Wehikuł czasu z Bajtkiem — 1985 część druga

Drugi numer „Bajtka” pojawił się w październiku 1985 roku. Cena się nie zmieniła, podobnie jak jakość papieru i szata graficzna…. O przepraszam. Ktoś w drukarni znalazł resztki niebieskiej farby drukarskiej, więc tytuł mógł być kolorowy. A co czytelnika czekało w nowym numerze?

Na wstępie (tak słowo wstępne było tradycyjną rubryką „Bajtka”) redakcja pochwaliła się tym, że gazeta spotkała się z ciepłym przyjęciem czytelników, jak i innych dziennikarzy. Do redakcji trafiły pierwsze listy w ilości 1500 szt. Bez wątpienia do dobry odzew dla debiutującej gazety i świadczy tylko o tym, że tematyka komputerów rzeczywiście wówczas pasjonowała. Dla nieco młodszych uwaga – list oznacza zapisaną ręcznie kartkę papieru, z którą trzeba było się pofatygować do najbliższego kiosku z gazetami albo Poczty, zakupić kopertę i znaczek i wrzucić do skrzynki. Całkiem spory nakład pracy, a jednak 1500 osób chciało.

Wisienka na torcie

Myślę, że główną atrakcją drugiego numeru był obszerny wywiad ze Steve Wozniakiem. Nie piszę tego z uwagi na moją prywatną sympatię do Apple, ale to sam „Bajtek” dość wyraźnie podkreśla, że jest to wisienką w drugim numerze. A sam wywiad? Och nie dopatrzylibyśmy się tam wielu niezwykłości. Ogólnie historia Woza i Apple I jest dość dobrze dziś znana. Wówczas była to egzotyka. Patrząc przez dzisiejszy pryzmat łatwo zauważyć to, co często widać u Woza…. Skłonności do meandrowania w historii. Nie mówię, że robi to celowo, nie mówię, że fałszuje historię. Czasem jednak bywa, że rozmija się ze swoimi poprzednimi wypowiedziami na temat różnych wydarzeń. Nie umniejsza to absolutnie tego, że to ciągle genialny facet i inżynier. Ale do rzeczy. Wywiad nie jest autorskim wywiadem „Bajtka” tylko tłumaczeniem wywiadu z 1984 roku opublikowanego przez magazyn „Byte”.

Możemy się z niego dowiedzieć, że zanim powstał Apple I, Woz miał rozrysowane schematy kilku komputerów swojego projektu, żaden nigdy nie powstał, choć każdy byłby działającym sprzętem. Woz opowiedział też historię jego pracy nad grą dla Atari i historia ta dość różni się od tego, z czym możemy się spotkać w biografii zarówno Jobsa, jak i Woza. Dla przypomnienia współcześnie przedstawia się to w ten sposób, że Jobs wykorzystał Woza, dając mu mniej pieniędzy za skończony projekt gry Breakout. Jak pamiętał to Woz w 1984 roku?

Atari do swoich gier używało od 150 do 170 układów scalonych i duży nacisk kładziono na cięcie kosztów, czyli minimalizację potrzebnych układów scalonych. Nolan Bushnel – przezes i założyciel Atari – zobaczył kopię gry PONG (gra Atari), którą zbudował na własne potrzeby Woz. Jednak Woz do jej budowy użył tylko 30 układów scalonych, a więc ledwie 20% z tego, co potrzebowało Atari. Atari kupiło grę Woza i zaproponowało, aby wraz z Jobsem Stworzyli grę Breakout. Jeśli do jej zbudowania zużyją mniej niż 50 układów scalonych, dostaną 700 USD. Jeśli zbudują grę, używając nie więcej niż 40 układów, dostaną 1000 USD. Atari nie wyznaczyło terminu realizacji zlecenia, wyznaczył je Jobs – 4 dni. Dlaczego tylko cztery dni? Bo Jobs miał lecieć na farmę jabłkową do Oregonu!! Wraz z Jobsem w ciągu czterech dni zbudowali działającą grę Breakout złożoną z 42 układów. Tak więc obaj panowie musieli zadowolić się 700 USD.

Dalej Woz wspominał, jak budował własne terminal i nielegalnie podpinał je z komputerami na uczelniach i włamywać się do sieci ARPA. Przy pomocy własnych terminali grał w gry, wykorzystując komputery, do których udało mu się podpiąć.

Historia powstania Apple I jest dość znana, a jeśli ktoś ma ochotę sobie coś odświeżyć, zapraszam do moich poprzednich wpisów Apple I Jeden z sześciu. Nie znajdziecie w nich jednak informacji, że Apple I jakie budował na początku Jobs i Woz powstawały bardzo często z użyciem układów kupowanych na przecenie i nie zawsze spełniających normy producenta. Stąd prędkość pracy poszczególnych modeli Apple I czasem dość zauważalnie się różniła, choć teoretycznie były takie same.

