Inna perspektywa: dron w służbie promocji

Ci, którzy śledzą moje wpisy, na pewno zauważyli, że mam za sobą wiele recenzji dronów i jako tako potrafię nimi sterować. Początkowo była to zwykła ciekawość, która przerodziła się w pasję za sprawą wypożyczania sprzętów na testy recenzenckie. I choć początkowo celowałem w urządzenia rekreacyjne, tak większość czasu poświęcałem tym bardziej multimedialnym modelom. Gdy na rynku elektroniki transportowej wybuchł pożar w postaci ciepłego przyjęcia dronów rekreacyjno-sportowych w świat multimediów, także i ja mocno się nim zainteresowałem. Przynajmniej do tego stopnia, że zacząłem celować w modele z lepszą stabilizacją, dłuższym czasem działania na baterii oraz posiadających dobrej jakości optykę. I tak hobby przerodziło się w pracę...

Wstęp do zagadnienia

Gdy otrzymywałem modele testowe, mając podstawową wiedzę na temat latania tymi urządzeniami - starałem się nie naginać za bardzo prawa lotniczego. Praktyka jednak pokazała mi, że bez wstępnego zapoznania z terminologią kursów lub podstawowych zasad lotniczych, każdy użytkownik bezzałogowych statków powietrznych musi się liczyć odpowiedzialnością cywilną. Idąc tym tropem, tuż przy zmianie stanowiska pracy, zostałem ożeniony z dronem zakupionym na cele promocyjne. Posiadając jednak tą niezwykle ważną - szczątkową wiedzę o lataniu, przekonałem pracodawcę o konieczności zrobienia odpowiednich papierów. Kto jak kto, ale ja nie pozwolę sobie na kraksę służbowym sprzętem, bez posiadania odpowiednich uprawnień.

Jako że miałem za sobą łącznie ponad 60 godzin w powietrzu na sprzęcie DJI i kilka dodatkowych na mniej znanych modelach, doszedłem do wniosku, że odbycie odpowiedniego kursu będzie dla mnie zwykłą błahostką. Zbytnio nie stresowałem się nadchodzącym egzaminem, przynajmniej do czasu zapisania się na kurs lotniczy VLOS grupy FlyandFilm, znanej m.in z materiałów filmowych Gonciarza. To nie tak, że wybrałem tę firmę jako jedyną, bo zobaczyłem filmiki Krzysia jak łatwo mu idzie, biorąc pod uwagę jego wcześniejsze zdolności lotnicze. Po prostu byli tańsi i miałem do nich bliżej, gdyż ich filia znajduje się na obrzeżach Wrocławia. 

4 dni kursu. Prawie jak w szkole ...

Na kilka dni przed rozpoczęciem kursu, otrzymaliśmy z kolegą (mój zmiennik, jeśli będę nieobecny w pracy) materiały zapoznawcze, które miały na celu przygotować nas do zajęć. Nie przykładałem znaczącej wagi do zapoznania się z materiałami, gdyż akurat wspierałem medialnie wiele imprez kulturalnych jak na filmowca i montażystę przystało. Gdy nadszedł jednak dzień kursów, bardzo szybko okazało się, że zgromadzona do tej pory wiedza o lataniu, nie określała nawet 5% przedstawionego w kursie materiału. Spotkałem się ze ścianą której - byłem pewien, że nie przeskoczę.

W dużym uproszczeniu - kurs wyglądał w ten sposób, że dwa pełne dni przeznaczaliśmy na katowanie się przepisami, wpajanie prawa lotniczego i zasad, które musimy przestrzegać przed, jak i w trakcie, korzystania z pojazdów bezzałogowych. Masa wiedzy, która była nam przekazywana przez kilka godzin, miała problem z odpowiednim zapisem, gdyż mój mózg już dawno odzwyczaił się od obozowych metod nauczania w szkołach. Mimo wszystko wiedza musiała być przekazana i jak się okazało - przyswojona, gdyż po zakończeniu każdego z działu, czekał nas test wyboru jako zaliczenie. Ani się obejrzałem a już zleciały arcytrudne dwa dni ładowania nam do czaszek "podstawowej" wiedzy lotniczej. Teoria, teorią, ale to właśnie praktyka pokazała nam pazur!

Końcówka maja, chłodno jak cholera a my przez dwa dni ćwiczymy latanie nieopodal pewnego parku we Wrocławiu. Miałem już do czynienia z wieloma modelami DJI, ale nigdy bym się nie spodziewał, że na testy przyjdzie nam operować Inspire'em. Silny wiatr, wyłączony GPS (tryb Atti) i nagle wszystko wydaje się trudne. Początkowo uczyliśmy się prostych manewrów, ósemek, lotów na komendę czy choćby błahego startu i lądowania w wyznaczonym miejscu. Niby proste z założenia czynności, okazywały się trudniejsze przy przeszywającej skórę temperaturze oraz twardej jak skała interpretacji przepisów naszego nauczyciela. Dwa dni szybko zleciały a my otrzymaliśmy stosowne papiery które i tak musieliśmy odesłać do Warszawki. W końcu uprawnienia same się nie wypełnią.

