We Happy Few — dystopia w barwach sztucznego szczęścia

W szeroko pojętej kulturze można bez problemu znaleźć dzieła literackie lub filmowe, ukazujące z pozoru, doskonałe społeczeństwa. Pod warstwą szczęścia i dobrobytu, zawsze znajduje się smutek oraz pewne ograniczenia, narzucane przez samych twórców. Z myślą tej idei przychodzi mi na myśl fenomenalny Fahrenheit 451 z 1966 roku gdzie każdy przejaw kontaktu z literaturą, kończył się wezwaniem "strażaków", a także Equilibrium (2002) gdzie wmawiano społeczeństwu że tłumione emocje są najlepszym wyjściem do przetrwania.

Od ponad 3 lat uważnie śledzę prace nad tytułową grą. Pierwsze wzmianki dotyczące We Happy Few ukazały się na początku 2015 roku a zaledwie po roku, wystartował kanał beta gdzie gra była cały czas rozwijana. Kilkanaście dni temu, twórcy zdecydowali że gra jest gotowa i odbyła się oficjalna premiera. Tytuł ten miał garściami czerpać z filmowych oraz książkowych pierwowzorów, dotyczących dystopicznych tworów oraz walki bohatera z narzuconym mu systemem. Jednocześnie miał oferować elementy survivalowe oraz bogatą, wciągającą fabułę. Niestety, ale czegoś zabrakło...

Tic-tac radości

Fabuła We Happy Few rozgrywa się w latach 60 ubiegłego stulecia w dość surrealistycznej, alternatywnej rzeczywistości. Po udanych działaniach wojennych Niemiecki okupant zajął wyspy brytyjskie i zmusił podległe społeczeństwo do posłuszeństwa. By tego dokonać w szybki i nieinwazyjny sposób, wynaleziono Joy - halucynogenny narkotyk który powodował nieustanną błogość oraz szczęście zażywającego.

Po filmiku wprowadzającym, poznajemy głównego bohatera w redakcji tajemniczego biuletynu. Tutaj pierwszy raz natrafiamy na informację, wytrącającą nas z narkotycznego nałogu - dotyczącą naszej tajemniczej przeszłości. W tym momencie gracz otrzymuje wybór co do dalszej rozgrywki - czy zdecyduje się brnąć w sztucznej rzeczywistości czy spróbuje się jej oprzeć. Ja z wiadomych przyczyn wybrałem to drugie. Podczas jednej z początkowych interakcji, moi współpracownicy odkrywają że nie zażyłem tabletki i zdecydowali się mnie pozbyć. Nasyłają na nas zastęp tutejszej jednostki do zwalczania odmieńców, przez co o mały włos nie tracimy życia. Cudem udaje nam się przeżyć.

Los tak chciał że główny bohater za wszelką cenę postanawia uciec z dystopicznego więzienia, ale w tym celu będzie zmuszony nawiązać nowe znajomości oraz odkryć prawdę o swojej przeszłości którą utracił poprzez ciągłe faszerowanie się narkotykiem. W rozwiązaniu tej tajemniczej zagadki pomogą mu też inni bohaterowie tej historii, którymi w pewnym momencie pokierujemy.

Maska szczęścia

Świat przedstawiony został niczym ze snu, gdzie saturacja oraz ilość kolorów na ekranie powoduje napady epilepsji oraz tzw. wymiotowania tęczą. Wiele elementów interaktywnych oraz spotkanych na swojej drodze mieszkańców przepełnia radość oraz wszechobecne szczęście. Wystarczy zwrócić uwagę na zadowolonych mieszkańców miasteczek którzy przywdzieli białe maski, jeszcze bardziej ukazujące ich sztuczne emocje. Problem pojawia się jednak w momencie gdy Joy przestanie działać, jednocześnie ukazując nam obłudę świata przedstawionego.

To co do tej pory wyglądało na piękne i szczęśliwe, w realnym świecie zostało zbezczeszczone oraz upodlone. Wielu mieszkańców nie do końca uniknęło głodu związanego z odstawieniem narkotyku a pozostali, zostali zesłani do przymierających nor. Tytuł ten ukazuje nam prostą drogę do szczęścia ale w dość kontrowersyjny i smutny sposób. By tego dokonać należy w taki sposób kierować społeczeństwem by te nie zbuntowało się, codziennie zażywając tajemniczy lek. Nasz bohater nie jest wyjątkiem w tej regule, choć jako jedyny deklaruje się że obali rządzący społeczeństwem, system.