Woz także wyjaśniał, skąd pochodziła nazwa firmy Apple. Jeśli dziś będziecie szukać w literaturze, historii jest kilka. Jedna, że nazwa Apple była przed Atari inna, że to od jabłek. Już w 1984 roku Woz rozmywał wszelkie historie na ten temat.

Wymyśli ją Steve Jobs, a że o jest typem człowieka raczej zamkniętego w sobie, do dzisiaj nie wiem co go na nią naprowadziło. Po prostu przyszedł z gotowym pomysłem. (…) może to mieć związek z jabłkami z sadów w Oregonie. Mogło się też zdarzyć, że po prostu spodobało mu się samo słowo.

Woz wspominał także historię, jak zaproponował HP opracowanie komputera domowego w cenie poniżej 800 USD. Komputer ten miałby mieć wbudowany BASIC i być podłączany do domowego telewizora. Na rozmowę skierowano Woza do szefa zespołu pracującego nad komputerem stołowym HP 9830. Ten wysłuchał pomysłu Woza i stwierdził, że HP nie może zdecydować się na pracę nad hobbystycznymi zabawkami. Naruszyłoby to wizerunek firmy.

Po tej rozmowie Wozniak dostał pismo HP z oficjalnym zrzeczeniem się praw do jego pomysłu. Gdy Wozniak i Jobs zaczęli sprzedaż pierwszych egzemplarzy Apple I, HP rozpoczęło do zera pracę nad 8-bitowym komputerem domowym CAPRICORN, a Wozniak stwierdził, że zaczęli w tym miejscu, w którym on był kilka lat wcześniej.

Na rodzimym podwórku

Nie powinno nikogo dziwić, że "Bajtek" większość swojego numeru poświęcił komputerowi, który wówczas był najpopularniejszy – ZX SPECTRUM. W numerze omówiono dość dokładnie, jak działa klawiatura ZX SPECTRUM od strony technicznej i programowej. Wbrew pozorom, klawiatura ZX SPECTRUM była o wiele bardziej skomplikowana, niż może się to wydawać. Pamiętajmy o tym, że poszczególne każdy klawisz miał przynajmniej kilka trybów pracy, a nie tylko tryb znakowy.

„Bajtek” poświęcił też kilka stron na dalszy kurs języka LOGO, opisując wiele podstawowych komend, a dla bardziej wymagających czytelników pojawił się wstępny opis języka PROLOG.

Sokoro już jesteśmy przy programowaniu. W poprzednim wpisie wspomniałem o audycji radiowej „Radiokomputer” i o tym, że można było sobie po audycji nagrać jakiś program. To tylko jeden ze sposobów na pozyskiwanie oprogramowania w tym czasie. Kolejnym były… listingi.

Listingi

W drugim numerze „Bajtka” pojawił się listing gry „Piknik”. Fabuła gry polegała na tym, że bohater udaje się na piknik na świeżym powietrzu, a złe mrówki postanawiają mu „zajumać” część żywności. Więc trzeba bronić jedzenia. Co to takiego ten listing? Oh, to nic innego jak zbiór komend, jakie trzeba wpisać do komputera, aby mieć grę. Ten zbiór wcale nie jest mały, bo potrzebuje, aż 3 kolumn. 

Z doświadczenia powiem wam, że listingi były wyczekiwane, ale i niezwykle irytujące. Większość z nich było w BASIC z upiornym kodem maszynowym DATA – „DATA 6,1,1,17,44,176 itd.”. Podczas przepisywania takiej ilości cyferek o pomyłkę nie było trudno. A szukanie, którą cyferkę się wpisało źle, było wyzwaniem dla tych, którzy są wstanie liczyć źdźbła trawy na łące podczas wiatru i się nie irytować. Ba… czasem człowiek przejrzał wklepany listing kilka razy i błędu nie znalazł. Za to w następnym numerze, redakcja pisała:

Sorry. Pomyłka w druku. W linii numer 150, zapis DATA powinien mieć cyfry takie…. A w linii 350 takie...

Wtedy człowiek sobie uświadamiał, że kilka godzin, jakie poświęcił na wklepywanie bzdurnej gry, która nie działała, było czasem kompletnie straconym.

