Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

SSD do iMaca — Apple czasem irytuje nawet mnie

Życie użytkownika komputerów Apple nigdy nie należało do najłatwiejszych, zwłaszcza wówczas, gdy pragnie on dokonać pewnych zmian w posiadanym przez siebie komputerze. Jednym to przeszkadza bardziej, innym mniej, a ja jestem chyba przyzwyczajony do tego, że czasem jest „pod górkę”.

W czasach klasycznych Macintoshy użytkownik walczył głównie z dyskami i napędami SCSI. Choć nie był to jakiś „specjalny wynalazek" Apple, dyski SCSI, choć dużo szybsze niż ówczesne im dyski IDE, były także dużo droższe i trudniejsze do zdobycia na ubogim, polskim rynku. O ile w przypadku dysków IDE nie było też większych problemów z ich łączeniem, można było mieć dwa lub w najlepszym razie cztery takie dyski w swoim komputerze, w przypadku komputerów Apple ich ilość mogła być zdecydowanie większa, co wynikało z samej specyfiki SCSI. Tak więc szczęśliwy posiadacz komputera Macintosh, mógł połączyć sobie siedem lub nawet czternaście napędów połączonych w łańcuch, o ile umiał ów łańcuch połączyć i zakończyć specjalnym terminatorem.

Łączenie urządzeń SCSI nie było łatwe, choć metodą prób i błędów można było osiągnąć biegłość w tej dziedzinie, uzyskując tytuł „Terminatora” w społeczności makowej. Dodajmy do tego, że w świecie Apple SCSI to nie tylko dysk twardy, ale także napędy ZIP, iOmega, CD/DVD, skanery lub inne dobrodziejstwa mające ułatwić nam pracę i wymagające szybkiego transferu danych.

r   e   k   l   a   m   a

Pomysł, by w tych bardziej budżetowych komputerach zastąpić SCSI tradycyjnym złączem ATA dla większości użytkowników domowych był iście łaskawym gestem ze strony Apple, bo zamiast wydawać majątek na dysk SCSI o potencjale ledwie zauważalnym przez domowego użytkownika, można było kupić o wiele tańsze dyski ATA, które królowały w świecie komputerów PC.

Apple nie zamierzało tu odpuszczać zupełnie i przynajmniej na samym początku, niektóre dyski ATA działały nie do końca tak jak powinny. Apple montowało fabrycznie dyski z firmware dostosowanym do swoich komputerów. Czym się różnił dysk Maxtora przeznaczony dla Apple od tego samego dysku przeznaczonego na wolny rynek ? Nie mam pojęcia. Zdarzało się jednak, że dyski kupione na wolnym rynku działały nieco gorzej niż ten sam model oferowany przez Apple. Na szczęście stan takiego rozdwojenia jaźni był bardzo krótki i minął.

Po problemach z dyskami nastał problem z pamięcią, choć nie było tu wielkiej winy Apple. W czasach pierwszych Macintoshy z procesorem Power PC G3 pojawiały się problemy z pamięcią (wówczas SDRAM 168 pin). Pamięci, choć standardowo występujące i przyswajane przez komputery PC/Windows, nie zawsze chciały działać poprawnie w poczciwych iMacach. Te oferowane przez samo Apple, choć zdecydowanie droższe, działały zawsze. Te kupowane w „sklepach komputerowych” czasem nie działały i nie miał znaczenia producent, a czasem konkretna seria. Oczywiście i wówczas użytkownik Apple musiał być przygotowany na pewne niedogodności i wiedzieć, które pamięci rzadziej powodują problemy, które częściej, a które prawie zawsze działały. A i tu dobrze było być dogadanym ze sklepem, aby w przypadku problemów dało się dokonać wymiany na inne egzemplarze czy modele. Z czego wynikały problemy ? Dlaczego Apple tak utrudniało ? Otóż w przypadku pamięci wina nie leżała po stronie Apple, ale po stronie ogromnej czułości iMaca na odchylenia od normy działania tych pamięci. Krótko mówiąc, in gorszy był producent pamięci i im mniej przestrzegał specyfikacji, tym większe szanse na problemy w komputerze. Na szczęście i ten problem z czasem minął.

Koronnym wreszcie problemem użytkownika Macintosha był napęd CD/DVD (lub nagrywarki płyt CD). Przez wiele lat, Apple uparcie trzymało się w tej materii złącza SCSI. W wielu komputerach domowych nawet gdy dysk twardy komunikował się z komputerem poprzez złącze IDE, napęd CD ciągle „wisiał” na złączu SCSI. Upór Apple w tej materii wynikał z możliwości uruchamiania komputera bezpośrednio z płyt w czasach, gdy Windows tego jeszcze nie potrafił. Tym samym liczba napędów CD była w pewnym sensie ograniczona, a i one musiały posiadać specjalny Firmware „błogosławiony” przez Apple.

