Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Rok Linuksa nadejdzie... ale nie prędko

W zasadzie mógłbym zatytułować ten wpis "Linux w oczach Apple Usera" lub coś w tym stylu, jednak nie chciałbym się ograniczać tylko i wyłącznie do mojego spojrzenia na jeden z trzech najpopularniejszych na planecie systemów operacyjnych na nasze komputery i chyba nie tylko komputery.

Mój pierwszy kontakt z linuxem miał miejsce wiele lat temu, wydaje mi się, że było to początkiem lat dziewięćdziesiątych. Wówczas jeden z moich kolegów, na codzień użytkownik Amigi zajmował się pierwszymi wersjami Linuxa dystrybucja Debian na komputerze swojego ojca - klasycznym, choć nieźle "wypasionym" komputerze PC. Nie pamiętam dokładnej specyfikacji tego komputera, pamiętam natomiast, że była to maszyna serwerowa oparta na procesorze Intel 486 (choć coś mi chodzi po głowie, że miała dwa procesor 486. Były takie ?). Kolega (nawet imienia jego już nie pamiętam) całymi dniami siedział i pracowicie "kompilował jądro" - co wówczas niewiele mi mówiło. Linux wówczas nie mógł zaimponować swoim trybem tekstowym i niezmiernie siermiężnym środowiskiem graficznym oparym chyba na X Window System. Pomimo faktu, że dostałem wówczas od kolegi kilkanaście (chyba było ich 12) płyt CD z dystrybucją i źródłami Debiana, nie poświęciłem mu wiele czasu i uwagi.

W późniejszym okresie, od czasu do czasu, miałem możliwość spotkania się z Linuxem u znajomych (Fedora, Mandriva, Ubuntu) jednak sam, żyjąc w świecie Apple nie odczuwałem potrzeby interesowania się głębiej Linuxem i nie ukrywam, że powstrzymywało mnie wiele stereotypów jakie otaczały Linuxa i jakie wówczas też powtarzano wobec Mac OS i Mac OS X - brak oprogramowania, skomplikowane i wiele innych, tym podobnych, niekoniecznie prawdziwych historii. Najdłuższą moją przygodą z Linuxem było usiłowanie stworzenia z komputera eeePC 700 mojej koleżanki, czegoś nadającego się do pracy.

r   e   k   l   a   m   a

Asus eeePC 700


  • Procesor: Intel Celerom M 933 MHz
  • Pamięć: 513 MB Ram DDR2
  • Układ graficzny: GMA900
  • Wyświetlacz: 7" o rozdzielczości 800x480
  • Dysk: SSD 2 GB

Komputerek ten pracował pod kontrolą jakiejś dystrybucji Linuxa (obraz iso posiadam do dziś), ale koleżanka chciała Windows XP. Problem w tym, że po instalacji Windows XP nie zostawało zbyt wiele miejsca na jakiekolwiek dodatkowe oprogramowanie, a fabryczny Linux nie posiadał podstawowych narzędzi poza przeglądarką i programem do maili. Toteż eksperymentowałem na nim z rozmaitymi dystrybucjami Linuxa i ostatecznie wrócił do właścicielki z zainstalowanym Ubuntu, ale z tego co wiem, nie wzbudził w niej większego zachwytu i szybko został sprzedany.

Po tym dosyć długo biernie obserwowałem świat Linuxa, przyswajając bez większego entuzjazmu kolejne zmiany, pomysły i podziały w społeczności Linuxa. Nie, nie dla tego, żebym uważał Linuxa za coś gorszego, poprostu nie stanowił on rozwiązania dla moich potrzeb związanych z użytkowaniem komputerów.

Przychodzi dziewczyna do biura...

