Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Pasja czyni cuda...

Czy zauważyliście, że postęp technologiczny zabija niektóre zawody. Cenieni niegdyś fachowcy powoli zanikają albo muszą się troszkę dopasować do współczesnych czasów tracąc trochę na swojej "magii". Tak jest choćby z zegarmistrzami. Dosyć dawno temu, zegar czy zegarek był towarem mocno luksusowym i nie chodzi mi tu o czasy baroku, ale dużo bardziej współczesne. Toteż zegarki, wówczas mechaniczne się pielęgnowało, naprawiało i darowało np. w charakterze prezentu komunijnego. Z uwagi na skomplikowane i bardzo delikatne układy mechaniczne także cenieni byli ludzie, którzy potrafili zegarek naprawić, oczyścić, wyregulować lub nawet odrestaurować. Dobrze pamiętam czasy, gdy zakładów zegarmistrzowskich było naprawdę bardzo dużo i człowiek bez problemu mógł dostarczyć swój nie działający "towar luksusowy" marki Wostok do odpowiedniego fachowca by ten go naprawił i sprawił, że zegarek przyspieszał tylko 15 sekund na dobę a nie 23 minuty.

A teraz zastanówcie się, gdzie w pobliżu was jest zegarmistrz ? Pewnie niewiele osób będzie miało z tym problem, jednak wielu z was wskaże zegarmistrza który wymieni baterię w zegarku Casio i zmieni pasek. Tyle, że to nie zegarmistrz, choć czasem taki ma szyld, a zmieniacz baterii i pasków. O prawdziwego zegarmistrza dziś naprawdę trudno, a ja dzięki swojemu hobby, hobby mojego ojca trafiłem na prawdziwego zegarmistrza którego pasja sprawiła cud, a przynajmniej tak mi się wydaje.

Gadżety Apple

W swojej długoletniej historii Apple miało epizody z gadżetami. Były to przedmioty rozmaitego użytku, opatrzone logiem nadgryzionego jabłuszka. Dosyć sporo gadżetów pojawiało się w latach 90-tych, były to rozmaite torby, saszetki, plecaki, kubki, długopisy, notesy, nawet bluzy (posiadam taką), czapeczki (też posiadam), buty, krawaty, karty do gry, wiele innych drobiazgów.... i w końcu zegarki.

r   e   k   l   a   m   a

Zegarki Apple były typowym gadżetem reklamowym, który pojawiał się w niewielkich seriach, sprzedawano je zazwyczaj w niezbyt wygórowanych cenach lub dodawano gratis klientom lub na rozmaitych szkoleniach, prezentacjach i pokazach. Nie były to jakieś niesamowite konstrukcje, ot zegarki które na zlecenie Apple robił ktoś w Japonii lub Szwajcarii. Pomimo faktu, że w świecie kolekcjonerów nie cieszą się jakimś szczególnym poważaniem, wśród zbieraczy gadżetów Apple (takich jak ja) wzbudzają zainteresowanie i stanowią ciekawą atrakcję.

Były także zegarki, które pojawiały się z powod jakiegoś konkretnego wydarzenia związanego z Apple. Z takiego powodu na rynek trafił jeden z chyba bardziej popularnych zegarków, wypuszczony z okazji premiery Mac OS 8. Tradycyjnie nie była to jakaś wielka seria, nie mniej można było wówczas zakupić taki dziwaczny zegarek, by dziś cieszyć się gadżetem za kilkaset USD.

