Recenzja gry The Chronicles of Nyanya, zmiauczonego RPG'a okraszonego nutą sierści, mleka i słodyczy!

Gdy kilka miesięcy temu usłyszałem o pierwszych przeciekach na temat nowej produkcji wydanej przez studio Fat Dog Games, myślałem że ponownie stworzą psychodeliczne dzieło na bazie Inner Voices a tu okazało się że zaczęli współpracę z Hamstercube by stworzyć kolejne cudo. Nieco zniesmaczyła mnie myśl że ich nowa produkcja ma być grą RPG opartą na klasycznym silniku rodem z RPG Makera, wrzucając do jednego worka gagi, słodkości oraz wszelakie dobra związane z ... kociętami. Jeszcze przed samą premierą wiedziałem że będzie to produkt skierowany do specyficznej grupy odbiorców zafascynowanej puchatymi milusińskimi oraz słodkimi odmianami anime na niezdrowym poziomie. Po spędzeniu kilku dobrych godzin w rozgrywce, zrozumiałem że choć gra jest odbierana jako produkt skierowany dla pewnej niszy graczy, to tylko osoby na co dzień obracające się w kulturze i sztuce, będą w stanie docenić masę smaczków poukrywanych w grze. 

Wstęp do kampanii

Zabawę rozpoczynamy od retrospekcji prologu w którym nasza główna bohaterka na własnych oczach doświadczyła masakry swojej wioski. Nie mogąc wyjść z tej traumy, postanowiła zostać miassasynką Mrutair by dopaść morderców i na zawsze zakończyć krwawe rządy pewnego jegomościa. Dalsza opowieść jest kształtowana na naszych dokonaniach i decyzjach jakie podejmiemy w trakcie przygody. To od nas zależy czy uda nam się wyciągnąć główną bohaterkę ze szponów zemsty na rzecz pokoju ducha.

Sama opowieść fabularna jest bardzo mocno rozbudowana, do tego dochodzą zadania poboczne oraz otwarty świat gry. Producent szczyci się tym że gra została zapisana na 430 stronach A4 i starcza na około 20-30 godzin zabawy. Z własnego doświadczenia wiedziałem że gdy uruchomię grę bez żadnego przygotowania, będę musiał się mierzyć z dość wyuzdanym poczuciem humoru oraz pewną dozą absurdu, więc musiałem poczynić pewne kroki. Garlfield, Simon’s Cat i Pusheen, pozwoliły mi nieco odpłynąć i z wielkim spokojem ruszyć z pomocą naszej bohaterce.

Pierwsze kilka minut zabawy to świetna okazja na zapoznanie się z mechaniką sterowania oraz pewną eksplorację terenu. Zauważymy że sterowanie opiera się na poruszanie się w kilku kierunkach i interakcję z otoczeniem. W późniejszych etapach otrzymujemy dostęp do panelu użytkownika a w którym znajdziemy miejsce na ekwipunek, dostęp do zadań oraz podgląd postaci i ich umiejętności. Najgorsze jednak, dopiero przed nami!

Kocie niespodzianki

To co ucieszy znaczne grono fanów, to ogromna ilość "znajdziek", nawiązań i odwołań do pop kultury (Easter Eggs). Wiele z nich zostało starannie ukrytych przed dociekliwym graczem a niektóre zostały nam podane bezpośrednio na tacy. Pamiętam swoje zaskoczenie gdy moja bohaterka spotkała się z Miałruto - ninja z Zakonu Ruchomego Punktu. Odwołanie do mangi Naruto od razu daje po gałach, tak samo jak ubiór tej postaci.

Przechodząc się po różnorakich lokalizacjach, natrafimy na obiekty o których możemy się wiele dowiedzieć. Należy szukać i dowiadywać się wiele, gdyż istnieje szansa otrzymania losowych, ukrytych przedmiotów lub unikalnych informacji. Najwięcej jednak tego typu nawiązań otrzymamy podczas bezpośrednich rozmów z postaciami. Raz że otrzymujemy w grze specjalną gwarę kotów, używających co chwila gramatycznych wynaturzeń oraz polonistycznego bełkotu, to okazuje się że wiele z gagów otrzymamy właśnie podczas takich rozmów. 

