Ekologicznie, to my się oszukujemy...

Dyskusja na temat alternatywnych, ekologicznych źródeł energii trwa w najlepsze od wielu, wielu lat, a końca tej dyskusji nadal nie widać. Są jednak fakty, które wydają się słuszne i niepodważalne. W końcu nikt z nas nie chce, żeby białe niedźwiedzie utraciły swoją ojczyznę, a niewinne foczki ugotowały się w Morzu Arktycznym.

Proces uzyskiwania energii elektryczne w wyniku spalania paliw kopalnych (głównie węgla) powinien zostać definitywnie zakończony. I ciężko z tym dyskutować, choć ciągle pozostaje argument — "A co z górnikami?"

Z całą sympatią dla tej grupy ciężko pracujących ludzi.... czy ktoś przejmował się kiedyś losem zdunów? Snycerzy? 

Tu oczywiście powstaje najważniejsze pytanie — co w zamian. Oczywiście w natarciu są fani odnawialnych źródeł energii, którzy na propozycję "A może atom?" reagują tak samo, jak na propozycję: "a może dwie tony węgla więcej?". Nie, zdecydowanie atom nie jest dobry. Odpady radioaktywne, problem z ich składowaniem, przechowywaniem, przetwarzaniem. Skażenie środowiska, radioaktywna gleba, woda... wszyscy zaczynamy świecić niczym chińskie neony w Pekinie.

No więc przyjrzyjmy się temu, co nam oferują odnawialne źródła energii — woda, słońce i wiatr. Coś pominąłem?

Energia z wody

Tu oczywiście na myśl przychodzą elektrownie wodne. To obiekty wszechstronne. Mogą magazynować wodę (zbiorniki przy elektrowni), co jest niewątpliwie ogromną zaletą w epoce kapryśnej pogody i ciągle krążącego widma powodzi. Rzeczywiście, woda obracająca elektryczne turbiny nie powinna ulegać zanieczyszczeniu i wszystko wydaje się być niemal doskonałe. Niemal... bo wydajność takich elektrowni wodnych nie jest najwyższa. Mogą powstać tylko w specyficznych miejscach.

Najczęściej wymagają one dość gruntownego przebudowania krajobrazu i wtedy jest zabawnie. Z jednej strony ekolodzy bijący brawo, bo udało się uratować białe misie przed utopieniem i foczki przed ugotowaniem, z drugiej strony inni ekolodzy znoszący larum... wycinanie drzew, zalewanie obszarów! Co z motylkiem? Co z maleńkim chomikiem europejskim?

Ciągle mam w pamięci protesty ekologów podczas budowy zapory wodnej w Czorsztynie, którzy sprzeciwiali się budowę zbiornika. Zalane wsie, wycięte lasy, zmiana mikroklimatu, plaga komarów i masowe przykuwanie się łańcuchami młodzieży w poprzek drogi prowadzącej na budowę.

Słońce

Energia słoneczna wydaje się prawie idealna. Nie wymaga przebudowy środowiska, nie wymaga wycinania masy drzew i likwidowania jedynego rejonu lęgowego pasikonika. A jednak ma swoje wady. Wadą najbardziej oczywistą jest... strefa geograficzna. Jeśli ktoś liczy na to, że w Polsce można wszystko zamknąć i zastąpić panelami słonecznymi, jest grubym fantastą. Takie rozwiązanie jest idealne w rejonach, gdzie słońce ma większy udział bombardowaniu fotonami niż w Polsce. Można zabudować pół pustyni panelami i jakoś to będzie. U nas może być to jedynie dodatek do głównego źródła energii. W dodatku... wszyscy zapomnieliśmy o zimie!

Od wielu lat zimy w Polsce były dość łagodne. Ot, czasem popadał deszcz, czasem na chwilę spadł śnieg. Nic strasznego. Jednak w tym roku zima pokazała swoje prawie prawdziwe oblicze. Prawie, bo wcale nie jest to zima apokaliptyczna. Ot, jedna z wielu jakie zdarzały się w Polsce 40 czy 50 lat temu. Śmiem twierdzić, że nikt by jej nie odnotował jakoś szczególnie, a reklamowana "Bestia ze Wschodu" w kategoriach lat 60/70 to nie bestia, a maleńki kociak, który czasem coś spsoci.

Jednak właśnie obecna zima boleśnie pokazała, że panele słoneczne mogą być kompletnie bezużyteczne. Przysypane śniegiem produkują tyle samo energii, ile bateria owocowo-warzywna. Owszem, jeśli mamy tylko kilka takich paneli, można je odśnieżyć. Jeśli jednak mówimy o energii dla kraju czy nawet dla jakiegoś jego rejonu, ktoś musi odśnieżyć nie kilka, a kilkaset paneli i stwierdzić, że gdy już jest w połowie, te pierwsze właśnie są zasypywane kolejnymi opadami śniegu. 