Oczywiści dało się podłączyć inne napędy SCSI albo IDE i na szczęście działały one zazwyczaj poprawnie. Jednak nie dało się z nich zabootować komputera, a więc kwestia instalacji systemu była już wielkim problemem, nie wspierały one pewnych funkcji Mac OS, a nagrywarki nie nagrywały płyt. Oczywiście i w tym wypadku użytkownicy jakoś sobie radzili. W sieci można było znaleźć dosyć obszerną listę napędów całkowicie poprawnie działających z komputerami Macintosh, choć nie miały one owego „błogosławieństwa” Apple. Licznie pojawiały się też mniej lub bardziej zaawansowane programy, które miały umożliwić im poprawne działanie pod Mac OS. To właśnie wówczas narodził się jeden z najlepszych programów do nagrywania płyt CD - Toast, który potrafił zmusić „niekoszerne” nagrywarki do poprawnej współpracy z Mac OS.

Wydawać by się mogło, że były to dawne czasy, o których można by dziś opowiadać tylko zabawne historie. Nic podobnego. Także i później (a nawet i dziś) Apple mniej lub bardziej skutecznie potrafi utrudnić życie użytkownikom, którzy pragną samodzielnie ulepszyć swoje komputery, bez bliższych i kosztownych kontaktów z serwisem Apple.

Chcę ulepszyć iMaca i... nie mogę.

Kilkanaście dni temu, w moje ręce trafił dysk SSD Cruical MX300, który otrzymałem w ramach wygranej w konkursie dobreprogramy.pl. Miałem spore szczęście, gdyż od pewnego czasu myślałem nad instalacją SSD w moim iMacu, a firma Cruical zauważa komputery Apple zamieszczając na swojej stronie informacje dotyczące montażu swoich produktów w komputerach z Cupertino.

Mój iMac będący podstawowym komputerem w domu, już od pewnego czasu wydawał mi się nieco spowolniony przez wbudowany dysk talerzowy. Choć od pewnego czasu zastanawiałem się nad jego wymianą na SSD, jakoś nie mogłem zdecydować się na ten krok z uwagi na ceny SSD. iMac posiada dysk 500 GB i jakoś nie mogłem pogodzić się z myślą, by zainstalować SSD o pojemności mniejszej niż 500 GB, a dyski SSD 500 GB do najtańszych nie należą. Możliwość otrzymania dysku Cruical MX300 o pojemności 525 GB była więc iście uśmiechem losu. Zanim jeszcze dysk dotarł, teoretycznie przygotowałem sobie odpowiednie narzędzia niezbędne do jego wymiany (nie… sam śrubokręt nie wystarczy).

Gdy kurier dostarczył mi dysk, bezzwłocznie przygotowałem sobie stanowisko do rozebrania iMaca, odczepiłem szybę i… przypomniałem sobie, że od któregoś roku Apple zaczęło utrudniać samodzielną wymianę dysków w iMacu. Sprawdziłem i oczywiście mój iMac znajdował się w owej grupie, gdzie wymiana dysku wbrew pozorom wcale nie jest taka prosta.

Począwszy od 2010 roku, w komputerach iMac Apple montowało dyski (głównie WDC Blue) ze wbudowanym czujnikiem wykorzystywanym do obsługi wentylatora. Dyski miały też nieco inny firmware obsługujący ów czujnik. Tak więc dysk w iMacu oprócz standardowego kabla zasilającego oraz kabla SATA, posiadał dodatkowy, cieniutki, dwużyłowy kabelek, łączący dysk z płytą komputera. Co gorsze, wtyczka owego kabelka wpinana do dysku, była dopasowana rozstawem pinów oraz swoim kształtem do dysków Western Digital.

Jakie zadania realizował ów magiczny czujnik ? A no takie same jak inne czujniki. Mierzył temperaturę pracy dysku i w zależności od niej zwiększał lub zmniejszał obroty wentylatora odpowiedzialnego za chłodzenie tej części iMaca, w której dysk był zamontowany fabrycznie. Życie nie jest łatwe i żaden napęd SSD nie posiada złącza umożliwiającego podpięcie owego dodatkowego kabelka, sterującego pracą wentylatora.

Chcąc nie chcąc, odłożyłem modernizację iMaca i postanowiłem poszukać w sieci rozwiązania tej zagadki oraz popytać znajomych.

Przeglądając rozmaite strony, posty, fora i poradniki wyłonił mi się następujący obraz. Całkowite odpięcie czujnika sprawia, że wentylatory iMaca zostają pozbawione jakiejkolwiek kontroli, zaczynają tłoczyć powietrze z maksymalną prędkością, a praca na takim komputerze przypomina pracę w olbrzymiej serwerowni. Nic przyjemnego.