Wybór jednostki to zawsze problem

Jak wspomniałem wcześniej, instytucja w której pracuję zakupiła już drona. Był to DJI Mavic Air będący czymś pomiędzy podstawowym DJI Spark a zaawansowanym DJI Mavic Pro. Priorytetem w wyborze miała być mobilność, cena a przede wszystkim możliwości. Wyszedł średniej klasy sprzęt którym da się dobrze latać, choć ilość braków objawia się już po spędzeniu kilkunastu godzin w powietrzu. No ale co robić, póki działa będę nim latać, potem czas pokaże ...

Powyżej możecie zauważyć różnicę między topowym modelem kieszonkowym a średnią półką cenowo-jakościową. To nie tak, że Air jest o wiele gorszym sprzętem, oj nie. Jest mniejszy, lżejszy i łatwiejszy w transporcie, choć nie może liczyć na tak duże zasięgi lotu jak jego lepszy odpowiednik. Początkowy wybór odpowiedniego modelu nie jest wcale prostym zadaniem. Tym bardziej ostrzegam przed czytaniem wyssanych z palca artykułów technologicznych m.in TU, gdzie redaktor tworzący wpis nie może się pochwalić choćby namiastką wiedzy o urządzeniach latających. Tym bardziej że nie piszę o tym bez powodu - pozycjonowanie wpisów blogowych DP ma to do siebie, że są widoczne w sieci, a co za tym idzie - bywa tak że jestem zalewany korespondencją przez zawiedzionych kupujących co czytali m.in takie właśnie artykuły. Ale wróćmy do problemu ...

Mimo że wybór padł na małe jednostki latające, nie miałbym nawet w planach zmiany na te cięższe i większe gabarytowo drony. Przy mniejszych konstrukcjach możemy liczyć na większą swobodę w transporcie, szybszą wymianę akumulatorów a przede wszystkim ograniczenie noszenia zbędnego wyposażenia. Gdy miałem przyjemność latania większymi jednostkami, bardzo wkurzały mnie częste zmiany miejsca startu / lądowania, przemieszczania się w inne miejsca, składanie drona ... te czynności niby błahe, ale zabierają czas, który w przypadku dużych imprez masowych lub wydarzeń kulturalnych jest na wagę złota. Trzeba znaleźć więc złoty środek adekwatny do pracy, jaką przyjdzie nam wykonywać ... u mnie to promocja - czyli dużo zdjęć, filmów i przede wszystkim - mobilność.

Na co zwrócić uwagę?

Często ludzie mnie zaczepiają, gdy widzą gościa ubranego w odblaskową kamizelkę z logiem DJI. Pytają zwykle czym latam, dlaczego w kamizelce i czy mam uprawnienia. Taka gadka zwykle trwa dość długo więc zazwyczaj proszę by poczekali jak wyląduję i tłumaczę im całe to magiczne zjawisko. W mojej pracy loty odbywam zwykle w jednym celu - nagromadzenia materiałów promocyjnych w postaci zdjęć nowych obiektów lub filmów, tworzonych na potrzebę wydarzeń kulturalnych, koncertów, świąt. 

Wybór złotego środka w ciągłym dążeniu marek do doskonałości przy wypuszczaniu nowych modeli, zawsze jest trudnym zadaniem. Zdrowa logika nakazuje poszukiwanie modelu z jak najlepszą kamerą by zdjęcia i filmy były wizytówką montażysty, autora. U mnie jest trochę inaczej. Matryca, obiektyw, jasność jest niczym jeśli urządzenie nie posiada odpowiedniej stabilizacji, oprogramowania czy specyfikacji technicznej. Robiąc zdjęcia z powietrza staram się wykonywać dwie fotografie naraz - podglądowy JPEG oraz RAW dla wydziałowych grafików, celem odpowiedniego obrobienia. Fotki lądują zwykle na portalach społecznościowych i gazecie, więc nie muszę się wcale martwić o skazy na zdjęciach czy prześwietlenia. Co innego jak ktoś tworzy ujęcia pod wystawy lub wielowymiarowe fotografie. 

Podobnie jest z filmami. W jakość 4K celuję tylko w przypadku trudnych warunków, przy których zawsze mogę posiłkować się odpowiednim kadrowaniem do FullHD, a klatkarz na poziomie 60 fps tylko w przypadku dynamicznych ujęć. Oczywiście, że materiał w najlepszej jakości wygląda o niebo lepiej niż z leciwym 1080p, ale z drugiej strony to wciąż dobra i akceptowalna przez media społecznościowe, rozdzielczość. W końcu liczby w statystykach nie kłamią. Gdy do tego dochodzi długi czas lotu, odpowiednia ochrona przed silnym wiatrem i temperaturą, bogactwo trybów lotu oraz przede wszystkim - wysokiej klasy szybkość danych, filmy tworzone na takich podwalinach to czysta przyjemność.

