Retrogranie: Star Wars™ — TIE Fighter Series (1994, 1995, 1998)

Zapewne i w tym miejscu znajdą się zajadli fani Gwiezdnych Wojen, z czego mam na myśli entuzjastów oryginalnej trylogii. W 1983 roku z otwartymi ramionami witaliśmy w kinach Powrót Jedi który stał się symboliczny na wielu płaszczyznach kulturowych, a słowa które padały z ust głównych bohaterów zostaną z nami po wsze czasy. Aż się nie chce wierzyć że po tak spektakularnym sukcesie filmu, studio Lucas Arts zaczęło masową produkcję gier na podstawie sagi. Tytułów powstało wiele bo popyt był wciąż nieodłącznym elementem oczekiwania na kolejne tytuły ale również i chęcią przeżycia tak dynamicznych przygód osobiście. 

Po 11 latach, po ciepło przyjętej premierze gry X-Wing, studio postanowiło nieco przerobić "kurę znoszącą złote jajka", na kolejny kasowy tytuł. Tak w 1994 roku powstał Star Wars: TIE Fighter w którym tym razem przyszło nam pilotować kultowy już pojazd, armii Imperialnej. Na przełomie lat, gra została wzbogacona o kilka edycji oraz mocno usprawniono jej mechanikę oraz grafikę. Niedawno stałem się ich posiadaczem i ponownie zasiadłem za sterami nostalgii. 

Burzliwy żywot młodzieży

Kampania fabularna gry kręci się wokół młodego chłopca który za młodu dostał się do imperialnej niewoli, a z biegiem lat awansował na prawą rękę imperatora. Maarek Stele okazał się na tyle posłusznym żołnierzem że bez zmrużenia okiem, wykonywał każdy rozkaz swojego zwierzchnika. Podczas specjalnej kampanii składającej się z ponad 80 misji, nasz bohater musi wykazać się umiejętnościami oraz bezgranicznym oddaniu sprawie... jaką jest ekspansja Imperium na coraz to rozleglejsze rejony wszechświata. 

Jak w tego typu grach bywa, cała nasza rozgrywka sprowadza się do jednego - eksterminacji wrogich pojazdów, pojawiających się na gwiezdnym radarze. Rozgrywkę podobnie jak w serii X-Wing, zaczynamy od krótkiego treningu wprowadzającego nas w dość podstawową mechanikę gry oraz prostą specyfikę lotu pojazdami Imperium. Założenia rozgrywki są banalne w swej prostocie, gdyż skupiają się głównie na eksterminacji rebelii, kosmicznego śmiecia, śmiele rzucającemu rękawicę, najwyższemu porządkowi Imperatora. Podczas walk liczyć możemy na swoistą dowolność w metodzie dobierania przeciwników. Może się to jednak skończyć zmasowanym kontratakiem po wezwaniu posiłków przez przeciwnika, ale może mieć też mniej bolesne konsekwencje w postaci niezłego zamieszania w przestrzeni, co przy dobranej taktyce - może być dla nas zbawienne.

Podczas prostej i mało wymagającej, kosmicznej rozwałki możemy co prawda liczyć na bogaty kontent fabularny, rozgrywający się na Imperialnym niszczycielu - będącym również naszą bazą i oazą wytchnienia przed trudami służby, ale prócz tego że budują one mocno podwaliny pod dobrą historię, to niczego ciekawego do rozgrywki nie wprowadzają. Podczas toczonych rozmów dowiadujemy się za to wiele ciekawostek o korupcji na wysokich szczeblach w hierarchii władzy, ale również o niuansach dotyczących przyszłych wydarzeń. Jeżeli wytrwamy w początkowych misjach, z uwagą śledząc poczynania głównego bohatera oraz historii go okalającej, to bardzo szybko zgłębimy naprawdę ciekawą historię gry. 

Wraz z biegiem zabawy, szybko zauważamy (szczególnie fani serii) że uczestniczymy w wydarzeniach między Imperium kontratakuje a Powrotem Jedi, przez co unikamy pewnych nieścisłości względem fabuły filmowej. 

Strzelanina w kosmosie

Jeżeli odstawimy na bok mechanikę związaną z przedstawieniem ścieżki fabularnej a weźmiemy się za tę odpowiednią za rozgrywkę, to otrzymamy bardzo udany (jak na tamte czasy) symulator kosmicznego pilota. W kabinie Imperialnego myśliwca TIE, otrzymujemy dostęp do wielu wskaźników, radarów, detektorów oraz statystyk broni i uposażenia statku. W początkowych misjach, wspierani elektroniczną instrukcją obsługi lub wczytując się w oznaczenia kontrolne, z łatwością rozszyfrujemy wszystkie świecące elementy interfejsu.

