Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Bitcoin na Dzikim Zachodzie

Pieniądze od dawna towarzyszyły ludzkości podczas transakcji kupna i sprzedaży rozmaitych usług. Tradycyjny handle wymienny został zastąpiony przez bite monety zawierające w sobie spore ilości metali szlachetnych (złoto czy srebro). Pomijając wszelkiego rodzaju oszustwa związane ze słabym zabezpieczeniem owych monet, miały one jedną, unikatową cechę. Ich wartość raczej nie spadała poniżej wartości zawartego w nich kruszca. Monety te, nierzadko były nadal honorowane nawet pomimo faktu, że ich emitent, czyli dane państwo, już nie istniało.

Najlepszym przykładem jest tu srebrny Talar Marii Teresy. Moneta ta wprowadzona do obiegu w 1751 roku przez Cesarstwo Austro-Węgierskie, pozostawała na terenie cesarstwa legalnym środkiem płatniczym do 1858 roku. Choć w monarchii Habsburgów oficjalnym środkiem płatniczym była przez ponad 100 lat, dużo dłużej była uznawana przez kraje arabskie oraz kraje Afryki Północnej, w których funkcjonowała jako środek płatniczy równolegle obok amerykańskiego dolara nawet do 1930 roku. Do 1945 roku była oficjalnym środkiem płatniczym w Etiopii, a w 1980 roku była nadal wymieniana w Jemenie na inne waluty. W nieoficjalnym obiegu rynkowym niektórych rejonów Indonezji i państw arabskich pozostaje do dnia dzisiejszego. Oficjalnie stała się monetą bulionową, bitą do 2000 roku.

Z czasem w monetach krążących na rynku pojawiało się coraz mniej szlachetnych kruszców, przez co ich realna wartość zaczęła się kurczyć i zamieniać w wartość umowną. Tu z kolei najlepszym przykładem jest stara, aluminiowa złotówka z czasów PRL, która u swojego schyłku była mniej warta niż aluminiowe podkładki pod śruby w związku z czym, taniej było przewiercić taką monetę i użyć w charakterze podkładki, niż iść do sklepu i kupować podkładki których i tak tam nie było.

r   e   k   l   a   m   a

Obok monet pojawił się jeszcze pieniądz papierowy, nie odzwierciedlający żadnej realnej wartości, poza wartością makulatury. Krótko mówiąc, z czasem świat finansów stał się mocno umowny. Jeszcze bardziej umownymi, są najwygodniejsze karty płatnicze, choć w przypadku rozmaitych zawirowań ekonomiczno-politycznych są zupełnie bezwartościowe. Nie da się ich użyć jako podkładek tak jak monet, czy nawet jako papieru do .... co ostatecznie może zapewnić większość papierowych pieniędzy.

W 2009 roku pojawił się Bitcoin. Tak naprawdę nie wiadomo kto za nim stoi, poza lakoniczną informacją o anonimowym twórcy o pseudonimie Sakoshi Natamato. Choć od lat poszukiwana jest osoba ukrywająca się pod tym pseudonimem i choć co jakiś czas media donoszą o kolejnym i tym razem prawdopodobnym odkryciu realnego Sakoshi Natamoto, wiele wskazuje na to, że za projektem Bitcoina stoi bardzo niewielka grupa matematyków/programistów wspomagana przez sporą dawkę szczęścia i kogoś, kto zna się na marketingu i potrafi wykorzystać owo szczęście.

Oczywiście zwykli śmiertelnicy do Bitcoina (BTC) podeszli z ogromną nieufnością i długo (w tym autor tego wpisu) traktowali to jako pewien wygłup lub mało praktyczną ciekawostkę. Przemawiały za tym także krytyczne oceny przez świat finansów, bo czymże był ów Bitcoin ? Był skomplikowanym wzorem matematycznych, nie znajdujących pokrycia w cennym kruszcu charakterystycznym dla dawnych monet, ani nie posiadającym nawet wartości umownej, teoretycznie gwarantowanej przez jakieś państwo, jak choćby pieniądz papierowy. Był czymś co się pojawiło nagle i równie nagle mogło zniknąć.

Wbrew temu wszystkiemu, już po 9 dniach po pojawieniu się pierwszego BTC, dokonano nim pierwszej transakcji, a po roku 1 dolar wyceniono na 1309 BTC. Jak łatwo przeliczyć, osoba która wówczas była na tyle szalona by zainwestować jeden, zielony, papierowy banknot z wizerunkiem Washingtona w 1309 BTC, dziś posiada 811 550 USD.