W firmie w której pracuję jest kilka komputerów pełniących rolę głównie maszyn internetowo-biurowych, a osoby na nich pracujące nie są specjalnie zainteresowane poznawaniem komputerów i ich zawiłości - ot, po włączeniu ma działać i tyle. Ponieważ są to komputery kupowane bez jakiegoś większego zamysłu (kupowano co sprzedawca polecał), toteż działają one pod kontrolą jedynie słusznego systemu Windows. Dwa tygodnie temu do biura trafiła nowa pracowniczka dla której komputera oczywiście brakło i stanęliśmy przed odwiecznym dylematem - kupować nowy czy reanimować jakiś starszy. Ponieważ nowa koleżanka będzie pracowała tylko do końca marca, a jej praca nie wymaga wydajnej maszyny, postanowiłem spróbować reanimować jeden ze starszych (może nawet zabytkowych) laptopów leżących w piwnicy naszej firmy.

Z piwnicznych zakamarków wyciągnąłem komputer Acer Aspire 3690. To mocno leciwa już maszyna z procesorem Intel Celeron M 430 @ 1.73 GHz, 1 GB pamięci RAM i GMA950. Problem w tym, że dysk komputera był wyczyszczony, a sam komputer nie posiadał naklejki potwierdzającej legalność ewentualnej instalacji Windows XP, choć niewątpliwie w 2013 roku jeszcze ją posiadał. Także poszukiwania nośnika czy też choćby pudełka z systemu Windows XP jaki był niegdyś na Acerze, nie przyniosło większych efektów.

Ponieważ kupno jakiegokolwiek systemu do komputera wartego jakieś 150-180 zł pozbawione jest sensu, postanowiłem i tym razem spróbować Linuxa wierząc, że potrafi on w jakimś stopniu wykorzystać resztki potencjału tej maszyny i sprawić, że przez te kilka miesięcy umożliwi on pracę nowej koleżance.

O dystrybucjach słów kilka

Jestem pewien, że poniższa część rozbawi do łez codziennych użytkowników Linuxa, ale pamiętajcie o tym, że ja jestem rozpuszczonym dzieckiem Apple. Mnogość dystrybucji Linuxa może jest i świetnym rozwiązaniem dla społeczności interesującej się tym systemem, jednak dla człowiek z boku to prawdziwy problem - którą wersję (dystrybucję) wybrać ? Rozpocząłem studiowanie informacji w necie i bynajmniej wiele mi to studiowanie nie pomogło. Co osoba, to polecała coś innego. Co portal, to inne pomysły, wymieniane wady i zalety, czasem istotne bądź zupełnie nie. Krótko mówiąc - od nadmiaru pomysłów głowa mnie rozbolała toteż bazując na swoich dotychczasowych doświadczeniach postanowiłem sprawdzić to, co w jakiś sposób już znałem. Założenia miały być takie, że dystrybucja miała być mało problematyczna, miała posiadać trochę oprogramowania które da się zainstalować bez zbędnych guseł i czarów oraz... miał wyglądać ładnie (a to już moje applowskie widzimisię). Tak więc na starcie stanął:


  1. Ubuntu
  2. Fedora
  3. OpenSuse
  4. Mint
  5. Debian

i z takim zestawem przystąpiłem do weekendowej zabawy z komputerem.

Fedora, choć wzbudzała moje największe zainteresowanie odpadła na starcie. Po uruchomieniu komputera z płyty DVD, komputer informował:

8.091089] Failed to find cpu0 device node

po czym przechodził do menu instalacji i po wyborze opcji instalacji ekran stawał się czarny, a komputer ewidentnie nic więcej nie robił poza regularnym i jednostajnym mruganiem diody informującej o pracy czytnika DVD. Być może była to kwestia jakiś błędów na płycie DVD ? Nie mam pojęcia.

