Chińczyk do szpiku kości - Lenovo A820 (hardware)

Cześć

Dziś, będąc w rodzinnych stronach postanowiłem przejrzeć zawartość szuflad mojego starego biurka. Ku uciesze odnalazłem tam kilka zaklętych artefaktów. Dziś będzie o jednym z nich - tytułowy Lenovo A820 był sprzętem który mi wiernie służył parę lat. Dawał radę jako urządzenie komunikacyjne, a później jako cel chorych i niehumanitarnych eksperymentów :3 Inne przedmioty z szuflady są nie mniej ciekawe, ale może innym razem. Korzystając z małej przerwy w opowiadaniu o pradawnych technologiach, opowiem wam bajkę o tym ryżowym potworku. Zobaczycie że nawet z chińskiej zupki idzie przy odrobinie cierpliwości wydłubać rodzynka albo dwa.

Od razu uprzedzam że nie będzie to sztampowa recenzja, jakich jest wiele w internecie. Jeśli kogoś interesują ogólne parametry sprzętu, może odnaleźć je łatwo w odmętach WWW. Tu będzie raczej o tym czego w takich oklepanych recenzjach nie pisali zbyt często albo w ogóle. Tym razem bardziej technicznie (hardware) ale mam nadzieje że dacie radę ;-) Tak więc...

Jeśli chodzi o zewnętrze to jaki jest koń każdy widzi. Urządzenie nie było sprzedawane poza Azją toteż na pudełku jedyne napisy które większość z was zrozumie to logo producenta, seria, model i informacja że jest to wersja WCDMA. Reszta hieroglifów dobitnie pokazuje że nie było to urządzenie dla przeciętnych ludzi z Europy. Sama budowa sprzętu to nic szczególnego: z przodu ekran, z tyłu matowa, plastikowa obudowa z dziurą na aparat, skrywająca wyjmowalną baterię oraz sloty na karty, a na bokach przyciski i porty. Totalna nuda.

Bez ceregieli zajrzyjmy do środka tego cuda. Proces rozbiórki jest typowo chiński czyli "jakotako naokoo" i wam go daruje. Wybebeszyłem od razu płytę główną bo w sumie to na niej najwięcej się dzieje. Z pozoru typowa tandeta, chinol, dramat i inne negatywne przymiotniki. Jednak oszczędności widać już na pierwszy rzut oka - wszystko starali się upchnąć na jednym PCB. Ale co się tam dokładnie wydarzało?

Główny SoC - Mediatek MT6589... Niektórzy jak tylko słyszą nazwę tego producenta to już czują kwaśny posmak w ustach. Zanim zaczniecie obrażać chińską myśl techniczną (a raczej tajwańską) warto ich jednak trochę pochwalić bo jest za co. Wspomniana jednostka była w zasadzie Ryzenem swoich czasów w świecie mobilnym. Tak jak produkt AMD pokazał, że można dać ludziom 8 rdzeni bez potrzeby wycinania im obu nerek, tak ten model SoC wprowadził pod strzechy mobilne cztery rdzenie w dobrej cenie. W 2013 roku oczywiście już były urządzenia mogące pochwalić się czterema jajkami, jednak ich cena był często wielokrotnością wartości takiego Lenovo, a i wybór oraz dostępność był na niskim poziomie. Co oprócz "wincyj rdzeniuf"?

Same jednostki obliczeniowe to cztery Cortexy A7 – rdzeń w rdzeń o kilka procent wolniejsze niż konkurencyjne "a-dziewiątki" jednak oferujące, oprócz większej liczebności, lepsza sprawność energetyczną. Widać to było na co dzień gdyż inni z połową asortymentu nie działali wcale dużo dłużej na baterii. Przy okazji było zadziwiająco chłodno bo układ nie kwapił się do nagrzewania. Samo MTK lubiło chwalić się cudami na prezentacjach tak jak teraz najwięksi producenci desktopowych CPU. Jasne, było lepiej, ale nie na tyle żeby ktoś uwierzył nagle w czterokrotnie lepszą sprawność układu.

