Fallout 76 — ranne kolano Bethesdy daje o sobie znać, a strzała ciągle w nim tkwi

Od razu zaznaczę że nie chcę tym wpisem nikogo urazić a raczej przedstawić własne spostrzeżenia dotyczące niedawno wydanej przez studio Bethesda, gry (w przypadku wpisu o BFV wielu miało o to pretensje). Na wstępie zaznaczę również że nie jestem jakoś szczególnie zakochany w serii Fallout, choć w wielu rozgrywkach z uniwersum post-apo przesiedziałem przed komputerem, dość długie godziny. W serię wkręciłem się na dobre pod koniec 2008 roku, wraz z premierą trzeciej odsłony gry, gdzie wg. mnie studio pięknie połączyło przyjemne z pożytecznym, czyt. FPS z RPG.

Przesiedziałem dość sporo czasu masterując wersje GOTY Fallouta 3 oraz New Vegas, nieco brzydząc jak małe dziecko przy stole - przy okazji ogrywania 4 części. Z Fallout 76 wiązałem wielkie plany, wiedząc już na samym początku że studio eksperymentuje z rozgrywką wieloosobową, dając samotnikom raczej nikłe pole do popisu. Premiera odbyła się raptem półtora miesiąca temu, a ja mam za sobą już aż 2 życiowe porażki związane z tą grą.

Na szybko, za szybko

Pierwszy zwrot akcji w mojej recenzenckiej karierze nastąpił gdy udało mi się zakwalifikować do zamkniętych, przedpremierowych testów gry. Spędziłem w nich raptem 10 godzin, wyszukując błędy oraz problemy maści mechaniki, by na czas wychwycić je przed wydaniem pełnej wersji 14 listopada br. Mimo iż raczej samotnie przemierzam wszelakie mieściny w grach spod znaku post-apo, to w tym wypadku zostałem na siłę wcielony do grupki mającej podobne jak ja umiejętności. Z biegiem czasu nawet zaczęliśmy się świetnie dogadywać, mimo pomniejszych i tych poważniejszych problemów wydajnościowych.

Już pal licho fakt iż w kwestii silnika graficznego wykorzystano ten sam znany z poprzedniej odsłony, ale jeśli skupimy się na wydajności kodu przedpremierowego, ten był po prostu żałosny. Powodował on straszny klatkarz przy dużej ilości elementów na mapie, pogorszenie tekstur a w "najlepszym wypadku" wykrzaczenie się gry na pulpit. Znajomy z Holandii, już gry nie uruchomił gdyż występował za każdym razem błąd krytyczny (format pomógł). Po testach, w dniu premiery - otrzymałem nawet bezpłatny klucz do gry w podzięce za pomoc ale musiałem spasować. Raz że miałem złe wspomnienia z Alfy, a dwa - nieprzychylne recenzje zaczęły w ekspresowym stopniu zalewać internet, co na mnie jako gracza działa jak płachta na byka... musiałem zrobić sobie przerwę. 

Moja sielanka nie trwała długo gdyż zaledwie przed Świętami Bożonarodzeniowymi, zostałem obdarowany urodzinowym Falloutem któremu postanowiłem jednak dać kolejną szansę. Z jednej strony wciąż miałem przed oczyma niedokończony produkt który nieco za szybko został wydany, ale z drugiej... studio wprowadziło już 4 aktualizacje, serwery jeszcze nie świecą pustkami a opinie są jakby o kilka procent podwyższone. "Może coś się zmieniło na lepsze" - pomyślałem. Jak chciałem tak zrobiłem - zainstalowałem, pograłem i... wywaliłem z komputera. "To nie dla mnie" pomyślałem, ale może komuś się przyda to niech pisze do mnie na PW (kluczyk poszedł godzinę po publikacji na głównej DP). Ktoś inny będzie się cieszył, ale ja wolę poczekać na coś lepszego... oby Metro Exodus nie popełnił tego błędu.

Cholera, łękotka do wymiany!

Skyrimowy gag o strzale w kolanie, jest chyba wszystkim graczom dobrze znany... a przedstawia on w sposób bezpośredni jakąś nieprzemyślaną, denną i wręcz haniebną dla ogółu czynność. Specjalnie użyłem ją w tytule by ukazać jak wielki błąd studio Bethesda zrobiło, wydając niedorobiony produkt. I nie mam tu na myśli tylko skopiowania silnika graficznego wraz z całym potencjałem czwartej części serii, ale przede wszystkim ślepe postawienie na gameplay, bez odpowiedniego wsparcia fabularnego. Seria ta zawsze skupiała się wokół jakiejś historii, odkrywaniem jej przez poznanie otaczającego nas świata... a w tym wypadku szukać musimy sami jak w survivalowej grze akcji.

I choć w kwestii przetrwania taka mechanika świetnie robi swoją robotę, to w przypadku tej gry - całkowicie zaburza klimat rozgrywki. Składają się na to trzy czynniki. Po pierwsze rozgrywka wieloosobowa daje nam do zrozumienia że nie jesteśmy sami na mapie, ukazując nam możliwe opcje społecznościowe z których... zapewne w ogóle nie skorzystamy. Rozbudowa bazy, nawiązywanie sojuszy, cel odnalezienia zarządcy krypty... to wszystko blednie z czasem gdyż nowy Fallout to typowa gra akcji postawiona na grind przedmiotów oraz ciągłe podnoszenie poziomu postaci oraz jej ekwipunku. Druga sprawa to wydajność z jaką musimy się liczyć uruchamiając grę po raz pierwszy. Mój poczciwy komputer* nie należy już może do elity sprzętów gamingowych, ale jak na razie wyciągał w większości tytułów ultra-wysokie detale przy stałych 60 klatkach na sekundę. Nie mam pojęcia co Bethesda spiepszyła tym razem, ale na wysokich detalach, Fallout 76 leży i kwiczy.