Dron w zasięgu wzroku

W trakcie zdobywania uprawnień lotniczych zdecydowałem się na VLOS, czyli loty w zasięgu wzroku. Przy dobrej pogodzie jestem w stanie zlokalizować drona w odległości do 800 metrów od miejsca startu. Tyle mi wystarczy by mieć pewność gdzie dron się obecnie znajduje, ocenić jego wysokość względem budynków oraz w razie potrzeby bezpiecznie wrócić bliżej mnie - pilota. Nowe modele powietrznych statków bezzałogowych posiadają w pilotach wbudowany ekran lub dają możliwość podczepienia takowego i udostępniają na żywo podgląd z drona. Wiele osób robi ten błąd, że pilotuje je, wciąż będąc zapatrzonym w kamerę i nie bierze pod uwagę zdarzeń losowych. Wielokrotnie byłem świadkiem jak taki użytkownik wlatywał w nisko krążące gołębie lub sterując pomiędzy drzewami, zapomniał o ich koronie. 

Miałem możliwość zrobienia uprawnień BVLOS, czyli latania posiłkując się dodatkowymi przyrządami, ale uznałem, że samo VLOS mi teraz wystarczy biorąc pod uwagę specyfikę mojej pracy. Może w przyszłości skuszę się na rozwinięcie skrzydeł, ale na pewno nie teraz. Podczas lotów multimedialnych staram się nie korzystać z ułatwień w postaci automatycznych trybów lotu, podążaniach za obiektem czy wymyślnych animacji tworzonych przez samą aparaturę. Często jednak takie wstawki są urozmaiceniem naszych filmów, ale staram się je odpowiednio dozować. Zwykle trzymam się żelaznej zasady, by sterować samemu, odpowiednio wyczuwając drążki na pilocie sterującym. To w końcu też ciągłe doskonalenie pilotażu, by móc być w ciągłej gotowości do wylotu.

Blogerka a praca w wydziale promocji

Na szczęście da się połączyć obie czynności i wyjść z każdej z nich obronną ręką. W pracy wiele latam, realizując zlecenia wydarzeń oraz aktualizując multimedialne bazy danych. Zdarza się tez tak, że na testy otrzymuję od marek, z którymi współpracuję, odpowiedni sprzęt latający. Kilka razy zdarzyło się, że uratował mi on tyłek, gdy pracowniczy poszedł na gwarancję. To kolejny dowód na to, że odpowiednia kooperacja z markami, daje wyśmienite efekty :)

Całkiem niedawno miałem też możliwość otrzymania na krótki okres testowy drona DJI Mavic 2 Pro, o którym prawie rok temu co nieco napisałem. Muszę przyznać, że gdybym miał wybierać między Mavic Air a tym modelem, brałbym w ciemno ten lepszy. Może i zajmuje nieco więcej miejsca, ale posiada lepszej klasy aparat, długo trzyma na baterii a przede wszystkim posiada bardzo wiele czujników. Odpowiednie temperatury pracy, stabilizacja, bogate tryby lotów, to tylko smaczki w stosunku do genialnej obsługi pilota i przyjemności płynącej ze sterowania. Być może doczekam się na jego następcę z jeszcze lepszymi parametrami i jakością kamery, bo Mavic 2 Zoom strasznie mnie rozczarował. 

Przesyt multimediów z perspektywy pilota

Może nie tak dobrze widoczny, jak pod koniec 2018 roku, ale można było dostrzec boom, jaki powstał, gdy masy produktów latających zaczęły zalewać rynek. Na każdym portalu było coraz więcej zdjęć lotniczych, studia ślubne stawiały na niecodzienną perspektywę a marketingowcy zaczęli korzystać z tej jakże prostej i przynoszącej zysk, maszynki. Teraz nieco się to stonowało, weszły odpowiednie przepisy i przypiłowano ząbki niektórym zapaleńcom lotnisk i terenów prywatnych. I szczerze powiedziawszy nigdy wcześniej jak teraz, rozumiem do bólu słowa mojego wydziałowego kolegi że passa na drony szybko minie. Po prostu nastał jej przesyt. Wszędzie pełno ujęć, to się znudzi ... choć czasami wygląda nieźle.

Co będzie w przyszłości? Nie mam pojęcia. Na razie latam i szlifuję umiejętności. Zdobywam za każdym razem nowe doświadczenie, odkrywam coraz to nowe możliwości dronów, którymi kieruję i przy okazji zawsze świetnie się bawię, nawet czyszcząc z igieł okoliczne sosny. I tak jestem za tym by policja polowała na nachalne drony a w szczególności te które nie "zaczekinują" się w aplikacji DroneRadar i stwarzają zagrożenie nie tylko w powietrzu, ale w szczególności tym, co są na ziemi ... jeszcze.

PS: Cytując mojego kursowego mentora:

Jak się rozwalisz, nic się nie stanie!

:)