Fuzja Titanfall, Pacific Rim oraz gry w warcaby? Tak! Przed wami recenzja Into the Breach

Wstęp może i nieco pretensjonalny ale w pełni oddający przesłanie z którym trzeba się mierzyć by podejść do tematu obiektywnie. Oczywiście mógłbym też dodać nawiązania do animacji japońskich w stylu Gundam Wing czy Neon Genesis Evangelion, ale myślę że w dzisiejszych czasach mało kto pamięta o wielkich robotach walczących z kosmitami. 

Na pewno wśród czytelników znajdzie się choćby jedna osoba która miała przyjemność zagrać w poprzednią grę, niewielkiego studia Subset Games - FTL: Faster Than Light. W grze tej mieliśmy za zadanie uciec przed ogromną, wojenną armadą, jednocześnie dbając o załogę i wyposażenie statku kosmicznego. Tytuł ten spotkał się z ogromnym zainteresowaniem ze strony graczy oraz zdobył wiele nagród i nominacji. Od jego premiery minęło prawie 6 lat a studio postanowiło wydać kolejną grę. Ich obiecujący projekt, tytułowy Into the Breach - można nazwać dwu-wymiarową strategią turową rozgrywaną na minimalistycznych mapach. 

Duże roboty walczą z plagą

Na pierwszy rzut oka, kampania fabularna niczym ciekawym nas nie zaskoczy. Zarys historyczny gry został strasznie rozwleczony, więc by poznać jej całość należy po prostu ... grać. W grze wcielamy się w dowódcę specjalnego oddziału zmechanizowanego, który otrzymał zadanie powstrzymać falę kosmitów przed przejęciem lub zniszczeniem ważnych ośrodków energetycznych. Naszym priorytetowym zadaniem będzie zaniechać ataku obcych form życia, jednocześnie dbając o to by te nie uszkodziły wspomnianych wcześniej celów.

Już na początku zabawy mamy możliwość wyboru klasy postaci oraz robota którego przyjdzie nam pilotować. Domyślnie nasz zespół składać się będzie z dwóch dodatkowych maszyn, robiących za wsparcie. Początkowo zarządzać będziemy robotem bojowym, czołgiem oraz wyrzutnią rakiet, a z czasem uzyskamy dostęp do bardziej zaawansowanych jednostek. Tuż przed zrzutem na pole walki, możemy określić nazwy naszych pilotów oraz ich jednostek, wybrać kolor opancerzenia lub jeśli mamy taką możliwość - podnieść poziom umiejętności robotów.

Inicjując zrzut, wybieramy jedną z czterech dostępnych map i wybieramy obszar działania. Zazwyczaj jest ona podzielona na 4-5 sektorów, różniących się terenem, trudnością scenariusza oraz pewnymi interakcjami w otoczeniu.

Taktyka pełną skalą!

Mapy na których przyjdzie nam walczyć są rozmiarów 8 na 8 pól. Na każdym z nich znajduje się specjalny rodzaj terenu, formacja skalna lub unikalne budynki, łącznie tworzą one pole bitwy. Zazwyczaj jest tak że wśród nich znajdziemy wieżowce które przyjdzie nam bronić. Przed rozpoczęciem walki, wybieramy miejsce zrzutu naszych jednostek i zaczynamy zabawę.

Rozgrywka została podzielona na rundy. Każda z postaci może wykonać dwa ruchy - przemieścić się o daną liczbę pól oraz zaatakować. Do tego dochodzą umiejętności specjalne pilotów oraz możliwość poświęcenia tury na naprawę uszkodzeń. Podczas starć nie walczymy tylko z wrogami, pojawiającymi się na mapie, ale z falami nadciągających przeciwników. Ci których spotkamy, będą mieli za zadanie nam przeszkodzić i za wszelką cenę zniszczyć ośrodki mieszkalne. Pulsująca ziemia jest oznaką rychłego pojawienia się na mapie posiłków w postaci silniejszych przeciwników, ale i daje nam czas na taktyczne podejście do strategii. Każda z postaci posiada kilka punktów życia, co określają paski zdrowia umiejscowione nad każdą z nich.