OpenSuse bez większych problemów wystartował i objął we władanie leciwego Acera. Choć wizualnie dość atrakcyjny, nie wskrzesił leciwego komputera na tyle, by umożliwić na nim jakąkolwiek rozsądną pracę. Wentylator na procesorze się rozszalał, a komputer zaczynał niebezpiecznie drgać chcąc wzbić się do lotu. Dioda informująca o pracy dysku zamieniła się w lampkę, a sama praca komputera dawała tyle emocji, ile daje grzybobranie. Tak więc ze smutkiem pożegnałem kameleona.

Mint w którejś tam, poprzedniej wersji kiedyś mnie bardzo zainteresował. Widziałem go na komputerze kolegi i stwierdziłem wówczas, że to naprawdę schludna (jeśli chodzi o stronę wizualną) wersja Linuxa. Toteż ucieszyłem się, że podobnie jak OpenSuse nie sprawił problemów przy instalacji. Po odpowiednim skonfigurowaniu wszystkiego co miało umożliwić koleżance pracę, oddałem komputer w jej ręce. Mint potrafił zmusić tą leciwą maszynę do większego wysiłku, choć Acer ciągle narzekał przy pomocy swojego wentylatora na zbyt wyśrubowane oczekiwania. Jednakże już następnego dnia, komputer wrócił do mnie z problemem "zawieszania" się. Po głębszej analizie okazało się, że z nieznanych mi przyczyn "Cinnamon" nieoczekiwanie kończył pracę proponując restart lub wyłączenie. Restart rozwiązywał problem na kilkanaście minut, wyłączenie sprawiało, że choć komputer pracował, większość elementów graficznych systemu znikała.

Kolejne podejście to osławione Ubuntu. System prosty i niezawodny. Dla ludu. Rzeczywiście, instalacja przebiegała bez najmniejszych problemów. Posiadał wszelkie, niezbędne narzędzia, a z powodu swojej popularności dużo łatwiej o gotowe i łatwe do zainstalowania przez "zielonego użytkownika" oprogramowanie. Co prawda wydaje mi się, że w stosunku do poprzednich wersji (chyba w stosunku do wersji 10 z jaką niegdyś miałem styczność) ograniczono możliwości ingerencji w stronę wizualną Ubutu, jednak całość wyglądała schludnie i przyjaźnie. Pomimo tych niewątpliwych zalet dla nowego amatora Linuxa, Ubuntu działało zauważalnie wolniej niż nieodżałowany Mint.

Ostatnią moją nadzieją był czysty Debian, którą to instalację odradzało mi wielu znajomych twierdząc, że Debian wymaga nieco więcej znajomości tematu niż Ubuntu czy Mint. Niezrażony tym i pomny o zachwyty kolegi sprzed lat nad Debianem podjąłem takie ryzyko wychodząc z założenia, że skoro już tyle testowałem to mogę przetestować i Debiana. I Debian okazał się strzałem w dziesiątkę... no może w dziewiątkę.

Komputer nie tylko dosyć przyzwoicie się zachowuje, ale także wentylator jest słyszalny zdecydowanie rzadziej niż dotychczas. Debian nie powoduje też nieoczekiwanych niespodzianek w postaci nieoczekiwanego zakończenia pracy "Cinnamona", a przeglądarka Iceweasel będąca zarazem głównym narzędziem pracy koleżanki nie sprawia problemów przy wyświetlaniu stron i umożliwia nawet wygodną pracę z kilkoma kartami naraz (choć wówczas wentylator przyspiesza). Także i przeglądarka Chrome sprawuje się całkiem przyzwoicie co z ulgą przyjęła nowa, gdyż Chrome zna i używa na komputerze domowym.

Całość działała na tyle przyzwoicie, że postanowiłem wykorzystać komputer i jego operatorkę nie tylko do zadań związanych ze stanowiskiem. To jednak wymagało zainstalowania kilku aplikacji więcej i dodatkowej konfiguracji. Tu też zaczęła się moja nauka Linuxa, gdyż nie wszystko działa tak jak na OS X - klik i jest.

