Exit the Gungeon — pixelowe deja vu

Ponad 4 lata temu miała swoją premierę bardzo wciągająca gra z gatunku Dungeon crawler. Enter the Gungeon był tytułem wybijającym się na tle podobnych gier, unikalnym podejściem mechaniki rozrywki do bardzo dynamicznej zabawy. Od eonów bowiem, istniała legenda o niezliczonym bogactwie i skarbach, spoczywających w tajemniczym lochu broni. Gracz wcielał się w nieugiętego wojownika, który za wszelką cenę pragnął odnaleźć pradawny skarb. Tytuł ten zagarnął serca wielu graczy, swoją niesamowicie wciągającą mechaniką zabawy, wysokim poziomem trudności oraz przepiękną otoczką audio-wizualną.

Sporym zaskoczeniem więc była niedawna premiera kolejnej części, która tym razem opowiada historię opuszczenia tajemniczego miejsca. Twórcy zdecydowali się nieco odmiennie poprowadzić mechanikę i zaoferować gęstszą i jeszcze bardziej wymagającą rozgrywkę. Muszę przyznać, iż od początku nie byłem sceptycznie nastawiony do sporych zmian w kategorii zabawy, ale miałem nadzieję, że soczysty gameplay zmieni moje zdanie.

Więcej, tego samego

W Exit the Dungeon ponownie wcielamy się w nieugiętego śmiałka, który tym razem musi wydostać się z legendarnej lokalizacji. Zmuszony wizją całkowitego pogrzebania miejsca przez rozpadający się sufit, postanawia opuścić niedawno co odwiedzone miejsce. Korzystając z okazji pogadania z przeuroczymi NPC'ami, otrzymuje od nich nowe wytyczne, określające w jakim kierunku podąży nowy system rozgrywki.

W poprzedniej części bowiem, skupialiśmy się na zabawie z lekkim rzutem izometrycznym gdzie bez problemów lokalizowaliśmy naszą postać i pojawiających się na mapie przeciwników. Tym razem dostajemy jasno do zrozumienia, że jedynym bezpiecznym miejscem ewakuacji jest ... winda. I tak jedzie ona tylko w górę. Pamiętając (lub nie) ile zachodu zajęło nam dostanie się wgłąb katakumb, otrzymujemy odpowiedź, ile czasu zajmie nam wyjście na zewnątrz. 

Zabawę rozpoczynamy od krótkiego samouczka, gdzie otrzymujemy wytyczne o nowym sposobie poruszania się, stosowania uników i oczywiście mięsistej walki z masowym eksterminowaniem celów. Mechanika skupia się bowiem na potyczkach w ciasnej i mało wszechstronnej windzie. Ta, poruszając się stale w górę, prowokować będzie zastępy przeciwników do ciągłego nam przeszkadzania. Jako jeden z uciekinierów, będziemy zmuszeni odpierać ich ataki, mając na uwadze punkty życia oraz gromadzony w trakcie zabawy ekwipunek. 

System progresji

Obdarzeni mocą tajemniczej anielicy gnatów, zyskujemy ciekawy, aczkolwiek bardzo niestabilny perk. Ten daje nam bowiem możliwość losowego dobierania broni, podczas likwidowania napotkanych na swej drodze przeciwników. Im więcej ich zabijemy, otrzymamy wzmożoną szansę na otrzymanie nowej, losowej broni. Może się też zdarzyć tak, że nowa giwera będzie bardziej problematyczna niż poprzednia. Z drugiej strony seria zawsze zmierzała do ciętego, czarnego humoru i mocno groteskowych mechanik zabawy.

Podczas obrony miejsca ewakuacji, zbieramy po pokonanych przeciwnikach łuski, pełniące w grze funkcję waluty i wymieniamy je na dodatkowe przedmioty w specjalnie do tego wyznaczonych lokacjach. Co jakiś czas przyjdzie nam bowiem zatrzymać się na jednym z wielu poziomów, zebrać ukryte skarby lub wymienić obecne na potężniejsze. Chomik obrońca, broń strzelająca pocztówkami, święty granat ręczny? Tak. To, co najlepsze z poprzednika jest też tutaj. 

Nowa mechanika zabawy od samego początku nie przypadła mi do gustu. Ciągle mam wrażenie, że Exit the Dungeon był robiony na szybko, by gracze nie zapomnieli o całkiem udanym poprzedniku i ponownie kupili ich grę, bo tytuł się z nią skojarzy. Swoje odczucia tłumaczę mocno wciągającą, ale powtarzalną rozgrywką. W poprzedniku mogliśmy, chociaż liczyć na ciekawe i rozbudowane wątki fabularne, a w tym wypadku zdaje mi się, że twórcy postanowili za wszelką cenę je ukrócić.

W ten sposób najbardziej ucierpiała rozgrywka, która nie dostarczy nam jak poprzedniczka, długich godzin spędzonych na odkrywaniu znajdźiek i masterowaniu lochu do maksimum, gdyż grę tą można przejść w nie więcej niż 4 godziny. Ba, w znanym serwisie z filmikami, znalazłem speedrun z magicznym czasem niecałej godziny, więc sprawne palce, taktyka, robią swoje.

Całość rozgrywki została zapakowana w piękną i wcale nie odrzucającą, otoczkę pixelartową, którą doceni każdy mający +/- 25 lat na karku. Biorę pod uwagę, iż nowe pokolenie skąpane w futurystycznej grafice Fortnajtów i ciasnych map CoD, mogą mieć problem z przyswojeniem tej unikalnej otoczki, ale w końcu sens jej jest zakopany nieco głębiej. Exit the Gungeon oferuje wiele dobrej ścieżki dźwiękowej, która superancko wpasowuje się w dynamiczny klimat zabawy. A nic tak nie podkręca jej, jak świetnie dobrana muzyka. Fanatycy odświeżonego Doom'a zapewne przyznają mi rację ]:)

Czy poleciłbym zakup? A i o wszem, ale tylko dla osób, które miały styczność z poprzednią częścią i uwielbiają tak jak ja ten arcydynamiczny klimat, rozwałkę pełną parą, niezachwianą losowość oraz humor, który dopisuje na każdym kroku. Grę Exit the Dungeon można zakupić za niecałe ~36 zł*, co może się okazać świetnym wyborem, by pixelartowo skwitować weekend końcówki maja. Polecam zagrać, przejechać się wandzią i jeśli najdzie taka potrzeba, to powrócić do lochów i zbadać je ponownie ;) 

* - a jak grać to tylko bez DRM.