Choć wydaje się to nieprawdopodobne, dzięki całej masie szaleńców BTC się rozwija. Pojawiają się pierwsze giełdy oferujące możliwość wymiany BTC na inne, bardziej rzeczywiste waluty, a dodatkowym bodźcem staje się możliwość pozyskiwania BTC przez posiadaczy komputerów domowych. Wartość Bitcoina stale rosła, by w 2011 roku zrównał się on z dolarem. To właśnie w tym roku jeden z sympatyków BTC sprzedaje swój samochód - Toyota Supra z 1984 roku za 3000 BTC, stanowiące równowartość 3000 USD. Choć wówczas wydawało się to raczej szalone i mało odpowiedzialne, owo 3000 BTC to dziś 1.86 mln USD.

Bitcoin to jednak nie tylko niezwykły projekt, przynoszący zyski osobom skłonnym zaryzykować i mu zaufać, to także czarne interesy i przekręty jakich pełno w realnym świecie finansów z tą różnicą, że te które rozgrywają się w świecie Bitcoina, w świecie finansów zazwyczaj miały już miejsce choć jak wiadomo, i w jednym i w drugim naiwnych i rządnych łatwego zarobku nie brakuje.

Jak wspominałem, sam bardzo długo byłem sceptycznie nastawiony do BTC i ani mnie on nie interesował, ani nie byłem skłonny ryzykować jednego, papierowego banknotu, nawet tego z patronatem Mieszkia I. Jakiś czas temu (tak trochę ponad rok), dzięki wpisowi Eimego (wybacz Naczelny, ale nie pamiętam o który chodziło), postanowiłem nie tylko dowiedzieć się coś więcej na temat BTC, ale także zainwestować symboliczną kwotę, bardziej z ciekawości jak to przebiega, niż z rzeczywistej potrzeby posiadania choćby ułamka BTC. Siłą rzeczy stałem się też stałym bywalcem miejsc, w których można zasięgnąć informacji na temat BTC, obserwując w świecie BTC to, co ludzkość już niejednokrotnie przeżyła.

Gorączka BTC

Jak wiadomo, proces pozyskiwania BTC odbywa się poprzez wykonywanie określonych obliczeń przez komputer, co w świecie BTC nazywa się kopaniem Bitcoinów. Osoby parające się tym zajęciem, nazywane są górnikami. Do kopania Bitcoinów na począku wystarczał komputer przy pomocy którego można było z powodzeniem wykopywać jedną jednostkę BTC. Zgodnie jednak z założeniem, stopień trudności pozyskiwania BTC ciągle rośnie i szybko okazało się, że komputer nie wystarcza. Stwierdzono wówczas, że moc obliczeniowa karty graficznej jest dużo większa i tym samym lepiej "kopać" przy pomocy karty graficznej niż przy użyciu procesora. Stopień komplikacji pozyskiwania BTC jednak ciągle rósł i szybko okazało się, że pomimo coraz bardziej wydajnych kart graficznych, urobek górnika jest coraz mniejszy. Tak więc zaczęto wykorzystywać kilka kart graficznych i tworzyć specjalistyczne urządzenia-koparki, przeznaczone do łatwego pozyskiwania BTC.

W 1846 roku John Sutter (Szwajcar z pochodzenia) wysłał swoich pracowników nad rzekę American (okolice San Francisco) w celu zbudowania tartaku. W trakcie budowy tartaku, jeden z pracowników -John Marshall znalazł niewielki samorodek złota. Wraz z Sutterem postanowili zachować odkrycie w tajemnicy, obawiając się napływu poszukiwaczy złota i w efekcie doprowadzenia do ruiny terenów należących do Suttera. Tajemnica jednak przestała być tajemnicą po tym, jak jeden z handlarzy z San Francisco dowiedział się o tym fakcie. Zapobiegliwie wykupił wszystkie szpadle, łopaty i sita dostępne w San Francisco, a następnie ogłosił odkrycie złota w rejonie rzeki American. Dzięki znacznym zapasom narzędzi niezbędnych do amatorskiego wydobycia złota, sprzedawanych po mocno zawyżonych cenach, w krótkim okresie czasu dorobił się on niemałej jak na ówczesne czasy kwoty 36 tys. USD. Rozpoczęła się pierwsza, kalifornijska gorączka złota.

