Syndrom sztokholmski z Apple cz. 1: iTunes i Apple Music

Dwa lata temu wpadłem jak jabłko w kompot, w ‚legendarny’ ekosystem Apple. Zaczęło się niewinnie, pierwsza dawka od dilera za pół darmo, było bosko, motylku w brzuchu i te sprawy, aż zostałem wciągnięty po brzegi w ten… nałóg? Może raczej pokoik, który ani nie jest boski, ani nie jest tragiczny, jest po prostu inny. Dostawca rollercoastera emocji. Przez radość kiedy wszystko działa intuicyjnie, po złość kiedy sprzęt uznał, że wie lepiej od użytkownika i nawet nie zapytał go o zdanie. Chodźcie, rozgośćcie się, opowiem Wam historie, wstawię zaraz wodę na herbatkę. W międzyczasie odpalę muzykę… z iTunes.

Szanuje streamingi. Korzystałem 7 lat ze Spotify, z roczną przerwą na Apple Music. Zrewolucjonizowały rynek, dały nam genialne rekomendacje piosenek które mogą się nam spodobać... i kolejne miejsce gdzie możemy przypiąć kartę kredytową. Nie ma jednak róży bez kolców. Pomijam totalnie fakt, że słuchana tam muzyka nigdy nie będzie do nas należeć i czasami lubi sobie "zniknąć" bo jakaś wytwórnia sobie powiedziała że ten ten i ten kawałek, już nie streamujemy, basta! Słucham sporo muzyki remiksowej których na streamingach po prostu bardzo często nie ma.

Z pewną dozą śmiałości, ale w międzyczasie zacząłem kupować muzykę. Nie coby być jakoś wybitnie legalnym, ale stopniowo wyrywać się ze szponów Spotify i któregoś dnia w przyszłości stwierdzić: „wiesz co? Już Ciebie nie potrzebuje.”. Zresztą problem piractwa w muzyce zszedł do poziomu problemu właścicieli telefonów z Windows Phone w 2020 roku - podobno jeszcze ktoś ich czasem widuje.

Tak oto przeszedłem do „biblioteki” od Apple równie kontrowersyjnej jak samo Apple. Słysząc mity wśród znajomych o zerowym obyciu technologicznym słyszałem że na iPhone to się nie da muzyki zgrać, trzeba jakiś dziwny program mieć w ogóle fuj fuj ble. I wiecie co? To prawda, przynajmniej do chwili kiedy nie przysiądziemy nad tematem i zrozumiemy jak iTunes działa. Pominę fakt, że w 2020 roku program ten na Windowsie nadal służy do wszystkiego i zarazem do niczego, skupiając się na metodyce przechowywania muzyki. Trzeba mieć anielską cierpliwość, aby doklikać się w jego interfejsie do przerzucania muzyki w stylu "przeciągnij i upuść" tak jak przerzuca się zwykłe pliki na pendrive. iTunes jest biblioteką muzyczną gromadzoną na podobnej zasadzie jak w Spotify i innych streamingach, z tą różnicą że to my dostarczamy tą muzykę. W formie zakupu w iTunes Store, własnych mp3jek czy „wypożyczonych z Apple Music”. Z tymi ostatnimi jest najdziwniej bo z jednej strony figurują jako normalny element biblioteki, do momentu kiedy nie zechcemy przerzucić tą zawartość do urządzenia, które nie obsługuje DRM’u Apple Music. Zostaniemy obrzuceni komunikatem że nununu drogi użytkowniku, Ty możesz na tym "głupim" urządzeniu słuchać w nieskończoność nawet jak przestaniesz płacić.

Apple Music vs iTunes Match
Co trzeba dodać, subskrypcja Apple Music zawiera w sobie usługę iTunes Match. O co w niej chodzi? Na urządzeniach gdzie mamy podpięte to samo konto Apple ID, muzyka synchronizuje się przez chmurę, również ta dograna w formie mp3ójek przez nas. Jeśli spróbujemy wgrać muzykę o znanym dla Apple tagu mp3, Apple stwierdzi "dobrze, my i tak tą muzykę mamy, więc tylko zdejmiemy Ci drogi użytkowniku na nią nasz DRM zamiast wysyłać ją znowu na chmurę". O istnieniu iTunes Match dowiedziałem się dopiero po rezygnacji z Apple Music, gdzie potem już wszystko się pokręciło i musiałem usuwać DRM’owe utwory i synchronizować wszystko od początku. Przy ponownej synchronizacji okazało się, że zrobił się totalny miszmasz w okładkach i tak oto na przykład:
- Bachatowa piosenka od Dj Khalid dostała okładkę metalowego zespołu Hunter
- Playlista ćwiczeniowa zespołu w którym mam okazję śpiewać dostała okładkę z Enrique Iglesiasa

