatu. Pojęcie ius miało szerszy zasięg. Ius pochodziło również z prawa natury i z opinii tzw. jurysprudencji. W starożytnym cesarstwie Rzymskim opinie mądrych ludzi były obowiązują....

Wydawało mi się zatem, że paremia – a za nią cały artykuł — odnosi się do problemów związanych z prawem stanowionym. Czymś, co ja sam bym określił jako normy generalne i abstrakcyjne. Po przeczytaniu wpisu okazało się jednak, że do nie był on do końca tym, czego oczekiwałem. Problemu z tytułem w sumie nie widzę, ale przypomniałem sobie co nieco z historii. Oczywiście specjalistą od Rzymu nie jestem, więc jest to tylko ogólna ciekawostka. Chociaż... ten wstęp okaże się jeszcze przydatny. O ile doczytacie do końca. Więcej o różnicach pomiędzy „ius et lex” np. tutaj.

Lekko powierzchownie

Nabywca

Nie udało mi się odnaleźć dokładnego wskazania ani informacji dotyczącej rozgraniczenia z czyjej perspektywy oceniane są zapisy licencji. Inaczej bowiem kształtują się prawa konsumenta, a inaczej przedsiębiorcy. Zapewne wielu z Was wielokrotne słyszało choćby o stosowaniu postanowień niedozwolonych (abuzywnych). Są to klauzule umowne kształtujące prawa konsumenta na tyle niekorzystnie, czy nieuczciwie, że uznane zostały za ogólnie mówiąc – niewiążące.

W związku z faktem, że przedsiębiorcy są bogaci, nie zajmiemy się ich problemami. W razie pytań oczywiście odpowiemy, ale z odpowiednią gratyfikację. ;)

Jurysdykcja i prawo właściwe

Prawo właściwe to termin oznaczający prawo jakiego kraju wybieramy do rządzenia naszą umową. W sumie słowo klucz, bo pewnie w obu przypadkach opisanych w komentowanym tekstem drugą stroną jest firma spoza Polski. Nie udało mi się w tekście jednak znaleźć nic na ten temat. Czy chodzi o prawo stanu Kalifornia w SZAP? A może myślimy o Królestwie Bhutanu? Nie mam pojęcia, co jest zawarte w magicznych licencjach, ale to może mieć całkiem istotny wpływ na dalsze przemyślenia. Może, ale nie musi.

Kolejna sprawa to umowa dotycząca jurysdykcji, a więc sądu, jaki będzie rozpatrywał ewentualne spory. Cóż sąd sądowi nie równy. Inaczej na sprawę amerykańskiej korporacji spojrzy sąd w SZAP a inaczej w Rosji. Skąd różnice? Nie mam pojęcia.

Azor jest kar(al)ny

W tekście pojawia się bijące w oczy stwierdzenie, że coś jest KARALNE [podkreślenie za oryginałem]. Jednak nigdzie nie znajdziemy opisu, jak jest karane. Przez kogo? Przez mamę klapsami na tyłek?

Już na początku studiów prawniczych studenci dowiadują się o istnieniu gałęzi (dziedzin) prawa. Gałęzie te są zasadniczo inne. Regulują je inne ustawy, inne zasady, inne podmioty je wykonują i dotyczą innych spraw. Istnieje np. prawo karne, które zajmuje się ściganiem przestępców. Istnieje też prawo administracyjne, które zajmuje się wydawaniem zaświadczeń. Jest też prawo podatkowe, które ma za cel utrzymanie urzędników. Można tak wymieniać długo, a wreszcie trafić na prawo cywilne.

Czym jest wobec tego kara z tekstu? Czy to odszkodowanie, grzywna kwotowa, kara pozbawienia wolności, grzywna administracyjna? Czy też to jest jedynie ostrzeżenie? Może gdyby pojawiło się w tekście więcej źródeł, więcej bym z niego zrozumiał.

Legalne, ale nielicencjonowane?