Wraz ze wzrostem trudności wydobywania BTC, pojawiły się liczne, niezwykłe urządzenia pozwalające szybko i skutecznie "kopać" kolejne Bitcoiny. Oczywiście czym bardziej urządzenie niezwykłe i wydajniejsze, tym jego cena mniej atrakcyjna dla potencjalnego górnika. I tak do dziś można znaleźć niewielkie "łopatki" w atrakcyjnych cenach, oferujące niewiele więcej niż świadomość tego, że się jest jednym z miliona "kopiących" górników na bitcoinowych polach. Są też takie, które kosztują prawdziwy majątek, choć nie zawsze realizują to, czego oczekiwałby od nich nieco bardziej zamożny amator poszukiwania złota... przepraszam BTC. Choć w okolicach San Francisco w latach 1846-1851 złota poszukiwało kilkuset amatorów łatwego zarobku, tylko niewielu z nich zdołało zbić na tym fortunę. Większość z nich potraciło rodziny, majątki a niektórzy nawet życie. Wygranymi stali się sprzedawcy łopat, właściciele barów oraz domów uciech.

Bitcoinowy Templariusz

Pieniądz emitowany przez państwa przynajmniej w teorii ma jego gwarancje. W teorii, bo jak pokazał przypadek Grecji, w niektórych sytuacjach nawet i państwo nie jest w stanie zabezpieczyć należycie jego wartości. Przepływ pieniądza, zarówno tego fizycznego, jak i wirtualnego zapewniają rozmaite instytucje finansowe, których koronnym przykładem są banki. Banki jako takie, to też nie wymysł współczesnych czasów, gdyż pojawiły się już dużo wcześniej, a ze sprawnego transferu monet i kosztowności słynęli Wenecjanie i Templariusze. Zwłaszcza ci ostatni usprawnili transfer pieniędzy w średniowiecznym świecie, w którym podróżowanie z gotówką było tak samo bezpieczne, jak bieganie po niemieckiej autostradzie w nocy, z zawiązanymi oczami. To właśnie do templariuszy mógł zgłosić się kupiec, zdeponować określoną kwotę i po uiszczeniu odpowiedniej opłaty otrzymać gwarancję, że jak zgłosi się do zakonu w innym, nawet bardzo oddalonym mieście, będzie miał możliwość otrzymania jej równowartości. Templariusze oferowali nie tylko możliwość "transferu" środków finansowych, ale możliwościach wymiany lub pożyczenia. Ta ostatnia możliwość doprowadziła ich jednak do upadku, albowiem król Filip Piękny stwierdził, że nie warto oddawać tego, co się pożyczyło i wraz z papieżem Klemensem V postanowili wykończyć zakon dzięki czemu pozbyli się nie tylko swoich długów względem Templariuszy, ale także zdołali przejąć niemałe dobra należące do tego zakonu. Rzecz się miała 13 kwietnia 1312 roku, a był to piątek. Teraz już wiecie, dlaczego piątek 13 to dzień pechowy.

Bitcoin to pieniądz wirtualny. Nie da się go wziąć do ręki, schować do kieszeni czy też portfela. Nie da się go wręczyć sprzedawcy. Krótko mówiąc, w jego obrocie prędzej czy później natrafimy na Tempalriusza-pośrednika. To on nam zamieni pieniądz tradycyjny na BTC, lub odwrotnie, to on nam może ów pieniądz przechować, oferując wirtualny portfel na mogący pomieścić spore ilości naszych Bitcoinów.

Nie wszyscy są jednak są Templariuszami, którzy wbrew temu co może wydawać tacy czyści do końca nie byli. Historia zna wiele przypadków, gdy wirtualne portfele nagle znikały wraz z całą zawartością niczym zakon Templariuszy w piątek trzynastego. Podobnie jak i wówczas, poszkodowanie nie mają wielkich szans na odzyskanie swoich wykopanych BTC, bo do kogo się zwrócić ? Za oszczędności w bankach odpowiada Bankowy Fundusz Gwarancyjny, teoretycznie umożliwiający odzyskanie przynajmniej części utraconych środków. Jeśli instytucja finansowa nie posiada takich gwarancji, wskazany jest zdrowy rozsądek, którego i tak wielu osobom ciągle brak.

Nie inaczej jest w świecie BTC, tylko z tą różnicą, że trzeba się tu kierować bardziej rozsądkiem niż rzeczywistymi gwarancjami. Bo gdzie szukać swoich oszczędności, jeśli nasz portfel posiadał domenę .io (Brytyjskie Terytorium Oceanu Indyjskiego), zapewne w oceanie....