W trakcie gry przyjdzie nam rozwiązywać wiele zagadek, spełniać zachcianki spotkanych podczas zabawy NPC'ów oraz walczyć. Tyle że w tym wypadku walka jest dość wymagająca ... przynajmniej na początku.

Walka z pazurem!

Pojedynki z przeciwnikami opierają się na turowych bitwach. Kilka pierwszych potyczek będziemy mogli sprawdzić w praktyce podczas prologu, który z resztą możemy nazwać samouczkiem. W momencie tworzenia własnej drużyny i posiadając nieco lepsze wyposażenie, staniemy przed nie lada wyborem. Początkowe walki stanowią pewne wyzwanie, ale nie za sprawą trudnych przeciwników a ... systemowi sterowania po naszej stronie.

W trakcie walki mamy dostęp do ataków podstawowych oraz umiejętności. Tury nakreślają nam co w danym momencie powinniśmy zrobić - atak, użycie przedmiotu lub odnowienie życia. Przez kilka nieprzemyślanych akcji w bardzo nieudolny sposób, kończyłem potyczkę, witając ekran śmierci permanentnej - gdyż musicie wiedzieć, ale w The Chronicles of Nyanya nie ma autozapisu. Wszystko musimy robić ... ręcznie ;) Podczas zadawania obrażeń przeciwnikowi, wzrasta nam mana, którą możemy wykorzystać do leczenia lub ataku. W dużej mierze zależy to od umiejętności naszej postaci oraz jej magicznych atrybutów. Warto przed każdą poważną walką, poczytać o bazowych umiejętnościach danego kota, gdyż są one ... że tak napiszę ... bardzo dziwne.

Twórcy przewidzieli że wielu z nas może mieć problemy z wymagającymi przeciwnikami i dodali opcję ucieczki z pola walki. Problem jest jednak taki że nie zawsze ona zadziała. W najlepszym wypadku nasza grupa zostanie bardzo mocno obita, ale przeżyje. 

Słodkie szaleństwo grafika

Elementy wystroju świata opierają się o typowo koci świat. Domy z kartonów, wszechobecne kuwety, koszyki, drapaki ... nawiązań do kociej popkultury jest naprawdę sporo. Myślę że koci wielbiciele będą uradowani takim krokiem. Za warstwę fabularną oraz otoczkę graficzną, odpowiada Ilona "Ślimak" Myszkowska, znana choćby z takich komiksów internetowych jak chatolandia czy Barwy Biedy. Dzięki niej stworzono wspaniały świat kotów, oddający w każdym szczególe ich zachowanie, marzenia oraz bardzo milusiński styl życia. Jak dla mnie nieco za słodko, choć w przypadku Nazistowskich mebli, podzielam zdanie autorki.

Trudny wybór

Gdy odłożę na bok moje zastrzeżenia co do grupy odbiorców a skupię się na wrażeniach z rozgrywki, to wyjdzie że mamy do czynienia z bardzo fajnym tytułem postawionym na walkę, odkrywaniem świata gry oraz dość mocno rozbudowaną kampanią fabularną. Przejście zajęło mi około 9 godzin, choć miałem kilka przypadków że zapomniałem zapisać stan gry i prawie mnie z tego powodu trafił szlak. Jednak nigdy się nie poddaję i brnąłem dalej, omijając kilka pobocznych zadań. To czym The Chronicles of Nyanya może się pochwalić, to bardzo rozbudowana ścieżka dialogowa. Upchano w niej masę smaczków oraz zabawnych gagów, które niejednego sprowadzą w przepaść dobrego humoru. Nawiązań mamy masę, więc tylko sprawne oko będzie potrafiło zliczyć je wszystkie. Trochę brakuje mi nieco poważniejszej fabuły oraz bardziej rozwiniętego wątku historycznego gry, ale piszę to tylko w oparciu o doświadczenie na tle innych tego typu produkcji. Choć z drugiej strony ... z tak wymyślnie pozytywną produkcją, nigdy nie Miaułem styczności!  

Komentarze