Ritual: Crown of Horns — western, fantasy horror z polskim akcentem

Pod koniec zeszłego roku swoją premierę miała gra Ritual: Crown of Horns, domyślnie wydana na komputery osobiste z systemem Windows oraz konsolkę przenośną, Nintendo Switch. Za produkcję odpowiada polskie studio Draw Distance, znane między innymi z fenomenalnego Serial Cleaner, o którym zresztą pisałem na łamach bloga.

Nie ma co się łudzić, że nowa produkcja może iść w parze tytułom klasy AAA. Nic bardziej mylnego. Twórcy postawili na prostotę rozgrywki, mechanikę rodem z obrony wieży z drobnymi elementami survivalu i ostrej, dynamicznej sieczki na mapie. Jak się jednak okazało - zaprezentowany minimalizm, zręcznościowa mechanika i szybko wpadająca w ucho ścieżka dźwiękowa, szybko zjednała sobie serca graczy. 

Polski Dziwny Zachód

Studio postanowiło osadzić historię fabularną swojej nowej gry w realiach Weird West, określanym w branży systemem łączącym w sobie elementy Dzikiego Zachodu z elementami fantastyki, horroru, science fiction, a nawet steampunku. Z takiej mieszaniny gatunków można stworzyć wielowątkową fabułę, a także mechanikę, która wciągnie gracza na długie godziny. Twórcy postanowili jednak skupić się na rozgrywce właściwej, mocno zaniedbując wątek fabularny. Większość układanki rozsypanej w czasie kampanii, poznajemy w krótkich scenkach graficznych. Z racji wykorzystania samych grafik pozbawionych krzty animacji, mamy nieodparte wrażenie, że gra za bardzo prze na przód. 

Historia z którą przyjdzie nam się zmierzyć, pełna jest zwrotów akcji oraz wydarzeń, które z łatwością rozszyfrujemy, jeszcze przed ich oficjalnym przedstawieniem. Kampania fabularna jest bardzo prosta do odgadnięcia, choć wstawki graficzne między misjami objaśniają nam nieco szerzej przedstawiony świat i poznane w trakcie zabawy, postacie.

W grze wcielamy się zawodowego łowcę nagród, który kuszony wysokim zarobkiem, postanawia wytropić czarownicę, która wedle gawiedzi tłumów, przywołuje bestie z piekieł. Gdy udaje mu się zrealizować swój cel, zostaje otoczony przez demoniczne poczwary i ginie ...

Podobnie jak miało to miejsce w Painkillerze czy nie do końca przemyślanym Devil's Hunt, nasz bohater otrzymuje drugą szansę i możliwość rehabilitacji swych czynów, zaproponowanych przez swój niedoszły cel. Okazuje się jednak że droga jaką podjął przyjmując to tragiczne w skutkach zadanie, była z góry nakreślona przez los, jakim go kierował.

Eksterminacja pełną gębą

Podwaliny mechaniki zabawy to nic innego jak eksterminacja wszystkiego, co się rusza i zawężenie celów do demonicznych pomiotów z piekła. Zawiązując pakt z czarownicą, zgadzamy się na niełatwe zadanie wyplenienia nadciągających fal wrogów. Musimy za wszelką cenę ochronić wymawiającą długie inkantacje czarownicę, by ta mogła zamknąć na zawsze, wyrwy piekieł. Jako sprawny strzelec i nieumarły potępiony, z niebywałą chęcią podejmujemy się tego zadania.

Początkowo uczymy się prostych umiejętności naszej postaci, gdyż zmartwychwstając otrzymujemy nowe możliwości bojowe. Nasz bohater potrafi od teraz stosować szybkie uniki i zbierać dusze pokonanych wrogów. Te są specjalną walutą, którą przekujemy na jednorazowe umiejętności specjalne, pomagające nam w dużym stopniu odchudzić nadciągające chmary przeciwników. O dziwo amunicja do naszych giwer nigdy się nie kończy, choć dochodzi element ich częstego przeładowywania.

Podczas obrony naszej towarzyszki, musimy wziąć pod uwagę ukształtowanie terenu i rozlokowanie przejść, magicznych tuneli i przeszkód terenowych, które mają na celu spowolnienie wrogów. Mając w małym paluszku topografię terenu, możemy przystąpić do sprzątania. Jednak trzeba mieć się na uwadze, gdyż nasi przeciwnicy wykorzystają każdą nieuwagę, by nas zaatakować. Podczas misji upływać będzie wyznaczony czas, którego zakończenie zwiastować będzie ukończenie magicznej inkantacji. Jej zakończenie będzie równoznaczne z ukończeniem misji. 

Skromna baza wypadowa

Po ukończeniu misji nasze postacie będą automatycznie przenoszone do obozowiska. W miejscu tym będziemy mogli pogawędzić z postaciami niezależnymi, ale również nieco więcej dowiedzieć się o tym tajemniczym miejscu. Obozowisko jest też wyśmienitym miejscem do wyboru odpowiedniego ekwipunku i zakupu potrzebnych elementów wyposażenia. Naszą postać możemy ubrać w wykupione wcześniej przedmioty, nadające jej nowych afiksów, zwiększających zadawane obrażenia lub podwajające zdobywane dusze. Są też elementy kosmetyczne takie jak kapelusze, peleryny, medaliony oraz mniejsze świecidełka. 

Odwiedzając naszą towarzyszkę, będziemy w stanie wybrać nowe umiejętności dodatkowe, które wywoływać będziemy podczas wzmagań z przeciwnikami. Zbierając ich dusze, aktywować możemy wielkie piły tarczowe lub wieżyczki ochronne, trzymające przeciwników na dystans. Mają one niestety krótki okres działania, więc należy stosować je z rozwagą. W obozowisku otrzymamy również możliwość wyboru odpowiedniej broni palnej, także po jej odkryciu w misjach fabularnych. Przed wyruszeniem w drogę, sami określamy, w jakim kierunku tym razem pójdziemy. 

Dynamiczny odstresowywacz

Muszę jednak przyznać, że z Ritual: Crown of Horns bawiłem się świetnie, wycinając w pień coraz dorodniejsze fale, nadciągających przeciwników. Otoczka audio-wizualna świetnie wpadała w oko, jak i w ucho, prezentując prosty, ale mocno akceptowalną rozgrywkę. Mechanika tytułu, choć mająca już swoje lata, wciąż trzyma fason. Jestem świadomy, że nie jest to produkcja dla każdego gracza, choć jak ulał odnajdą się w niej miłośnicy takich produkcji jak Hatred, Alien Shooter czy Ruiner. Gra jest dostępna na PC oraz Ninstendo Switch a od niedawna na konsolę PS4. Zachęcam do sprawdzenia ;) 

PS: Chcecie więcej recenzji gier na blogu?