Działka na księżycu

Moc obliczeniowa potrzebna do wydobycia BTC dziś wcale już nie jest taka mała. Kopanie przy pomocy komputera domowego, wyposażonego nawet w bardzo wydajną kartę graficzną lub dwie, jest równie skuteczne, jak poszukiwania złota na Pustyni Błędowskiej z użyciem łopaty. Stąd też pomysł, by jednoczyć siły, tworząc kopalnie w których BTC poszukuje wielu, wielu "górników". Siła robocza jest wielka i szanse znalezienia złota.... BTC, jest także dużo większa. Ewentualne znalezisko jest uczciwie dzielone pomiędzy wszystkich górników zgodnie z ich zaangażowaniem. Ten co "fedruje" tylko w niedzielę, dostanie mniej niż ci, którzy na powierzchnię nie wychodzą. Nie mniejsze znaczenie ma też narzędzie jakim pracujemy. Wiadomo, że górnik z łopatą choćby siedział w kopalni całą dobę, wydobędzie mniej niż ten, który posiada do swojej dyspozycji kombajn górniczy Famur FS300. Nie inaczej jest w kopalniach BTC. Kopiąc przy użyciu komputera, jesteśmy ciągle górnikiem z łopatą. Możemy kupić specjalistyczny sprzęt, ale nie każdego stać na takie inwestycje pomijając już fakt, że zamiana mieszkania w centrum obliczeniowe jest nie tylko mało atrakcyjna, ale też dosyć kosztowna zwłaszcza wówczas, gdy zobaczymy rachunek za prąd.

W 1985 rok Denis Hope rozpaczliwie szukał pieniędzy. Nie dość że do jego drzwi dobijali się wierzyciele, to jeszcze żona straszyła rozwodem. W zajmowanym mieszkaniu nie zostało już nic, co można by spieniężyć odsuwając od siebie choćby część problemów. W tej zdaje się beznadziejnej sytuacji, jego uwagę przykuł księżyc. Zgodnie z traktatem ONZ z 1967 roku, wszystkie państwa eksplorujące przestrzeń kosmiczną, zrzekły się prawa do kontroli jakichkolwiek terytoriów we wszechświecie. Rzecz w tym, że traktat ten wyraźnie mówi o państwach, nie wspomina natomiast nic o osobach fizycznych. Denis Hope uznał, że jest właścicielem całego księżyca, Marsa, Wenus, księżyca Io i pozostałych planet układu słonecznego o czym poinformował pisemnie ONZ z klauzulą, że jeśli są zastrzeżenia prawne, prosi o informacje. ONZ nie odpisało, a tym samym Dens Hope uznał się za właściciela wspomnianych obiektów. Choć może się to wydawać niewiarygodne, zdołał sprzedać całkiem sporą część powierzchni księżyca, 174 mln akrów powierzchni Marsa i kilka działek na Wenus (dane z 2004 roku). Denis Hope na sprzedaży działek na księżycu zarobił około 6 mln USD. Myślicie, że 6 mln klientów (baza z 2013 r.) którzy zdecydowali się na zakup parceli na księżycu lub innych planetach od firmy Moon Estates jaką założył Denis Hope to wariaci ? Nic z tych rzeczy. Wśród nich jest Jimi Carter, Ronald Regan, George W. Bush, siec hotelowa Hilton i Marioot... podejrzewam że McDonalds także.

Skoro zakup sprzętu do "kopania" BTC i jego obsługa jest kosztowna, to może lepiej taki sprzęt wynająć ? I o tym pomyślano. W sieci można spotkać wiele propozycji wynajmu lub wykupienia mocy obliczeniowej. Procedura zdaje się być prosta. Zdjęcia z halą zapchaną szafami mieszczącym wyrafinowany sprzęt obliczeniowy, a użytkownik za skromną opłatą może wykupić na określony okres lub dożywotnio moc obliczeniową tego cuda. Rejestracja, podajemy adres naszego portfela BTC, wykupujemy moc i codziennie otrzymujemy informację ileż to "ukopaliśmy" w ciągu 24 godzin. Gdy osiągniemy odpowiedni pułap, uzbieraną kwotę możemy przetransferować na nasz wirtualny portfel, gdy przyrost wydaje się nam zbyt skromny, możemy dokupić więcej mocy. Niby pomysł na biznes idealny, gdyż według wyliczeń, nasz wkład zwraca się średnio po 2-3 miesiącach, a później już tylko zarabiamy. Wystarczy wpłacić jednorazowo około 4 do 6 tys. (to zależy gdzie), by cieszyć się przychodem miesięcznym na poziomie 1200 - 1600 zł. Leżysz przed TV, a kupka pieniędzy rośnie i czeka aby ją wypłacić... o ile zdążysz.