Zadzwoń mi tak jak ja zagram

W międzyczasie przejdźmy do świętego Graala iTunes, czyli zmiany dźwięku dzwonka iPhona. Legendy krążą o tym, że w najgłębszych odmętach sieci odnajdziemy magiczne zwoje z zaklęciami, które umożliwią zmianę dzwonka. Odnalazłem je i z wręcz inżynierską precyzją uwarzyłem odpowiedni plik. Chciałem przeciągnąć i upuścić upragniony song na dzwonek w iTunes a tu Bang! Przy włączonej usłudze Apple Music na iPhonie nie można wrzucić dzwonka przez iTunes, bo synchronizacja chmurowa biblioteki dzwonków po prostu nie obsługuje i basta! Na głowie pozostały mi dwa niewyrwane włosy. Biorę głęboki wdech i wydech. Czy jeśli wyłączę synchronizację z chmurową biblioteką i wrócę do „klasycznego” przerzucania muzyki kablem, będzie to możliwe? Tak! Jedno ale. Cała zsynchronizowana zawartość zostaje usunięta z iPhone. Dla udowodnienia są że da się i jest to absurdalnie nieintuicyjne, usunąłem przeszło 10GB muzyki, tylko po to, aby za 10 minut wgrać ją ponownie. Co śmieszniejsze, po wrzuceniu dzwonka i ponownym uruchomieniu chmurowej synchronizacji muzyki dzwonek pozostał. Uff, całe szczęście.

Miłe złego początki. Umieszczając pojedyncze utwory w iTunes, nie ważne czy mają oznaczenie albumu czy nie, na liście albumów występują każdy pojedynczo. Co za tym idzie, ciężko jest się dokopać do tych pełnych albumów. Logika podpowiada że zmiana nazwy albumu „samotnych” piosenek na jedną tą samą nazwę z automatu ją uporządkuje, czyż nie? Nawet po zaznaczeniu „Album to składanka utworów różnych wykonawców” i synchronizacji biblioteki z telefonem nic to nie dało. A ja jeszcze nie wyrwałem do końca pozostałych 3 włosów na swojej łepetynie. Przeczyszczenie i wgranie całości na nowo przyniosło oczekiwany rezultat. iTunes jak Windows, po prostu czasem trzeba strzelić formata?

W przypadku korzystania ze zwykłej niechmurowej biblioteki iTunes, jakakolwiek zmiana
w bibliotece bezpośrednio na iPhonie przy kolejnej synchronizacji jest
albo tracona, albo playlisty są dublowane z cyframi. Dopóki nic na telefonie nie
próbujemy zmienić i budujemy bibliotekę na komputerze jest OK.

Na oku miałem również Google Music, które nawet odpowiednik usługi Apple Match dorzuca za darmo, ale powiedzieć o tej aplikacji-bibliotece że jest nieintuicyjna to jak nie powiedzieć nic.

Wchodząc w sidła iTunes musiałem się co prawda urządzić, poprzestawiać parę mebli, ale koniec końców okazało się to dość przytulne mieszkanko dla mojej biblioteki muzyki. W kolejnych częściach tej "serii" opowiem o moim punkcie widzenia i skrajnych emocjach przy pozostałych urządzeniach z ekosystemu Apple. W międzyczasie zapraszam do przeczytania, nieco bardziej śmieszkowatego, tekstu o pisaniu na iPadzie za pośrednictwem Apple Pencil.

https://www.dobreprogramy.pl/mesho/iPad-Apple-Pencil-jako-notes-jak-to...

Ale bez piosenki na drogę Was nie puszczę! Łapcie szczyptę dość chillowego rockowego folku od na co dzień nieco mniej spokojnego Nightwish.