Ruch i atak mogą powodować odepchnięcie przeciwnika do kilku pól lub spowodować jego anihilację. Należy jednak bardzo uważać jaki ruch będziemy inicjować by przez przypadek nie uszkodzić budynków które przyjdzie nam chronić lub przez przypadek nie dać się trafić w kolejnej rundzie. Na naszej drodze staną formacje skalne, woda oraz losowej maści niebezpieczeństwa. Spychając w ich stronę przeciwnika, otrzymujemy szansę zadania mu ogromnych ilości obrażeń a nawet dobitnego powstrzymania. Z racji tego że wrogowie mają specjalne umiejętności oparte o ataki obszarowe, możliwość zablokowania ruchu a nawet paraliżu, należy umiejętnie i z rozwagą, przywidywać każdy kolejny ruch. Zdaniem podsumowania - tak, gra jest trudna. Ale za to bardzo ekscytująca.

Krew, łzy i stal

Po wybraniu mapy na której przyjdzie nam walczyć, musimy brać pod uwagę kilka bardzo istotnych czynników. Po pierwsze to brak możliwości zapisu stanu gry, do którego będziemy co chwilę wracać. Tu liczą się dwa aspekty - życie naszych pilotów oraz ogólna ilość dostępnej energii. Ci pierwsi za każdą wygraną potyczkę, otrzymują punkty doświadczenia które wydać możemy na ulepszenie robotów bojowych lub rozwinięcie umiejętności specjalnych. Może się jednak zdarzyć iż podczas starć, nasz pilot zostanie zabity. W takim wypadku nasz robot może poradzić sobie i bez niego, tracąc niestety profity związane z jego umiejętnościami. 

Drugim aspektem jest energia. Każda mapa posiada pewną jej ilość. Podczas nieudanej obrony elektrowni, możemy jej nieco utracić co w dalszym rozrachunku może spowodować szybki koniec gry. I choć nie zostało to wytłumaczone na początku, ilość tej energii nie zmienia się na całej mapie a nie tylko w jej sektorach. Gdy wiemy że nie uda nam się uratować elektrowni i zostaniemy z niczym, otrzymamy możliwość zobaczenia na własne oczy jak wygląda inwazja! Po tym wydarzeniu nasz dowódca podejmie decyzję o cofnięciu się w czasie (ah ta technologia) i ponownym przystąpieniu do obijania mapy. Dzięki temu zagraniu, otrzymamy możliwość zachowania jednej z postaci, najlepiej tej która zdobyła najwięcej doświadczenia i cechuje się unikalnymi umiejętnościami.

Retro pełnym pikselem!

Tytuł ten ciągnie ze sobą fenomen FTL, taki jak klasyczna 16-bitowa grafika oraz przyjazny dla oka, styl audio-wizualny. Mimo zastosowania prostych modeli graficznych gra potrafi cieszyć oko nawet graczy którzy nie mieli możliwości, zagrać w dzieciństwie w tego typu produkcje. Proste animacje robotów jak i przeciwników, otoczenie a nawet efekty militarne stoją na naprawdę przyzwoitym poziomie i mają się czym obronić. Grywalność tego tytułu jest ogromna. Jednym rzutem na taśmę spędziłem przy produkcji ponad dwie godziny, prawie stykając się z trzecią mapą i oglądając ekran śmierci. 

Podczas walk możemy liczyć na wysokiej jakości muzykę elektroniczną raz dobrze dograne elementy otoczenia. Trzeba przyznać iż ta szybko wpada w ucho, choć w produkcji tego typu nie jest aż tak potrzebna.

Istny, mechaniczny cud!

Muszę przyznać iż bawiłem się świetnie. Samo przejście gry zajęło mi bite 12 godzin na najniższym poziomie trudności. Podczas rozgrywki straciłem kilkunastu członków załogi z którymi zdążyłem się już zaprzyjaźnić. Oscylowałem między życiem a śmiercią moich podwładnych, wydając im coraz to śmielsze polecenia. Decyzje stały się coraz trudniejsze - zaryzykować ich żywot by uratować mieszkańców, a może poświęcić ich na rzecz lepszego jutra? Tytuł ten jest pełen wyrzeczeń oraz trudnych decyzji, ale to tylko sprawia że Into the Breach jest zaskakująco udaną grą! 

Grę na potrzeby recenzji otrzymałem od platformy GOG.com Polecam!