W ostatni weekend padła właśnie tego typu usługa Hashocean, oferująca możliwość wykupienia mocy obliczeniowej. Choć strona miała profesjonalną oprawę:


  • zdjęcia z 7 centrów obliczeniowych zlokalizowanych na całym świecie
  • film promocyjny
  • listę użytkowników wraz z datą rejestracji od 2012 roku oraz osiągniętymi dochodami
  • Stronę na FB
  • Profesjonalny support włącznie z całodobowym telefonem

znikła nagle i niespodziewanie zabierając ze sobą nie tyko wpłaty użytkowników, ale także ewentualny urobek o ile cokolwiek kopano. Zapewne straty są poważne, gdyż najmniejszy udział to ok. 6 dolarów, a żyjących nadzieją milionerów było kilkaset tysięcy, jednakże nikt nie ma pojęcia jak szukać ewentualnego oszusta, a zgłoszenie się do prokuratury z problemem dotyczącym BTC i firmy zarejestrowanej gdzieś w Oceanie Indyjskim, może co najwyżej doprowadzić do niewydolności prokuratury... ze śmiechu.

Choć sprzedawano wirtualny towar, w celu poszukiwania innego, wirtualnego towaru, problem stał się mało wirtualny, bo jak nazwać problem jednego z polskich członków Hashocean, który ulokował tam sporo ponad 9 tys. zł. Niektórzy porównują to do Amber Gold....

Wieść gminna niesie, że osoby stojące za Hashocean postanowiły zwinąć interes po tym, jak w piątek ktoś zainwestował w kopalnie blisko 500 tys. USD wycofanych z innych rynków po Brexicie.

Czarny czwartek

Gdzie są finanse tam są i spekulacje. Niemal od samego początku obok poszukiwaczy złota pojawiali się handlarze złotem, skupujący złoto taniej i sprzedający je znacznie drożej, zarabiając na różnicy pomiędzy ceną zakupu i ceną sprzedaży. Nie inaczej jest i w świecie BTC, gdzie od 2010 roku funkcjonuje giełda BTC. Nowe giełdy zaczęły rosnąć jak grzyby po deszczu, a na nich pojawili się handlarze, pragnący kupić taniej i sprzedać drożej BTC. Nie każdy przecież musi być górnikiem. I choć wydawać by się mogło, że BTC to świetny towar do inwestycji, w rzeczywistości jest on bardzo nieprzewidywalny.

W 1929 roku Europa ciągle lizała rany po Wielkiej Wojnie. Światowy konflikt z lat 1914-1918 nie tylko doprowadził do finansowej zapaście wiele z nich, ale niektóre wręcz zmiótł z mapy politycznej świata. W tym samym czasie, na giełdzie nowojorskiej narastała olbrzymia bańka spekulacyjna. Ceny akcji rosły w górę, nie znajdując realnego pokrycia w emitujących je firmach. Pod zastaw przeszacowanych akcji, banki udzielały ogromnych kredytów, za które kupowano kolejne akcje, powodując ich dalszy, sztuczny wzrost. W czwartek 24 października 1929 roku owa bańka spekulacyjna głośno pękła. Ludzie gorączkowo zaczęli sprzedawać "papiery" niewiele wartych firm, a wycena akcji malała z każdą sekundą by spaść do poziomu wartości papieru, na którym je wydrukowano. Okazało się, że na rynku została masa ludzi z papierem toaletowym w ręce, wiele banków które utopiły swoje środki finansowe w zakup akcji i w pożyczki ludziom, którzy stali się nagle niewypłacalni. Każdy był winien każdemu, ale nikt nie wiedział, gdzie pieniądze wyparowały. Tak też zaczął się Wielki Kryzys. Choć dziś giełdy papierów wartościowych mają o wiele lepsze zabezpieczenia przed tego typu sytuacjami i współcześnie co jakiś czas pęka jakaś bańka spekulacyjna, choć nigdy nie na taką skalę jak ta z 1929 roku.