Debian standardowo posiada pakiet biurowy LibreOffice, tak więc pomyślałem, że koleżanka od czasu do czasu mogłaby zrealizować kilka zadań biurowych, ale do tego potrzebna jest drukarka. W biurze posiadamy drukarkę ze skanerem Brother DCP-7055W, która umożliwia drukowanie i skanowanie poprzez WiFi (nawet z iPada). Na stronie firmy Brother (europejskiej bo USA się do tego modelu nie przyznaje) znalazłem sterowniki do drukarki, lecz okazało się, że można ją zainstalować tylko i wyłącznie z terminala za którym nie przepadam, a który jest całkowicie niezrozumiały dla przyszłej operatorki komputera. Tak więc musiałem się dokształcić i po wykonaniu kilku czarów drukarka zaczęła drukować tak jak należy - po sieci WiFi, ale skanować nie chce. Trudno.

Drugim wyzwaniem, choć zdecydowanie prostszym było umożliwienie dostępu komputera do DropBoxa. W tym wypadku dostawca Dropboxa oferuje wygodną do instalacji paczkę, jednak komputer uparcie traktował ją jako archiwum, a nie jako pakiet do instalacji. Musiałem koleżance podpowiedzieć, że należy wymusić na Debianie skorzystanie z Menadżera Pakietów, a nie zdawać się na inteligencję pingwina. Muszę przyznać, że Menadżer Pakietów jest całkiem prostym narzędziem, choć komuś kto się przesiada z innych systemów należy pokazać do czego służy.

Po wskazaniu koleżance możliwości zmiany motywów, instalacji rozszerzeń i apletów mogła ona sobie dopasować komputer do swoich osobistych preferencji, instalując między innymi informacje o pogodzie i parę innych drobiazgów. Tylko system aktualizacji i wyszukiwania oprogramowania nie wzbudził w niej najmniejszego entuzjazmu, ale o tym za chwilę.

Ja ze swojej strony postanowiłem zainstalować sobie emulator Macintosha (na potrzeby przyszłych wpisów na DP) i tu znowu mały problem. Emulator vMac zainstalował się bez najmniejszych problemów natomiast nie udało mi się zainstalować Basiliska II, który twierdzi, że nie może połączyć jakiejś tam biblioteki, ale rozumiem, że to bardziej problem twórców Basiliska niż Debiana.

Ogólnie całe rozwiązanie polegające na wdrożeniu naprawdę leciwego już sprzętu do pracy pod kontrolą Linuxa można uznać za udane, choć zmusiło mnie ono do pewnych refleksji.

Rok Linuxa ? Może kiedyś... ale jeszcze nie teraz.

Co jakiś czas spotykam się z określeniem, że nadchodzi lub nadejdzie rok linuxa. Linux ma wreszcie zaistnieć "na poważnie" w świadomości szarego Kowalskiego zwiększając swój udział wśród użytkowników domowych i biurowych. Dodatkowym "paliwem" dla tych twierdzeń są pojawiające się co jakiś czas informacje, że jakieś tam biura, urzędy zrezygnowały z Windows na rzecz właśnie Linuxa, choć nie oszukujmy się, nie wynika to z fascynacji Linuxem, ale głownie z założeń ekonomicznych.

Moim zdaniem, mityczny rok Linuxa jeszcze ciągle przed nami, choć nie jestem pewien, czy kiedykolwiek nadejdzie, a przyczyn jest kilka. Zacznijmy od tego, kim jest najczęściej dziś spotykany użytkownik komputera ? A więc jest to osobnik (lub osobniczka) nie mająca ochoty na szukanie, analizowanie dlaczego coś działa lub nie działa, dlaczego instalować to a nie tamto i wreszcie jak to zainstalować. Większość współczesnych użytkowników chce wyciągnąć komputer z pudełka, włączyć i mieć dostęp do internetu. Po podpięciu urządzeń zewnętrznych najlepiej gdyby działało ono odrazu, ostatecznie można wgrać jakieś sterowniki. Komputer powinien być bezpieczny, a więc być odporny na wirusy i różnego rodzaju "psikusy" i powinien się sam aktualizować, tak aby użytkownikowi nie przeszkadzać. Gdy użytkownik odczuje potrzebę posiadania jakiegoś dodatkowego oprogramowania, powinen mieć możliwość łatwego jego wyszukiwania, czytelnego (najczęściej wizualnie) określenia czy spełnia ono jego potrzeby i prostej jego instalacji. I niestety, takie założenia zdecydowanie lepiej wypełnia Windows czy OS X. Trudno tu się nie zgodzić z Eimim....