Bratanki daleko w przodzie

Ciekawy był reportaż z Węgier, gdzie kultura informatyczna stała na nieco wyższym poziomie niż w Polsce. Choć jak stwierdza autor – Grzegorz Łubczyk – Węgrzy podchodzą nieufnie do komputerów, nie zmienia to faktu, że komputery są w każdej węgierskiej szkole średniej, a od września 1985 roku 300 szkół podstawowych miało już pracownie komputerowe. Jak czytamy, najpopularniejsze na Węgrzech komputery to COMMODORE, ZX SPECTRUM i rodzime PRIMO. Węgrzy obniżyli cło na sprowadzane z zagranicy komputery domowe do prywatnego użytku, a węgierska telewizja nadawała wakacyjne kursy związane z komputerami i programowaniem w BASIC, które zgromadziły 250 tys. widzów. Kursy takie można było zakończyć egzaminem, który uprawniał do przystąpienia na kursy wyższego poziomu. Do egzaminu przystąpiło 2799 osób w wieku od 8 do 71 lat.

Jeśli to, co opisał Grzegorz Łubczyk, było prawdą, to bez wątpienia nasze rodzime podwórko było ciągle ugorem.

Giełda czyli to co tygryski lubiły najbardziej

Po raz pierwszy na łamach „Bajtka” ukazał się swoisty raport z giełdy komputerowej. Jeśli ktoś zastanawia się, na czym to polegało, zapraszam do mojego wcześniejszego wpisu — Giełda - kościół dla 8-bitowca. Wróćmy jednak na giełdę „Bajtka”. 

Raport pochodzi z tzw. „Jarmarku Perskiego”. Pewnie warszawiacy wiedzą o co chodzi. Ja nie. Oferta na Jarmarku jest bardzo szeroka – od komputerów, przez peryferia po oprogramowanie. Na giełdzie świadczono także usługo w zakresie naprawy sprzętu. Podkreślano dość wysokie ceny książek – od 1.5 do 4.5 tys. zł. Ale nas bardziej interesują oczywiście komputery. 

ZX Spectrum 48K wyceniano na 90 tys. zł. natomiast jego uboższa - 16 KB wersja od 63 do 75 tys. złotych. Nowszą wersję ZX Spectrum + wyceniano na 130 tys. zł. choć są to pojedyncze egzemplarze.

Commodore 64 będący wówczas marzeniem większości wyceniano od 183 tys. zł za nowy komputer w zestawie z magnetofonem. Egzemplarze używane, bez magnetofonu wyceniano na 130-150 tys. zł. Commodore VIC-20 (w Bajtku występuje jako VC20 !!!) wyceniano na 50 tys. zł. Drukarka do Commodore kosztowała 130 tys. zł. a stacja dysków 200 tys. zł.

Atari XL wyceniono na 120 tys. zł bez magnetofonu. 

Oczywiście jest i software. Najtańsze programy można dostać za 100 zł, cena najdroższych nie przekracza 500 zł. Wybór ogromny. Na życzenie klienta, programy mogą być nagrywane na jego własnym magnetofonie. Nasz klient, nasz pan….

Pamiętacie te regulacje głowicy magnetofonu i rozmaite szamańskie rytuały, aby gra się wczytała? Oczywiście, lepiej na własnym!!!

Polacy nie gęsi... temat na kolejne 5 lat.

W drugim numerze „Bajtka” swoje odzwierciedlenie toczących się wówczas (i przez kilka kolejnych lat) dyskusji znalazła problematyka komputer a język polski. Dziś nie jest to wieki problem, jednak komputery w tym okresie były „na sztywno” angielskie. Nie tylko nie używały polskich komend, a nawet nie znały polskich liter. Bardzo trudno było dodać polskie znaki do znaków wbudowanych w ROM komputera. Kolejnym problemem był brak jakiegokolwiek standardu, zarówno w znakach polskich, jak i tłumaczeniu angielskich komend i poleceń. Ścierali się tu zwolennicy wymogu całkowitej polonizacji komputerów ze zwolennikami zostawienia wszystkiego tak, jak dał pierwotnie producent. Jedni domagali się zastąpienia angielskich komend w BASIC w użytkowanych w szkołach ZX SPECTRUM oraz polonizacji LOGO (to akurat zrealizowano), ale entuzjazmu nie było. Przeciwnicy tłumaczyli, że angielskie komendy są międzynarodowe tak jak same komputery, zachęcą młodzież do nauki angielskiego i pozwolą im się znaleźć przy komputerze bez względu na kraj, w jakim będą go używać. Sami oceńcie z perspektywy czasu, kto miał rację.

Na koniec mały apel – może się uda.

W powyższym wpisie umieściłem kilka listów od czytelników „Bajtka”, którzy wówczas napisali do redakcji. Być może ktoś z nich jest czytelnikiem DP? Być może kojarzycie kogoś? Jeśli tak, zapraszam do kontaktu. 

A do kolejnej podróży Wehikułem czasu zapraszam już w następną sobotę, natomiast w środę ukaże się oddzielny wpis na temat węgierskiego komputera PRIMO.