W tekście i na forum pojawiły się stwierdzenia, których nie do końca rozumiem. Między innymi nie rozumem podziału i znaczenia, że coś jest legalne, ale nie jest licencjonowane. Na początek wróćmy do tekstu.

Całkowicie wycofuje się z wcześniej zajmowanego stanowiska, jakoby posiadanie (i instalowanie) w celach prywatnych wersji OEM, lub Hackintosha było legalne, lecz nielicencjonowane. Nie ma takich zapisów o tym mówiących, oraz nie ma takiego prawa „wykluczającego” złamanie licencji od złamania prawa.

Rozumiem, że nielicencjonowane, to niezgodne z prawem, a zetem nielegalne. Jeżeli zatem coś jest licencjonowane, to jest zgodne z prawem, legalne. Jeśli nie usnąłeś na początku, ale jednak nie pamiętasz nic z tego, co tam było napisane, zerknij proszę na kącik historyczny. Pisze tam krótko o tym, dlaczego można rozumieć legalność jako zgodność z prawem stanowionym. Jak widać wiele osób odróżnia legalność — w sensie zgodność z prawem stanowionym, od zgodności z umową. Stąd rozróżnianie: zgodności z prawem i licencją (umową). Jednak jest to podział raczej teoretyczny i dotyczy źródła pochodzenia obowiązków. W takim sensie umowa może być niezgodna z prawem i zapewne nieskuteczna. Trochę to wszystko zagmatwane, ale czytajmy dalej...

Wielu użytkowników na forum pisze raz na jakiś czas nowe zapytanie odnośnie korzystania z danej aplikacji, systemu operacyjnego i jakiegokolwiek innego oprogramowania myląc (oraz stawiając znak równości) pomiędzy legalnością a licencjonowaniem.

Czyli jednak to, co jest nielicencjonowane, może być zgodne z prawem i niezgodne? Potem znowu znalazłem:


http://www.dobreprogramy.pl/DonPetch/Ignorantia-legis-non-excusat-aktualizacja,60330.html#komentarz-1531255

Zakup wersji OEM systemu Windows przez osobę fizyczną, lub prawną (nie będącą partnerem MS) jest pogwałceniem licencji = nielegalne. Prawo autorskie z 1994 r. obejmuje ochroną prawną umowy licencyjne zawierane pomiędzy licencjodawcą, a licencjobiorcą. Jakiekolwiek odstępstwo od tej umowy jest pogwałceniem prawa autorskiego – co jest KARALNE.

Jednak nie. Nielegalne = niezgodne z prawem, bo jest pogwałceniem „prawa autorskiego”. Co potwierdza poniższy fragment.

Masz prawo do odsprzedania wersji OEM z podzespołami wpisanymi w umowie. Nie masz prawa do instalacji OEM w zaciszu domowym powyżej wersji Win 7, gdyż ten nie posiada klauzuli "dla hobbystów".

 Niestety, ale nie wynika z niej, że każdą licencje można dowolnie przenosić. Przykład pierwszy lepszy: Steam. 
Oczywiście system też musi być oryginalny, a ten do ściągnięcia jest tylko za pośrednictwem witryny MS. Wpisanie klucza do "pirackiej" wersji systemu jest pogwałceniem licencji, bo jak czytamy: ...

Zatem zakupując sam klucz produktu na popularnym serwisie ogłoszeniowym, kupujemy nielicencjonowany system Windows - ergo nielegalny.

Ja się pogubiłem i nie mam najmniejszego pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. Nie wiem, czy pojęcia na forum są inaczej rozumiane. Co oznacza, że jest nielicencjonowane, ale zgodne z prawem? Z jakim prawem, do czego? Czy może coś być raz legalne, a raz nie jeżeli jest nielicencjonowane? Czy chodzi o sytuacje, kiedy umowa zabrania czegoś, czego nie może zabronić? Tylko dlaczego się wtedy taką umową się przejmować? Wie ktoś? 

oprogramowanie gry inne

Komentarze