Wydaje mi się też, że sytuacji nie poprawia atmosfera wewnątrz społeczności skupionej wokół rozwoju Linuxa. Być może się mylę, ale z zewnątrz wygląda to tak, jakby każdy miał własny pomysł na rozwój tego systemu i każdy chce, aby jego pomysł uznać za najlepszy, ale może się mylę. Dla człowieka z zewnątrz komunikaty dobiegające ze środowiska Linuxa są raczej mało optymistyczne.

- Zróbmy to tak bo tak jest najlepiej !
- nie, nieprawda ! Tak jest do d... najlepiej jest tak, jak ja robię !

Linux, od czasów gdy miałem z nim pierwszą styczność, poczynił naprawdę olbrzymie postępy we właściwym kierunku. Umożliwia on uprawianie "grzebactwa" tym, którzy tego pragną i aspiruje do tego by być systemem dla ludu, choć te aspiracje ciągle nie mogą być w pełni wypłnione. Jego olbrzymie możliwości konfiguracji i mnogość dystrybucji wydają się być idealnym rozwiązaniem sprzecznych oczekiwań "grzebaczy" i "zielonych użytkowników". Problem w tym, że:


  • "Zielony użytkownik" nie ma ochoty zastanawiać się, którą dystrybucję Linuxam ma wybrać dla siebie, a jak wskazują moje doświadczenia, nie każda będzie idealna. Mnogość dystrybucji może i oznacza wolność, ale w oczach "zielonego" oznacza kompletny chaos, bo dla niego Mint poza nazwą niczym nie różni się od Debiana (nawet wygląd podobny), więc dlaczego ten a nie tamten ?
  • "Zielony użytkownik" będzie zdziwiony, dlaczego jeden program instaluje się poprzez kliknięcie, a inny wymaga znajomości wiedzy tajemnej terminala lub Menadżera pakietów.
  • "Zielony użytkownik" będzie zbulwersowany tym, że jego drukarka nie chce działać z jego komputerem lub działa częściowo. Owszem, spodziewa się że może jest jakieś rozwiązanie tego problemu, ale dlaczego ma go szukać i gdzie ma go szukać ?

Takich i wiele innych problemów czycha na "zielonego użytkownika", który po pierwszej swojej porażce porzuci brutalnie myśl o Linuxie i wróci do tego co jest ogólnie znane, choć bynajmniej nie jest wolne od problemów. Rzecz w tym, że dużo łatwiej je rozwiązać.

Na koniec coś ode mnie...

Mimo że byłem pełen obaw, wyzwanie wskrzeszenia Acera potraktowałem dosyć humorystycznie i rozrywkowo. Nie zrażałem się problemami i generalnie uważam, że na chwilę obecną Linux odgrywa zdecydowanie zbyt małą rolę jak na możliwości i warunki pracy jakie oferuje. Nie jest to jeszcze system dla "zielonego użytkownika", ale też przestał być rozwiązaniem dla geeków z denkami od słoików zamast okularów. Linux obrał właściwy kierunek. Stał się świetnym rozwiązaniem dla tych, którzy pragną dowiedzieć się czegoś więcej i nie boją się komputerów... nawet tych, które już dawno powinny wylądować na szrocie.


 

linux oprogramowanie

Komentarze