Kupuję zegarek

Pomysł zakupienia jednego z reklamowych zegarków Apple od dawna chodził mi po głowie, acz rozsądek podpowiadał, że wydanie prawie 100 USD aby sprowadzić "reklamówkę" z USA jest pomysłem takim sobie. Szczerze mówiąc, wolę sobie kupić kolejnego Swatch'a (to moja ulubiona marka zegarków) w tej cenie. Ostatnio jednak buszując po necie znalazłem ogłoszenie dotyczące sprzedaży zegarka "Aple" w bardzo okazyjnej cenie 100 zł. Ogłoszenie oczywiście posiadało zdjęcie oraz informacje, że zegarek wymaga wymiany baterii. Nie będę ukrywał, że mocno przypaliłem się na tą ofertę, gdyż kupno tego zegarka w USA i jego sprowadzenie o koszt około 150-200 USD. Skontaktowałem się telefonicznie ze sprzedawcą i po omówieniu wszelkich detali wieczorem przelałem na wskazane konto kwotę 100 zł plus koszt wysyłki.

Jeszcze wieczorem zajrzałem na ogłoszenie i ku mojemu zaskoczeniu... cena zegarka wzrosła do 200 zł, a w opisie pojawiła się informacja, że sprzedawca po zweryfikowaniu ofert na amerykańskich serwisach aukcyjnych zdecydował się podnieść cenę. Nieco zaniepokojony tym zdzwoniłem do sprzedawcy, który na szczęście oświadczył, że ze mną był umówiony na 100 zł więc tych ustaleń się trzyma i jak pieniądze zostaną zaksięgowanie, ściąga ogłoszenie co też stało się następnego dnia rano.

Kilka dni oczekiwania na gadżet na który polowałem od wielu lat było bardzo długich, aż listonosz dostarczył kopertę z zegarkiem.

Co nagle to po diable...

Przypalanie się nie jest najlepsza metoda na rozsądne zakup i tak też było w tym wypadku. Z miejsca pognałem do pobliskiego "zmieniacza baterii", który ku mojej rozpaczy stwierdził:

To złom. Zegarek jest zepsuty i nie sądzę by ktoś go naprawił.

Załamałem się nie tyle faktem wydania 100 zł, co faktem że będę miał gadżet, który jest niesprawny i bez wielkiej wizji naprawienia. Diagnozę potwierdził też inny "prawie zegarmistrz" który oprócz wymiany baterii potrafi także wymienić cały środek zegarka. Poszedłem do niego z nadzieją, że dobierze do obudowy jakieś wnętrze z innego zegarka. Niestety, podobno konstrukcja jest trochę unikatowa i "prawie zegarmistrz" nawet nie bardzo kojarzył, czym można by zastąpić wnętrze mojego zegarka.

Ostatnia nadzieją była wiedza mojego ojca, który od lat jest miłośnikiem zegarków tyle, że mechanicznych. Od niego uzyskałem namiary na dwa zakłady, które naprawiają zegarki i informacje, że z takimi problemami chodzi się do fachowców, a nie do sklepowych punktów wymiany baterii.

Zakład mieszczący się w centrum Krakowa odrzuciłem, gdyż nie jest on zbyt tani, choć ponoć dwaj zegarmistrze prowadzący go dokonują prawdziwych cudów łącznie z dorabianiem brakujących elementów tarcz itd. Trochę też głupio byłoby iść do nich z plastikową reklamówką "Apple" i zostawić go w otoczeniu Dox z lat 50-tych.

Drugi zakład wydawał mi się dużo ciekawszą propozycją.

Zapach myszy i czy to moja bajka ?

Niewielki zakład pachnący "myszami" (jak mawia moja żona) w rzeczywistości pachniał antykami. Wewnątrz starszy, siwy Pan bardzo cierpliwie i z ogromna pasją objaśniał starszej, wysuszonej pani detale naprawy jej drewnianego zegara, który posiada tarczę jak talerz i co godzinę robi "BAMMMMM, BAMMMMM" budząc u mnie wspomnienia dzieciństwa u babci, która też miał tego typu zegar. Długo musiałem czekać na swoją kolej, jednak owe "długo" zaowocowało u mnie zdobyciem nowej wiedzy na temat budowy i konserwacji zegarów, jaką przekazywał "pasjont" zegarmistrz z "okularem" na lewym oku. Czy myślicie, że jak taki człowiek później ma wadę wzroku na to oko, to jest już choroba zawodowa ?