SSD z protezą w tle ?

Jednym z rozwiązań, są liczne programy zajmujące się niezależnym sterowaniem prędkością obrotów wentylatorów. Jedne robią to mniej inne bardziej doskonale. Jedne wykorzystują do sterowania inne czujniki, inne zdają się tylko i wyłącznie na czujność użytkownika komputera. Jedne darmowe, inne płatne (nawet 39 USD). Rozwiązanie niby korzystne. Instalujemy taki program, zaraz po uruchomieniu iMaca wentylatory pozbawione kontroli rozpędzają się do prędkości maksymalnych, ale gdy tylko demon owego programu zacznie działać, wszystko wraca do normy. Tanie i proste, ale nie idealne.

Po pierwsze, czasem zdarza mi się używać Bootcampa na iMacu, a więc musiałbym instalować też odpowiednią wersję tego programu pod Windows. Kwestia druga to fakt, że moim zdaniem programowe rozwiązanie problemu byłoby tylko protezą. Po jakiejkolwiek re instalacji musiałbym pamiętać o ponownym instalowaniu odpowiednich programów, przy chęci sprzedaży iMaca, musiałbym tłumaczyć potencjalnemu nabywcy co i jak, a mnie osobiście coś takiego zniechęcałoby do zakupu komputera. Jakieś takie kombinacje programowe, bo coś działa nie tak, jak powinno ? Problemem byłaby też diagnostyka w razie awarii. Apple Harwdare Test nie zauważa programu do regulacji pracy wentylatora, tylko brutalnie wskazuje awarię czujnika.

Jeśli chodzi i programowe rozwiązanie problemu, można też znaleźć inne, moim zdaniem bzdurne propozycje przepisywania odpowiednich sterowników (kexów) do odpowiedzialnych za pracę wentylatora. Propozycje przeznaczone tylko do pracy w środowisku OS X i jak wynika z komentarzy, zazwyczaj nieskuteczne.

Sprzętowy emulator czujnika. Tego nie grali....

Rozwiązanie drugie, ciekawe, choć nieco droższe. Amerykańska firma OWC znana jest w środowisku Apple z produkcji całkiem ciekawych rozwiązań alternatywnych dla komputerów z logiem nadgryzionego jabłuszka. Oferuje nie tylko możliwość rozbudowy o tańsze i wydajniejsze zamienniki (np. dyski do MacBooka Air), ale też rozwiązania umożliwiające rozbudowę komputera lub znoszące swoiste ograniczenia w tej materii, jakie narzuca Apple. W ofercie OWC znajduje się… sprzętowy emulator czujnika termicznego dysku, przeznaczony właśnie dla iMaca. Jest to nic innego jak kabelek zakończony niewielką płytką z kilkoma układami, imitującymi wiernie pracę czujnika umieszczonego w dyskach Western Digital montowanych w iMacu. Rozwiązanie niemal idealne, komputer po wymianie dysku lub jego zamianie na SSD zachowuje się dokładnie tak samo, jak wówczas, gdy pracował z dyskiem oryginalnym. Zachowane są wszelkie parametry związane z regulacją pracy wentylatora, co jest najlepszym, możliwym rozwiązaniem. Ów sprzętowy emulator poprawnie zachowuje się także podczas diagnostyki komputera i Apple Hardware Test wykazuje go jako w pełni sprawny czujnik temperatury twardego dysku. Cena takiego czujnika to około 35 USD co tragedią nie jest. Tragedią jest koszt wysyłki z USA (około 10-15 USD) oraz czas oczekiwania.

Prowadząc swoje poszukiwania w sieci, trafiłem też na bardzo tanie rozwiązanie, polegające na wpięciu w kabel czujnika opornika o wartości 15 Kom, co miał sprawić, że odpowiedni wentylator pracuje ze stałą prędkością obrotową. Niezbyt głośno, ale na tyle wydajnie, by skutecznie chłodzić wnętrze komputera. Rozwiązanie warte… kilka groszy, choć także nieidealne przecież.