Podobnie jak z wcześniejszą odsłoną w której staliśmy po przeciwległej stronie barykady, tak i tutaj liczyć mogliśmy na ten sam silnik i podobne animacje. Z tą równicą że zrezygnowano z kilku interesujących mechanik na rzecz prostszej rozgrywki oraz przystępnej mechaniki. Po zakończonej walce i eliminacji przeciwników, ponownie witamy ekran misji a nie jak w poprzedniku, wracając z gracją na krążownik bojowy. Detale ale odbierają radość z zabawy.

Podczas rozgrywki nie zasiadamy tylko i wyłącznie za sterami jednej maszyny, ale mamy pełen dostęp do wszelakiej maści maszyn Imperialnych - m.in: TIE/In, TIE/sa, TIE Advanced czy Missile Boat. Różnorodność statków jest dość spora, choć w kokpicie różnice są dość minimalne. To już większa losowość przyświeca spotkanym na swojej drodze wrogich pojazdów. Tych jest sporo i reprezentują pojazdy cywilne, okręty, platformy czy kontenerowce. 

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze potężne uzbrojenie dział pokładowych naszego myśliwca oraz tarcz siłowych, które większość myśliwców TIE nie posiada, co dodatkowo zwiększa poziom trudności lotu. To co powodowało u mnie dość mocne zniecierpliwienie gdy kilka lat temu grałem w ten tytuł, była niemożność kontynuowania gry, tuż po zestrzeleniu. Śmierć permanentna, zazwyczaj oznaczała ponowne rozpoczynanie zabawy od samego początku, tracąc cały postęp fabularny. Na przełomie trzech wydanych wersji, wreszcie system ten stał się opcjonalny w ustawieniach gry. 

Wybór gry a wersje

Od premiery w 1994, TIE Fighter doczekał się dodatkowo dwóch kontynuacji, niejednokrotnie będącymi czymś na kształt odświeżenia pierwszej części. Początkowo wersja ta miała być demem technologicznym, ukazującym możliwości sprawdzonego silnika w nowej wizualizacji, ale pomysł na tyle się spodobał, że postanowiono wydać grę jako pełną wersję. Pierwsza odsłona gry ukazała się na mało używanych już dyskietkach i to co wyróżniało ją na tle X-Winga było wzmożone cieniowanie elementów trójwymiarowych. Niedawno po premierze ukazał się dodatek Defender of the Empire a następnie kolejny który kończył główną historię fabularną. Rok później wydano wersję TIE Fighter Collector's którą dla odmiany, mogliśmy uruchomić poprzez stację CD-ROM. Oferowała ona lepszą grafikę, bogatszą ścieżkę fabularną oraz nowe, bardziej dynamiczne intro. Można by rzec że wersja z 1985 roku, wymazywała wszystkie problemy poprzednika. 

Przełom nastał jednak w 1998 gdy wydano kolejną wersję będącą czymś na kształt oryginału ale posiadającą masę technologicznych udogodnień. W grze zastosowano nowy silnik (XvT), ładniejsze tekstury oraz modele statków kosmicznych. Zwiększono również bazową rozdzielczość gry z 320x200 na 640x480 co nadawało tytułowi całkiem nowego znaczenia. Dopracowano także każdy szczegół dotyczący odgłosów statku podczas lotu, choć i tutaj dodano możliwość wyłączenia muzyki midi na rzecz latania w błogiej ciszy, przy jazgocie silników i pisków zielonkawych strzałów. To co radowało graczy komputerowych najbardziej, to możliwość odpalenia gry na Windowsie 95 i 98 a po udanym zainstalowaniu dodatków - nawet na Windowsie XP. Mniej dokuczliwą bolączką tamtych czasów, a moją w obecnych - był wymóg posiadania joysticka by móc w ogóle odpalić dwa pierwsze tytuły. Te bez kontrolera po prostu nie będziemy w stanie uruchomić. Na moje szczęście, w piwnicy kurzył mi się jeszcze QuickShot Warrior 5 który na szczęście doczekał lepszych czasów. 

Podsumowanie

Ostatnimi czasy mam swoistą chrapkę na wiele retro-gierek w które nie miałem czasu zagrać w przeszłości lub sytuacja zmusiła mnie do ich wcześniejszego oddania. Na szczęście dzisiaj mamy łatwiejszy dostęp do dystrybucji cyfrowych a i wiele stron w których możemy takie perełki zakupić. Mój wybór padł na GOG gdzie zbiór trzech gier możemy zakupić w okolicach 37 zł, bez zamartwiania się czy tytuł ten da radę uruchomić się na dzisiejszych systemach operacyjnych. Z tym akurat problemu nie będzie, gdyż bez problemu damy radę zagrać m.in na:

  • Windows (XP, Vista, 7, 8, 10);
  • Linux (Ubuntu 14.04, Ubuntu 16.04, Ubuntu 18.04);
  • Mac OS X (10.7.0+)