Tales from the Borderlands — kolejny dowód na to, że studio Telltale Games potrafi zaskoczyć!

Wakacje na Pandorze były bardzo gorące i pełne przygód. Podczas eliminacji zabójczej fauny i flory planety, poznałem wielu interesujących postaci a w tym niezwykle zrzędnego robota imieniem Claptrap. Razem z przyjaciółmi udało mi się odkryć zapomniany skarbiec z legendarnymi artefaktami i odeprzeć atak zdeprawowanego moralnie, samozwańczego zarządcy kompanii Hyperion. To były piękne i przesycone dynamizmem, chwile. Jak jeszcze przypomnę sobie pewną retrospekcję z udziałem "Przystojnego Jacka", to już w ogóle dopada mnie depresja że te czasy bezpowrotnie minęły.

Tak, mowa o pełnej dynamizmu serii Borderlands. Strzelanka która od swojej premiery, zyskała pokaźne grono wiernych fanów, okazała się wydawniczym strzałem w dziesiątkę. Smaczku dodawał fakt zaimplementowania w tytule chwytliwej mechaniki, oparciu rozgrywki o zabawę solo lub ze znajomymi a przede wszystkim postawieniu na ciągłe udoskonalanie zdobytego ekwipunku i umiejętności. W ten sposób tytuł doczekał się dwóch kolejnych odsłon, opowiadających przyszłą jak i przeszłą historię Pandory oraz jej tajemnic. Tuż po zlikwidowaniu głównego antybohatera (Handsome Jack) seria zamilkła na dobre, skazując nas na złudne oczekiwanie co do kolejnej części. By narobić nieco smaczku i sprostowując niewytłumaczone zagadnienia, prawa do serii uzyskało studio Telltale Games, które zdecydowało się wydać interaktywną opowieść w tej jakże uznanej serii. 

Świeży narybek

Nowa gra studia znanego z interaktywnych opowiadań fabularnych, skupia się na wydarzeniach znanych z serii ale rozgrywających się szmat czasu po skróceniu rządów okrutnego tyrana (Borderlands 2). Podczas rozgrywki zapoznajemy się z dwoma, na nowo nakreślonymi postaciami. Przez całą zabawę towarzyszyć nam będzie rządny uwagi Rhys oraz dociekliwa Fiona. Każdą z postaci charakteryzuje inne podejście do ścieżki fabularnej, gdyż mimo posiadania tego samego celu, ich realizacja zdaje się być zgoła inna. 

Może zacznę naszą opowieść od przedstawienia głównych bohaterów. Rhys jest pracownikiem korporacji Hyperion, która zlokalizowana jest na bojowej stacji w kształcie litery H, zawieszonej tuz przy jednym z księżyców planety Pandora. Jego ambicje są dość duże, choć zważywszy na jego giętką osobowość jego rola ogranicza się do bycia ciągłym popychadłem, wywyższającego się nad innymi szefa. Mimo bycia ciągle upokarzanym przez pracodawcę, nagle nadchodzi dla niego wielka szansa na murowany sukces. Okazuje się bowiem że gdzieś na Pandorze ma dojść do niecodziennej transakcji w której możliwy będzie obrót tajemniczym kluczem do legendarnego skarbca (Vault). Pełen zapału i pewności siebie, Rhys trafia na owianą złą sławą planetę by sfinalizować zakup. Oczywiście nie wszystko idzie po jego myśli a sytuacja diametralnie wymyka się spod kontroli. Koniec końców poznaje Fionę.

Nowo poznana postać jest idealnym przykładem kobiecości zmieszanej z brudem piasków zawistnej planety. Z jednej strony otrzymujemy pełną wdzięku dziewczynę a z drugiej przebiegłą i rządną celu spryciarę. Podczas surowego dzieciństwa została nauczona z podstawami przetrwania które udoskonalała przez lata, grabiąc portfele dzianym kolesiom. Poznajemy ją właśnie w dość patowej sytuacji gdy jest ona bliska do przydybania kolejnej ofiary ale nieoczekiwanie zjawia się nasz męski bohater. Sprawa się o tyle komplikuje że owe postacie postanawiają współpracować i ruszają w trudną drogę by spełnić swe marzenia o lepszej przyszłości. 

Pięć razy: TAK

Jak każda gra studia, tak i tutaj rozgrywamy historię fabularną w kampanii podzielonej na rozdziały. Tales from the Borderlands zostało podzielone na 5 epizodów w których każdy fan sagi, znajdzie masę odwołań oraz poukrywanych smaczków z poprzednich części. Każda z nich opowiada o przygodach naszych bohaterów, najczęściej w dość komediowy sposób gdyż cała fabuła okraszona jest czarnym humorem sytuacyjnym jak i słownym. 

Jak na serię od Telltale Games przystało, podczas rozgrywki wielokrotnie i na każdym możliwym kroku uczestniczymy w interaktywnej opowieści, gdzie nasze wybory moralne zawsze spotykać się będą z mieszaną opinią. Podobnie jak w serii Walking Dead, każdy wybór ma więcej niż kilka skutków ubocznych. Czasami powodują one więcej problemów podczas zabawy, ale zazwyczaj są to wrażenia kosmetyczne niż w dużym stopniu wpływające na bazową rozgrywkę. Mimo wszystko świadomość zostaje trzeźwa, gdyż przy ciągłym parciu na przód, usiłując na siłę przechytrzyć mechanikę gry, nasza postać po prostu zginie, a szkoda by było zaczynać od początku. 

Graficznie Tales from the Borderlands idealnie wpasowuje się w ponury i dość mocno kreskówkowy klimat serii, gdyż domyślnie seria na takowej oprawie bazowała. Poprawiono w niej nieco animacje postaci, wielokrotnie ukazując ich ukryte cechy osobowości oraz bardzo realistyczną mechanikę poruszania się. 

Niezrównany odbiór

Podczas przemierzania Pandory w poszukiwaniu ukrytych skarbów i narażaniu swoich podopiecznych na rychłą śmierć z krótkich rąk pustynnych minionów, wiele razy miałem wrażenie że coś twórcom się wyszło w sprawie poprowadzenia historii. Ta w moim odczuciu za bardzo prze ku końcowi, a najlepiej obrazuje to akcja miedzy epizodami 3 a 4. Wygląda to tak, jakby twórcom brakło pomysłów co można do historii jeszcze dodać, choć niedokończonych wątków byłoby na pęczki. 

Ogólnie czas spędzony w grze oceniam na umiarkowany, gdyż mimo spektakularnego zakończenia oraz dość przewidywalnych zdarzeń losowych, wiele wątków z poprzednich części zostało wyjaśnionych oraz zakończonych. Trochę brakuje mi powrotu do wcześniejszych "strzelankowych" części, ale być może na zbliżających się targach E3, marka uchyli trochę swej premierowej tajemnicy, gdyż wielu (tak jak ja) czeka na Borderlands 3 :)

Grę na potrzeby recenzji otrzymałem od platformy GOG.com