Idąc tym tropem, pomyślałem, że wbudowany w fabryczny dysk czujnik za pomocą zmiennej oporności reguluje odpowiednim wentylatorem iMaca. I robi to niemal dokładnie tak samo, jak czujniki stosowane przez Apple wcześniej — czujniki doklejane do dysku na taśmie. Dalsze poszukiwania w sieci i rozmowy wykazały, że trop jest dobry i zastąpienie luźnego kabelka starym czujnikiem jest rozwiązaniem skutecznym, choć nikt nie wie, czy praca wentylatora jest dokładnie taka sama jak w przypadku czujnika wbudowanego w dysk. Rozwiązanie działa, komputer się nie przegrzewa i z punktu widzenia użytkownika, nie ma znaczenia czy to czujnik stosowany przed 2010 rokiem, czy ten, umieszczony w fabrycznym dysku komputera. Problem w tym, że czujniki te można kupić na portalach aukcyjnych, ale w cenie ponad 100 zł. Zainteresowanym zdradzę tajemnicę. Ów magiczny czujnik składający się ze wtyczki umieszczonej w płycie głównej, dwóch kabelków o długości 15 cm i magicznej, czarnej kostki, czujnik przez wielu wyceniany na więcej niż 100 zł, to nic innego, jak dwa kabelki ze wtyczką z jednej strony, oraz tranzystorem bipolarnym NPN 2N3904 w cenie 8 groszy za sztukę. Emiter i bazę łączymy z kablem czarnym, kolektor z kabelkiem szarym, voula i działa.

Droga na skróty...

Można uznać, że to rozwiązanie najtańsze i najskuteczniejsze. Ale… da się jeszcze prościej, o czym poinformował mnie znajomy postem tej treści:

Zaglądałeś do iMaca z 2012 roku ? To model o podobnej konstrukcji jak Twój. Komputery te były też pierwszymi modelami iMaca ze wbudowanym, fabrycznym dyskiem SSD, ale także występowały z tradycyjnym dyskiem HDD. Dyski w tym modelu miały także wbudowany czujnik temperatury, połączony dokładnie tak jak w Twoim, kabelkiem z płytą główną. A jak było, gdy Apple montowało dysk SSD ? Nie było kabelka, nie było gniazdka na płycie. Piny brakującego gniazda są zwarte na stałe, a komputer pobiera dane o temperaturze ze SMART-u i na tej podstawie reguluje sobie wentylatorami. Z tego co wiem, w Twoim iMacu też to zadziała. Wywal wtyczkę wpinaną do dysku i połącz dwa kabelki.

Zgodnie z sugestią kolegi, tak też uczyniłem i od tygodnia mój iMac wyposażony w dysk SSD działa jak należy, z wykorzystaniem czujnika SMART.

Na koniec nasuwa się pytanie, po co Apple tak utrudniło ? Skąd pomysł na kabelki i wymyślanie nowych rozwiązań starych, dawno już rozwiązanych problemów. Bo w świetle powyższego wpisu, czym różni się stary, przyklejany do dysku czujnik zbudowany na podstawie tranzystora bipolarnego od tego, wbudowanego w dedykowany dysk Western Digital czy od tego czujnika, jaki umieszczony jest w każdym współczesnym dysku posiadającym SMART. Jak wynika z powyższego, kompletnie niczym.

Teorii na ten temat jest wiele. Przeciwnicy Apple twierdzą, że to świadome działanie mające na celu uniemożliwienie wymiany dysku samodzielnie lub wymianę na podzespół inny niż ten, jakie dostarcza Apple. Może coś w tym jest, ale iMac nie jest komputerem, w którym przeciętny Kowalski wymieni dysk samodzielnie. Zresztą samo zabezpieczenie przed nieautoryzowaną wymianą, jak widać dosyć słabe.

Teoria bardziej wyważona mówi o oszczędności. Apple, zamiast produkować doklejany czujnik, zobowiązało Western Digital do stworzenia takiego, a nie innego rozwiązania. Ale czy na pewno ? Odejmując koszt kabelka i wtyczki, bo w obu rozwiązaniach i starym i nowym są takie same, jedynym innym kosztem jest ów tranzystor bipolarny w cenie 8 groszy za sztukę cena detaliczna. Ile Apple mogłoby zaoszczędzić, rezygnując z tranzystora ? Sam bez trudu wskazałbym kilka innych detali, z których Apple mogłoby zrezygnować, robiąc o wiele większe oszczędności, a użytkownik nawet by tego nie zauważył.

Przyznam się, że sam nie mam wyrobionego zdania na ten temat. Przychylałbym się do twierdzenia, że Apple w ten sposób chciało zapewnić sobie optymalny pomiar temperatury a co za tym idzie, optymalną pracę wentylatorów i lepsze chłodzenie iMaca, w którym ze względu na jego konstrukcję, chłodzenie jest zagadnieniem bardzo złożonym.

Jak jednak widać z dzisiejszego wpisu i owe rozdmuchane ograniczenia da się czasem obejść całkiem tanio i skuteczne, choć nie ukrywam, konieczność wyszukania owych rozwiązań, jest czasem zajęciem czasochłonnym, irytującym, ale na szczęście opłacalnym. 

sprzęt porady

Komentarze