Oprócz standardowych rdzeni obliczeniowych można było trafić tu też na sprzęt żywcem wyciągnięty z iPhonów czy Atomowych Inteli. PowerVR SGX544 zaszyty w Mediateku, to oczywiście odpowiednio zubożona wersją tej multimedialnej bestii. I nie ma w stwierdzeniu "bestia" zbyt wielkiej przesady. Ta skądinąd okrojona, jednomodułowa jednostka potrafiła niekiedy graficznie wytrzeć podłogę czteromodułowym Mali-400 z drugich galaktyk. Nic dziwnego, PowerVR to lider jeśli chodzi o ciekawe rozwiązania w świecie GPU i oczywiście nie obyło się bez naszprycowania zastosowanego tu SGX'a bajerami "że świat nie widział". Zestawiając bardziej skomplikowane sceny renderowane tym układem z innymi łatwo było poznać w którym stuleciu powstało jakie rozwiązanie. W zasadzie najgorszym był fakt, że Android nie potrafił z połowy tych dobrodziejstw skorzystać (ciśnie się na usta tylko xD ) Apple nie miało takich problemów dzięki czemu omawiana tutaj grafika mogła pokazać pazur na sprzęcie z nadgryzionym jabłkiem. A Windows? Nie potrafił nawet poprawnie się zainstalować na laptopie z Atomem zawierającym to GPU więc o czym tu rozmawiać :D

CPU rozmawia tutaj z 1GB pamięci poprzez jednokanałowy kontroler obsługujący standard LP-DDR2 o taktowaniu 533MHz. Dziś niejeden chętnie dałby drugą młodość urządzeniu z taką ilością pamięci ale bądźmy szczerzy - ani XP, ani "dziesiątka" się tu nie zainstaluje bo nie ma też sterownika, a nowy makowy OS ledwo został zportowany na małe ekrany i nikt nie umiał tego odpalić gdzie indziej bez odpowiedniego błogosławieństwa. Android na Lenovo pożera domyślnie połowę pamięci, aczkolwiek w tamtych czasach to była i tak bardzo rozsądna ilość. Wspomniany kontroler oczywiście nie jest niczym szczególnym, ale w porównaniu do starszych modeli albo „ekonomicznej” konkurencji (mam tu na myśli komicznego Snapdragona 200) było czuć krok w przód. Także dolna część układu pokarmowego jest wciąż na miejscu, ale jakiś postęp można oczywiście odhaczyć.

Teraz idziemy do pamięci. Użyty SK Hynix to według mnie niestety jakiś odrzut z produkcji ale przynajmniej tani i działający. Kostka potrafiła pomieścić 4GB danych i udostępniała 1GB RAM - takie 2w1 bardzo popularne w tamtych czasach. Wtedy w tanich urządzeniach wspomniane wartości były normą. Jednak to jak programowo system sobie z tym radził to tylko Mediatek mógł wymyślić. Sztywne partycje skutecznie uprzykrzały życie posiadaczom - na gry miałeś tylko tyle miejsca ile przewidziano bez możliwości poświęcenia zdjęć na dodatkowe megabajty dla aplikacji. Jeśli ktoś chciał to można było ten sztywny podział zmienić, ale sam proces repartycjonowania potrafił zjeść IMEI urządzenia! Myślicie że to był problem? W chińczykach proces programowania numeru identyfikacyjnego jest tylko nieco trudniejszy niż wgranie nowego systemu przez najprostszy kabel USB. Tak, był on tak po prostu zapisany w pamięci na wydzielonej partycji. Ba! IMEI można było po prostu zmienić komendą AT w specjalnym menu serwisowym. Zablokowany bootloader? Że co? Tylko molochom typu Sony chciało się blokować w ten sposób urządzenie (np. Xperia C). Wszyscy inni nie ograniczali użytkowników w tej kwestii i wyjmując sprzęt z pudełka w zasadzie już mogłeś szaleć.

Wróćmy do łączności. Główny SoC rozmawiał z dwoma zewnętrznymi układami w sprawie radiowego kontaktu ze światem. Pierwszy z nich (MT6628) odpowiadał za obsługę WiFi, Bluetooth, radia FM oraz GPS - taki wielofunkcyjny skurczybyk który nie wyróżniał się niczym specjalnym. Drugi z kolei (MT6167) odpowiadał za łączność 2G/3G. I tu zaczynają się ciekawe historyje. Otóż działanie tego zestawu nie było takie trywialne. Główny procesor (MT6589) miał w sobie jeszcze jeden mikrokontroler na rdzeniu Cortex-R4 odpowiedzialny za pracę modemu. Ten gadał z owym MT6167 i dzięki ich magicznym szamańskim zaklęciom spadał deszcz i pojawiały się głosy w słuchawce oraz internet. Wic polega na tym że za działanie tego wszystkiego odpowiedzialny był dodatkowy mikro-kernel dostarczany razem z ROMem. Można było go zwyczajnie podmienić (plik modem.img) i dzięki temu np. usprawnić pracę urządzenia, poprawić odczyty zasięgu, a nawet w niektórych przypadkach odblokować pasma w których telefon łączył się ze stacją bazową. W odwrotną stronę to również działało - można było sobie zepsuć zasięg kompletnie. Wystarczyła jednak podmianka pliku w systemie oraz restart telefonu aby przywrócić "kreski" operatorów do żywych. Modem oczywiście potrafił domyślnie obsługiwać pasma w których śmigało ultrapopularne wtedy Aero2 - darmowy internet.