Dopiero zmniejszenie jakości tekstur, wczytywania zaniku elementów, cieni, jakości wody a nawet bazowej rozdzielczości, daje mocnego kopa do klatkarzu. Należy jednak podchodzić do tego z dystansem, gdyż klatki to nie wszystko. Choć w takiej konfiguracji da się jako tako zagrać w przystępnej płynności, to drastycznie psuje on ogólny klimat gry. Ostatnia kwestia która w moich oczach zupełnie skaszaniła ten tytuł to właśnie obecność innych graczy na mapie. Akurat nie mam na myśli toksycznej społeczności która ni z tego ni z owego, wywołuje awanturę by ograbić postać z przedmiotów ale raczej samego faktu ich obecności.

Trochę żałosna staje się rozgrywka, gdy mozolnie zdobywamy 8 poziom doświadczenia a tuż obok nas znajduje się gość na 61 poziomie w kombinezonie bojowym, odwiedzając już odkryte terytoria. By tego było mało, ogarnia go współczucie że taki skąpo odziany młokos jak my, przemierza z malutkim pistolecikiem połacie niebezpiecznego terenu. Co się dzieje w takim wypadku? Ano otrzymujemy własny pancerz wspomagany, masę dodatkowej amunicji oraz surowców do wytwarzania przedmiotów. Ani się obejrzymy a w godzinę zarobimy kilka poziomów dzięki zdobytemu wyposażeniu. A jak nie weźmiemy? To nic się nie stanie... no chyba że daną lokację co dopiero nawiedził inny gracz i wszystko podniósł... Tak czy siak, czar pryska.

Ta ściana mnie wkurza!

Jeżeli już pominiemy kwestie wydajnościowe oraz skupiające się stricte w samej rozgrywce, zauważymy kolejną bolączkę z którą musi się zmierzyć każdy gracz. Mowa oczywiście o błędach graficznych, niewidzialnych ścianach, zanikach tekstur a nawet nieśmiertelnych przeciwnikach. Na przełomie gorącej premiery a dnia dzisiejszego, internet obiegają filmiki oraz felietony dotyczące błędów z jakimi do tej pory, studiu nie udało się uporać. W szczególności bardzo zabolały mnie kwestie w których przeciwnicy ni z gruchy, ni z pietruchy - zapadali się pod ziemię, by zaatakować nas, gryząc po kostkach. W kwestii zadań pobocznych oraz przemierzania pustkowi nie robi to aż takiego problemu, lecz w przypadku zlikwidowania niewidzialnego celu, należy... ponownie uruchomić grę.

W przypadku najbliższego otoczenia, wiele problemów powoduje wszechobecne zbieractwo. Ewidentnie możemy zauważyć że Bethesda chciała jakoś uporać się z przedmiotami które możemy nosić w ekwipunku, względem trzeciej odsłony serii. W przypadku czwartej - musieliśmy wszystko zanosić do odpowiednich warsztatów by przetopić je na surowce. W tym wypadku jest podobnie, ale z tą różnicą że w systemie C.A.M.P możemy takie stanowiska nosić ze sobą. Rozstawienie takiego zestawu wiąże się z koniecznością znalezienia odpowiedniego miejsca, gdyż twórcy z całą stanowczością zabronili budować w/na interaktywnych placówkach. Także ponownie wcielamy się w poszukiwacza i zbieracza wszystkiego co wpadnie nam w łapska, dodatkowo odsuwając rozgrywkę właściwą na dalszy plan. 

Dla mnie raczej nie ma już ratunku i skreślam Fallout 76 z listy gier do ogrania, ale mam wielką nadzieję że twórcy należycie połatają ten produkt by skorzystali na tym ci, którzy dali mu szansę i wciąż taplają się w tym błocie. I choć marketingowa machina Bathesdy zaliczyła spektakularną porażkę oraz drastyczny spadek zainteresowania, to wciąż mocno walczy o graczy. W przeciągu tak krótkiego czasu od premiery, cena za grę zmalała aż do 85 złotych (PC) a w przypadku konsol, prawie o połowę. Daje to jasno do zrozumienia że studio dało dupy na całej linii, a teraz stara się jakoś uratować swoją produkcję, zniżając cenę do minimum... przy okazji jakoś specjalnie nie kwapiąc się wydać poprawiającą wydajność paczkę aktualizacji. Mimo wszystko trzymam kciuki by tak wspaniały gigant znany choćby z fenomenalnego Skyrim, odnowionego Doom'a i trzech części Wolfensteina, powstał z kolan i bijąc się w pierś, naprawił swoje błędy. Tym bardziej że na refleksję ma dość mało czasu, gdyż w przyszłym roku... Doom Eternal

* - Win 10 Pro 64x / i5-4690K / 8 GB RAM / GeForce GTX 1070