Trochę czułem się jak Alicja w krainie czarów, gdy w świecie drewnianych zegarów i metalowych budzików tykających wokół, wyciągałem swoją plastikową reklamówkę "Apple". Jednak Zegarmistrz spojrzał w jej wnętrze swoim uzbrojonym w okular, okiem i powiedział.

Przerwana cewka.

Nie jestem ekspertem ale nawet ja wiem, że uszkodzenie tego cienkiego, izolowanego, miedzianego drucika praktycznie zawsze oznacza wyrok śmierci dla zegarka. Westchnąłem i stwierdziłem, że trudno, będzie jako złom.

Zegarmistrz uśmiechnął się z politowaniem i powiedział:

Czy ja powiedziałem że to złom ? Czy to Pan jest zegarmistrzem czy ja ?

Kazał mi przyjść za trzy dni bo musi pomyśleć czy naprawiać czy zmieniać mechanizm.

I zmartwychwstał trzeciego dnia....

Po trzech dniach pojawiłem się w zakładzie. Pan wręczył mi działający zegarek i z uśmiechem oświadczył, że udało mu się go naprawić bez konieczności dobierania innego mechanizmu. Zegarmistrz odwinął kawałek uszkodzonej cewki i ponownie przylutował do "płyty głównej" zegarka cienki jak włos przewód cewki. Poinformował mnie też, że zegarek będzie mniej dokładny niż dotychczas (akurat to mi jest obojętne) ale działa. Ponieważ sekundnik czasem potrafił się przyciąć na godzinie 8-mej, pozwolił sobie rozebrać mechanizm, przesmarować i wyczyścić. Pan Zegarmistrz (celowo piszę z dużej litery) stwierdził, że jeden z metalowych trybów wewnątrz (co jego zdaniem świadczy o solidnej konstrucji, gdyż reklamówki mają tryby raczej plastikowe) jest nieco wytarty i trzeba go będzie za jakiś czas zmienić. Na poprawne działanie zegarka dostałem 6 miesięcy gwarancji pisemnej.

A teraz nie zgadniecie ile mnie to wskrzeszenie kosztowało. Siedzicie wygodnie ?

Całe 35 zł (słownie: trzydzieści pięć złotych.)

Oczywiście i w mojej sytuacji odbieranie trwało dosyć długo, a w czasie tego "długo" dowiedziałem się jak budowane są tarcze w zegarkach, dlaczego w tym moim ciężko dobrać mechanizm, jaki tryb należy wymienić i dlaczego i jak wygląda proces wymiany takiego trybu, jak wygląda wymiana tarczy i restauracji starych, mechanicznych zegarków i cała masę innych, naprawdę fascynujących informacji.

Wychodząc z zakładu byłem zaskoczony, iż Zegarmistrz mimo swoich lat, dzięki swojej pasji i wiedzy naprawił coś, co wydawało się być niemożliwym do naprawienia i czego nie chcieli i nie potrafili zdiagnozować o wiele młodsi zegarmistrze zmieniacze baterii.

Kończąc dzisiejszy wpis zacząłem się zastanawiać, czy w przyszłym świecie smart watchy, produktów których się nie naprawia tylko zastępuje kolejnymi generacjami, czy tacy ludzie jak Pan Zegarmistrz nadal znajdą swoje miejsce, czy znajdą swoich następców, ludzi młodych, którzy z równie wielką pasją będą kontynuować ich dzieło ?

Na zakończenie.

Wpis bardz odwleczony w czasie. Napisałem go w maju, bo wówczas opisane wydarzenia miały miejsce. Długo się wahałem czy go opublikować, czy kogoś zaciekawi i skłoni do refeleksji. Mam nadzieję, że tak. A zegarek od maja chodzi nienagannie, choć raczej go nie noszę. Na dzień dzisiejszy owa miejsza dokładność wynikająca ze skrócenia cewki przyspieszyła go o 3 minuty, co daje około 1 sekundy na dobę. Tragedii nie ma.


 

hobby inne

Komentarze