Był też mały niepozorny MT6320. Odpowiadał za kontakt z bazą dla baterii, kart SIM, headsetu oraz głośników. Ogólnie ogarniał wszystko czego nadrzędny SoC nie potrafił i robił za główny moduł zarządzający pracą telefonu (w lwiej części chodziło o zasilanie). Szczerze? Chyba najmniej awaryjne dziadostwo w całym tym telefonie. Trzeba było go wysłać na drugi świat czymś co wielokrotnie przekraczało specyfikację bo tak to się co najwyżej obrażał i nic nie odzywał. Wspominałem coś o chorych eksperymentach? No właśnie...

Oko na świat to niestety typowym chiński paździerz. Sensor kamery z oznaczeniem OV8825 pod soczewką widniejącą w kernelu jako "fm50af" (jakiś standardowy plastik) to była typowa azjatycka codzienność w ośmiu megapikselach. W dobrym świetle dało się zrobić normalne zdjęcie bo był przynajmniej autofocus. Im bardziej światło znikało to oczywiście było gorzej, aż do totalnej patologii. Można też odkryć dlaczego ten cud technologii był taki tani - nie uświadczysz tutaj aparatu do selfie oraz diody doświetlającej (nawet jakby była to by niewiele pomogło). 

Znajdziemy też na górnej krawędzi (wtf?) złącze microUSB jak i mini-jack przez który telefon wypuszczał dosyć przeciętny dźwięk. Nie było żadnego dedykowanego DAC'a z masełkowym brzmieniem, ale też tragedią bym tego nie nazwał bo słuchałem namiętnie audycji radiowych i czułem się z tym dobrze. Głośnik do puszczania disco-polo w autobusie też nie był czymś nadzwyczajnym. W przeciwieństwie do diody doświetlającej przy aparacie przynajmniej istniał. Ciekawą właściwością nagłośnienia było to, że aby znacząco zredukować Volume telefonu, wystarczyło położyć urządzenie na blacie stołu ekranem do góry (-: Samo złącze USB dzięki rozplanowaniu całej platformy pozwalało na zadziwiająco wiele. Tak jak wspomniałem, można było wgrywać system, programować numery seryjne, formatować pamięć i parę innych. Żadnych magicznych boxów czy wymyślnych test-pointów.

A propos ekranu... Na dzisiejsze standardy to porażka, jednak X lat temu robił dosyć dobrą robotę. Panel IPS wystarczająco soczyście wyróżniał się na tle konkurencyjnych, mlecznych, rozpikselowanych TN-ek. Wiadomo, Samsungowy Amoled był wciąż kilka poziomów wyżej, ale absolutnie nie można powiedzieć że było tu jakoś źle. No dobra, dziś już to wygląda śmiesznie źle. Głośnik do rozmów, czujnik światła i dali, wspomniany kolorowy panel 4,5" w rozdzielczość qHD i lotnisko pod ekranem w którym zakamuflowano trzy podświetlane przyciski nawigacyjne - to szybkie podsumowanie tego co się działo na froncie. 

Koniec końców jeśli chodzi o sprzęt to ten telefon oferował dosyć sporo. Fakt, trzeba go było sprowadzać, ale w cenie 380zł+ w naszym kraju oferowano co najwyżej sprawną Nokię N95. Jeśli ktoś godził się na ewidentne braki (m.in. aparat frontowy, kompas) to "leniwiec" był świetnym kompanem goszczącym dwie karty SIM. Ot po prostu można było się poczuć jak korpo-ludek z jedną kartą prywatną, a druga służbową.

Telefon debiutował z Androidem w wersji 4.1.2 (Jelly Bean). Miał słodką, chińską nakładkę od Lenovo, która w swym ojczystym języku była kompletnie dla mnie nieczytelna :D Nawet przyciski w toastach z "Zatwierdź" i "Anuluj" były tam odwrotnie co strasznie irytowało zanim dogrzebałem się w ustawieniach do zmiany języka. Szybko jednak otrzymaliśmy nieoficjalną nowsza wersję 4.2.1 i parę portów normalnego/niechińskiego robocika. Była też opcja Androida 4.4, ale na razie powiem tyle, że maczałem w tym swoje palce i wraz ze znajomym zrobiłem coś co świat uważał za niemożliwe ;) Tymczasem...

W następnym odcinku: System Android w wykonaniu chińskim - jak dramatycznie zacofane było w pewnych aspektach Google, jak dziwne zagrywki azjatyckich deweloperów sukcesywnie uśmiercały marzenia użytkowników oraz jaki ciekawy trik można było zastosować przy testowaniu ROMów na tą platformę.