W dniu 8 czerwca 2011 roku pękła pierwsza bańka spekulacyjna na BTC, gdzie sztucznie wywindowano wartość BTC do 31 USD. Zaledwie osiem dni wcześniej kurs BTC z trudem zrównał się z kursem USD. Niewiele ponad 2 miesiące później, pada pierwsza, polska giełda BTC - bitomat.pl, a użytkownicy tracą łącznie 17 tys. BTC. Dwa lat później, kolejna bańka spekulacyjna winduje kurs BTC na 266 USD, by po gwałtownym spadku ponownie go wywindować do 1242 USD. Od pewnego czasu Bitcoin ciągle rośnie, a sprzyjają mu rozmaite zwirowania geopolityczne, takie jak Brexit.

Mimo wszystko na giełdach ciągle jest sporo ludzi, którzy usiłują, często z powodzeniem, coś ugrać na wahaniu kursu BTC, choć jak twierdzi mój znajomy spec od giełdy walut i papierów wartościowych, w stosunku do BTC wszelkie metody analizy najczęściej zawodzą lub są mało skuteczne. Kto stoi za nieoczekiwanymi skokami i spadkami wbrew logice ? Nie wiadomo, mówi się żartem, że chińska mafia. Ale czy to naprawdę tylko żart ?

Początki są trudne

Choć BTC aspiruje do tego, by stać się wirtualnym pieniądzem, jego pozytywną cechą jest duża odporność na rozmaite, światowe zawirowania. Jak zauważono, reaguje on podobnie jak złoto. Im czasy bardziej niespokojne, tym więcej osób inwestuje w BTC czego pojąć jako żywo nie mogę. Rozumiem inwestycje w złoto, srebro, klejnoty, wódkę i papierosy, bo to towar który nawet w czasie wojny jesteśmy w stanie zamienić na coś, co jest nam niezbędne do życia. Ale jak zamienić BTC na konserwę, gdy za oknem rozgrywa się bitwa ?

Choć w powyższym tekście wymieniłem sporo wątpliwości jakie może budzić BTC u przeciętnego zjadacza chleba (zalety opisuje Eimi), uważam to za całkiem ciekawy środek płatniczy w sieci, choć nie mogę stwierdzić by posiadał on jakiekolwiek atrybuty przemawiające za tym, by wyparł on tradycyjne karty i waluty nawet w sieci. Owszem, możemy wyczekać na moment, w którym chińska mafia zaszaleje i kurs poleci w dół. Dzięki temu nasze zakupy mogą być znacząco niższe - różnica 2800 zł/BTC w piątek a 2560 zł dziś, może czasem stworzyć niezłą okazję. Z drugiej strony patrząc, wcale nie mamy gwarancji, że nawet jak dziś kupimy 1 BTC za 2560 zł, jutro nie spadnie on do 2300, bo ktoś będzie miał taki kaprys i taką siłę przebicia. Choć tradycyjne waluty także podlegają wahaniu, zawirowania na poziomie 10% są naprawdę sporadyczne. Tak czy inaczej, w dziedzinie płatności sieciowych, BTC bez wątpienia ma sporą przyszłość.

Czy pieniądz ten jest wart tego, by brać go pod uwagę jako środek inwestycyjny ? Z całą pewnością tak. Poznałem kilka osób, od kilku lat obracających BTC i zarabiających całkiem nieźle na jego nieobliczanych wahaniach. Jednak jak sami twierdzą, trzeba mieć na to czas, szczęście i mocne nerwy (ściśle rzecz biorąc, chodzi o związek żelaza i jaj).

Spotkałem się też z opinią, że kupując dziś BTC można sobie zabezpieczyć przyszłość. Może nie w sensie emerytury, ale można uzbierać spory kapitał uwzględniając prognozowany, dalszy wzrost jego wartości. Można by się z tym zgodzić, jednakże i w tym wypadku trzeba być czujnym, albowiem tak naprawdę nikt nie wie, jaka jest przyszłość internetowej waluty i choć z pewnością nie zniknie ona w świecie internetu, nikt nie jest w stanie przewidzieć zachowania naszego kapitału, a to przy oszczędzaniu jest najważniejsze.

Jak wynika z moich przemyśleń i w świecie BTC jest pełno oszustów, kombinatorów i hochsztaplerów korzystających bezwzględnie z tego, co im powierza znacznie większa ilość naiwnych, pragnących dorobić się tanim kosztem. Być może BTC jest na samym początku tej drogi, która doprowadzi go do stania się prawdziwą, wolną ale twardą walutą. Być może wszystkie wskazane powyżej analogie, to tylko błędy wieku dziecięcego. Oby.... 

hobby inne

Komentarze