ACTA 2 przyjęte — zaskoczenia nie ma, tragedii też nie

Dzisiaj Parlament Europejski w Strasburgu przyjął dyrektywę cyfrową, potocznie zwaną ACTA2. Spośród 658 europosłów, za głosowało 348, przeciw było 274, a 36 wstrzymało się od głosu. Czy grozi nam koniec internetu który znamy?

Od początku debaty na temat wspomnianej dyrektywy nie podobało mi się wiele rzeczy. Przede wszystkim już samo to, że nazwano ją ACTA 2.0. O oryginalnej ACTA czyli Anti-Counterfeiting Trade Agreement pisałem już w 2010 roku, kiedy do internetu trafiały tylko przecieki z tego jak miało wyglądać porozumienie, ponieważ cały dokument opracowywany był w tajemnicy. Dwa lata później w 2012 roku, o ACTA mówili już wszyscy jadąc autobusem można było słyszeć ludzi którzy o tym dyskutowali. Prasa i telewizja żyła tym tematem. Do programów publicystycznych zapraszani byli youtuberzy. Ale czy w ogóle ktokolwiek jeszcze dzisiaj pamięta o co chodziło z ACTA? W ramach szybkiego przypomnienia porozumienie ACTA między innymi regulowało kwestie obrotu podrabianymi dobrami, wprowadzało procedury umożliwiające posiadaczom praw autorskich szybkie uzyskanie informacji na temat osób lub podmiotów podejrzanych o naruszenia ich praw autorskich. Porozumienie ACTA było wymierzone przeciwko wszystkim przejawom naruszania cudzej własności intelektualnej, i jako takie zostało przez niemal wszystkich uznane za złe, a ludzie masowo chodzili na demonstracje przeciwko porozumieniu. W zeszłym tygodniu przeciwko ACTA 2.0 w Krakowie i Wrocławiu protestowało około 100 osób, 7 lat temu roku w Krakowie – przeciwko ACTA protestowało 15 tys. osób, we Wrocławiu – ponad 5 tys. W internecie odzew również był ogromny, setki filmów, demotywatorów, artykułów na najróżniejszych tematycznie stronach, wszystko aby zmobilizować jakoś społeczeństwo do wyrażenia sprzeciwu. Tysiące stron wywieszało banery potępiające porozumienie, bez względu czy był to duży portal, czy strona o kucykach. No i udało się, koniec końców Parlament Europejski odrzucił porozumienie, podczas głosowania 478 posłów było przeciwko traktatowi, 39 za a 165 wstrzymało się.

Co więc tym razem poszło nie tak? ACTA 1.0 było przez niemal wszystkich jednoznacznie ocenione jako złe. Osób które wyrażałyby poparcie dla porozumienia było mało, a ich głos nie przebijał się przez cały ten szum nakręcony przeciwko porozumieniu. Poza tym, wtedy chodziło o walkę dużych organizacji, korporacji, firm, mniej lub bardzie z samymi internautami. Tym razem sytuacja była zupełnie inna.

Po pierwsze dlatego, że w dyrektywie cyfrowej chodzi wyłącznie o biznes. Możecie sobie dorabiać ideologię do tego, ale fakty są takie, że jeśli chodzi o artykuł 11 to wydawcy dużych portali wymyślili sobie, że będą ściągali z Facebooka czy Wykopu dodatkową kasę. I tak naprawdę, co mnie zwykłego szaraczka obchodzą takie przepychanki przy korycie? Facebook, czy Google linkując do artykułów zewnętrznych wyświetla reklamy, teraz będzie musiał dochodem z tych reklam podzielić się z autorem treści. Czy to naprawdę tak źle, że autor treści dostanie jakąś kasę za swoją pracę? Przecież taki Facebook nie produkuje żadnej własnej treści, a zarabia miliardy. Teraz będzie musiał zdecydować, czy chce linkować, i dzielić się kasą z reklam, czy zrezygnować z linkowania.

Z kolei drugi z osławionych artykułów (artykuł 13) głosi, że jeśli mamy stronę internetową, to musimy pilnować żeby nasi użytkownicy nie naruszali czyjegoś prawa autorskiego. Moim zdaniem sam Artykuł 13 nie jest zły, niestety, ale właściciele serwisów internetowych będą musieli zacząć walczyć bardziej stanowczo z naruszeniami praw autorskich, stosując narzędzia filtrujące lub zatrudniać moderatorów. Oczywiście, będzie to wiązało się ze zwiększeniem wydatków na moderację treści, co w konsekwencji może, ale nie musi, doprowadzić do całkowitego wyłączenia możliwości dodawania treści przez użytkowników na niektórych stronach.

Tak więc ACTA 2.0, z ACTA 1.0 nie ma nic wspólnego, ktoś sobie pomyślał, że nazywając tę dyrektywę cyfrową ACTA 2.0 łatwo wezmą ludzi na sentyment, przypomną jak kiedyś wyszli na ulicę, jak oblepili swoje strony banerami, i znów historia zakończy się happy endem…

Muszę przyznać, że przyjęcie dyrektywy to ogromny sukces lobbingu naszych sąsiadów zza Odry. Poparcie dla dyrektywy cyfrowej wyrażały dzienniki drukowane (należące głównie do niemieckich koncernów), wiele z nich 25 marca miało pierwsze białe strony, a w swoich wydaniach starały się przekonać posłów do głosowania za przyjęciem dyrektywy. Z kolei kampania w internecie przeciwko dyrektywie miała strasznie niski poziom, nagle osoby na co dzień streamujące Minecrafta stały się ekspertami od prawa. Miałem wrażenie ze większość ludzi chce tylko nabić sobie oglądalność korzystając z głośnego tematu, sami do końca nie widząc o czym mówią, czy to ma być w końcu ustawa, dyrektywa? Poza tym argumenty które sami sobie wymyślali, i głośne clickbaitowe hasła pod tytułem „Koniec internetu”. Nigdzie nie było można znaleźć rzetelnego źródła informacji na ten temat, wszędzie panowała atmosfera polowania na czarownice, ostrzenia mieczy na krucjatę przeciwko ACTA 2, a w komentarzach panował chaos.

Nic więc dziwnego, że ludzie podzielili się na tych którzy dyrektywę popierają, na tych którzy są przeciwni, i na tych którym ten cały cyrk wisi jak kilo kitu na agrafce. To nie jest tak, że większość jest za, lub przeciw , o nie, zdecydowanej większości ta cała przepychanka przy korycie między koncernami nie dotyczy, albo wydaje im się, że ich nie dotyczy. Bo oczywiście pokłosie tej całej dyrektywy może odbić się na nas wszystkich, ale to okazało się za mało. Nic więc dziwnego, że ludzie nie dali się nabrać, nie wyszli na ulice. Z kolei przy tak znikomym sprzeciwie społecznym głosowanie w Parlamencie Europejskim nie mogło potoczyć się inaczej. Niczego więc nie ryzykując posłowie ulegli lobbingowi niemieckich koncernów, jednocześnie zachowując twarz.

Oczywiście głosowanie nie zakończyło jeszcze całej sprawy, Polska ma na implementację tej dyrektywy dwa lata. Będzie to więc czas aby polscy parlamentarzyści w końcu pokazali na co ich stać i wykorzystując kruczki, oraz nieprecyzyjności zawarte w dyrektywie mogli ograniczyć najbardziej negatywne dla nas jej skutki.