Jednakże problem pozostaje ten sam - pojawiają się momenty gdzie po prostu musimy ponownie zażyć Joy by pchnąć fabułę do przodu. Użytkowanie go daje nam pewne profity w postaci drastycznego powiększenia naszych statystyk lecz długie użytkowanie go, ponownie doprowadzi nas do utracenia odkrytych wspomnień. Należy mieć nad tym piecze.

Niechciany sposób na raj

Tym co raziło podczas przedpremierowych testów w wersji beta, był crafting. Twórcy dodali go na siłę, tłumacząc się że gracze lubią taki sposób rozgrywki, tym bardziej że tytuł został tworzony w czasach wysypu gier postawionych na przetrwanie. W wersji próbnej takowy wybór spotkał się z ogromnym rozczarowaniem gdyż nie oferował nic nowego poza wtórnym zbieractwem oraz powtarzalnością rozgrywki. Co prawda w wersji finalnej dodano do tego wątki fabularne, ale niestety nie potrafią one zatrzymać gracza na dłużej.

Mam na myśli bardzo rozwleczoną ścieżkę fabularną gdzie tylko w określonych momentach dochodzi do ważnej interakcji i poszerzania "na oko" zamkniętego obszaru. Wiele miejsc wstępnie jest dla nas zamkniętych ale po pchnięciu fabuły na przód, odkrywamy dodatkowe lokalizacje. Pech chciał że są one straszliwie rozciągnięte a ilość surowców do zdobycia, bardzo często przekracza nasz domyślny udźwig. W początkowych fazach rozgrywki jest to tak wielki problem że wielokrotnie będziemy składować lub pozbywać się zdobytych zasobów.

To samo tyczy się spania, jedzenia i picia. Należy wciąż mieć na uwadze te trzy czynniki, gdyż w pozytywny sposób wpływają na nasze samopoczucie oraz statystyki. Jeśli je zaniedbamy może dojść do przykrych sytuacji a nawet udaremnienia dalszej zabawy. Te minimalistyczne elementy survivalowe wprawiają w większy niepokój niż powinny. Mam na myśli bardzo szybko kończące się zasoby oraz pioruńsko spadające statystyki. Wielokrotnie zdarzało mi się spożywać posiłki raz za razem, gdyż w ciągu 10 minut bohatera łapał głód. 

W ferworze przetrwania dbać musimy o nasze zdrowie, statystyki oraz dzierżony oręż. Ten możemy ulepszać i unowocześniać, dzięki zebranym w grze konspektom. Te klasycznie znajdują się w tajemniczych miejscach i tylko czekają aż je ktoś odnajdzie. Należy zwrócić również uwagę na odzienie. Chodzenie w łachmanach może sprowokować zamożne społeczeństwo na nasłanie na nas patrolu, a będąc odświętnie ubranym w kontakcie z uboższymi mieszkańcami - szansę na bójkę. Trzeba grać z wyczuciem.

Podsumowanie

Mam bardzo mieszane odczucia związane z grą The Happy Few. Z jednej strony twórcy dodali do tytułu bardzo fajnie napisany scenariusz ale zdaje się on być tylko dodatkiem, w przypadku nagminnie wywyższanych elementów craftingu. Ten wciąż jest mocno eksponowany w całej rozgrywce, będąc nawet często odrzucanym przez samego gracza by nie zaburzać jego odczuć przy okrywaniu zawiłości fabularnych. Mi się to niestety nie udało. Grę zakończyłem z wynikiem 23 godzin, wypełniając wszystkie zadania poboczne oraz mocno ingerując w mechanikę. Zdobyłem w ten sposób większość konspektów oraz ukrytych na mapie wspomnień, dodatkowo zbrojąc się w wymyślne przedmioty. Bardzo żałuję że w grze tak mocno postawiono na wytwarzanie przedmiotów oraz wręcz wymuszono na graczu ciągłe bieganie od punktu A do punktu B, gdyż takie rozwleczenie miejsc na mapie bardzo burzy cały konspekt gry. A szkoda bo zapowiadała się tak dobrze...

Grę na potrzeby recenzji otrzymałem od platformy GOG.com.