Wiatr

Wiatr rokuje większe nadzieje. Nawet w Polsce wieje i to czasem dość mocno. Zwolennicy elektrowni wiatrowych usilnie nas przekonują, że miliony wiatraków potrafi zaspokoić potrzeby energetyczne państwa, wskazując na przykład Danii. Jak donoszą media, udział energii elektrycznej wytworzonej przez wiatraki w Danii, zaspokoił w 2019 roku aż 47% zapotrzebowania kraju. Imponujące nieprawdaż?

Zapominają jednak dodać, że gdy energii brakuje, Dania czerpie energię z innych źródeł, także z elektrowni atomowych zlokalizowanych w Niemczech. Nawet Duńczycy będący bezdyskusyjnie liderami w produkcji energii elektrycznej przy użyciu wiatru zdają sobie sprawę z tego, że nie jest to źródło, któremu można bezkrytycznie ufać.

W dodatku, jak wskazują bardziej sceptycznie nastawione "szkodniki środowiska", ilość energii niezbędnej do wyprodukowania i zamontowania wiatraka jest zbliżony do tej, jaką wiatrak wyprodukuje podczas całego swojego technicznego życia. Owszem, można zrobić piramidkę i stwierdzić, że jeden wiatrak wyprodukuje energię niezbędną do wybudowania kolejnego wiatraka, tylko... czy to ma sens?

Ja mam jeszcze jeden, skrzętnie pomijany przez eko entuzjastów argument — materiały. Koronnym argumentem dla odnawialnych źródeł energii jest to, czym stara się pogrzebać energię pochodzącą z atomu — odpady. W końcu energia powinna być czysta zarówno w trakcie jej produkcji, jak i wówczas, gdy urządzenie ją wytwarzające przestanie być sprawne, ekonomiczne itd. (niewłaściwe skreślić w zależności od okoliczności). 

Smutno stwierdzić, że wiatraki w zupełności nie kwalifikują się do tej kategorii. Ich łopaty (dość delikatne i trudne w produkcji oraz transporcie) z ekologią nie mają nic wspólnego. Wykonane z żywic i włókna szklanego stanowią odpady, których nie przetwarzamy. Czy w całej tej wiatrowej euforii zastanawialiśmy się, co się dzieje z wiatrakiem, którego żywot dobiegł końca? 

Średni czas żywotności elektrowni wiatrowej wynosi od 20 do 25 lat, a żadnego z jej elementów nie da się użyć ponownie. Jedyną stosowaną praktyką jest jej wyburzenie — koszt to 30 tys. Euro. O ile wiele elementów elektrowni wiatrowej można jakoś wykorzystać lub przetworzyć, problemem staje się wirnik i łopaty śmigła. Zgodnie z wyliczeniami Global Wind Energy Council, po roku 2035 będziemy mieli około 225 000 ton śmigieł do zutylizowania, a w 2040 roku będzie ich już 380 000 ton.

Obecnie pracuje się nad sposobami ich wykorzystania. Są pomysły, aby używać ich przy budowie dróg, przy małej architekturze (ławki, altany, kładki, pomosty itd.), utwardzanie podłoża, wzmacnianie stoków i osuwisk. 

Halo... tak czy inaczej pakujemy je do gleby !! To są elementy tak samo nierozkładalny (w realnym okresie), jak folia, butelki PET itd. . Czy ktoś z nas dopuszcza myśl, aby butelki PET zakopywać w ziemi na lepsze czasy?

Pomysły na ich wykorzystanie są ciągle pomysłami na niewielką skalę. Nie ma się co oszukiwać, wiatraków przybywa, będzie przybywać śmigieł, z którymi nie wiadomo co począć. Optymistycznie szacunki mówią, o możliwości ponownego wykorzystania około 30% kompozytów uzyskanych ze zużytych śmigieł. To oznacza, że w 2035 roku być może będziemy musieli zakopać 150 000 ton kompozytów, a w 2040 roku będziemy mogli zakopać jakieś 260 000 ton kompozytów, czyli więcej niż całość odpadów z 2035 roku.

Tak, na obecną chwilę ekologiczne szczątki wiatraków zakupuje się w ziemi na masową skalę. Więc ja się pytam: Gdzie tu jest ekologia i czy argument o kłopotach ze składowaniem odpadów z elektrowni atomowych ma sens?