Dying Light: Bad Blood (Global Playtest) — rodzime PvP w nowym wydaniu

Po świetnie przyjętej premierze pierwszej części oraz mocno rozbudowanego dodatku, Dying Light wspięło się na wyżyny jakości a wydawnictwo Techland zaczęło być mocno zauważalne na rynku gier o zombiakach. Gra oferowała całkiem sporo jak na kolejną część po Dead Island. Otwarty świat, tworzenie przedmiotów, system progresji bohatera oraz arcyciekawa kampania, wręcz więdły przy dużym i otwartym światem. Harran w nowej odsłonie wyznaczył pewne wartości jakimi studio zaczęło się kierować w przyszłych produkcjach, oferując całkiem sporo dla nowych graczy. W ramach oczekiwania na drugą odsłonę serii, studio postanowiło nie zostawać w tyle i również wpleść w unikalne środowisko popularny ostatnio wątek - battle royale

Tryb znany i ceniony przez wielu graczy, w szczególności w produkcjach pokroju Fortnite czy PlayerUnknown's Battlegrounds ostatnimi czasy cieszy się rosnącą popularnością więc dobrze by było to wykorzystać. Studio postanowiło otworzyć Harran na dodatkowych 11 graczy i postawić im prosty, a zarazem dość mocno skomplikowany cel. A to wszystko w imię przetrwania. 

Niech przetrwa najlepszy

Ostatni raz zagrywałem się w DL przy okazji premiery dodatku The Following, wprowadzającego wiejskie klimaty oraz kontynuujące dość smutną historię zarazy w fikcyjnym mieście. Tym razem sprawa jest prosta - w mieście pełnym zombie pojawia się 12 graczy i każdy ma ten sam cel. Należy w określonym czasie dostać się do punktu zbornego w którym czekać będzie na nas śmigłowiec ewakuacyjny. Teoretycznie sprawdzony parkour pozwoli nam bezproblemowo dostać się w to miejsce, majestatycznie omijając chmary przeciwników. Twórcy zdecydowali nieco podwyższyć poprzeczkę trudności.

Otóż system progresji został zastąpiony surowicą, którą zbieramy z gniazd rozsianych po mapie. Jej zebranie dodaje nam dodatkowe punkty doświadczenia a zdobycie wyższego poziomu wiąże się z podwyższeniem naszych bazowych statystyk. Mam na myśli podwyższenie ilości zdrowia, wytrzymałości oraz biegłości. W przypadku spotkania innego gracza możemy poratować się pozostawionymi przez niego dobrami o ile uda nam się go pokonać. Tu właśnie wchodzi kwintesencja DL - konstruowanie przedmiotów. 

yamakasi z maczetą

Te trzeba początkowo znaleźć - a że roi się od nich w budynkach, problemu raczej nie będzie. Nasza postać może jednocześnie przenosić do 4 przedmiotów do walki oraz 4 dodatków. By ukrócić nieco system wytwarzania, zebrane dodatki możemy automatycznie przymocować do broni i od razu zacząć używać. Podobnie jest z użytkowaniem granatów oraz innego dobra, siejącego zniszczenie. 

Sama walka nie odbiega niczym od poprzednich odsłon z tą różnicą że czeka nas sporo skakania, wspinania się oraz interakcji z otoczeniem. Dbanie o odpowiedni procent paska zmęczenia, wielokrotnie uratuje nam skórę w trudnej sytuacji chociaż otoczenie raczej wykorzysta każdą chwilę nieuwagi. W praktyce po mieście błąkają się nieumarłe zombiaki w różnorakiej formie - od zwykłych zainfekowanych, po kolosy lub plujące kwasem brzydactwa.

Ogólnie rzecz biorąc to ten sam klasyczny DL - ale z o wiele mniejszym terenem do poznania oraz z 11 nowymi twarzami do prześcignięcia w rankingu światowym. Mechanika i fizyka pozostały bez zmian oferując fenomenalną wydajność oraz jakość, jak na grę w fazie testów. 

Polecam sprawdzić!

Gra dostępna jest już na platfomie Steam, chociaż do przystąpienia do testów beta należy zarejestrować się na oficjalnej stronie i wyrazić zgodę na udział w otwartych testach. Mi udało się załapać na drugą turę testów i spędzić w grze ponad 4 godziny. Osobiście nie lubię gier postawionych na współzawodnictwo w trybie przetrwania, ale bawiłem się wyśmienicie, często będąc łakomym kąskiem dla osób które więcej czasu masterowały swoją postać. Techland... oby tak dalej!  

Komentarze