Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Walka z uprzedzeniami #1 — wstępne przekonanie się do systemu

Ostatnimi czasy, wchodząc na bloga DP mam wrażenie, że cały świat kręci się wokół Linuxa – gdzie nie spojrzę, tam artykuł o owym systemie, bądź nawiązanie do tego systemu.

Nie ukrywam, przez moje ręce przewinęło się kilka (jeśli nie kilkanaście) pingwinów, aczkolwiek z żadnym nie zostałem na dłużej – zwykle była to akcja wkładam płytę – instaluję – siedzę kilka godzin na przeglądarce – nazajutrz wyrzucam pingwina przez okno. Większość powrotów była spowodowana dwiema rzeczami – po pierwsze, korzystając z tego systemu miałem dziwne uczucie skrępowania. Mimo, iż było tam wszystko, czego potrzebowałem, wiedziałem, że na Windowsie mam znacznie więcej możliwości. Drugim powodem był fakt, iż za Windowsa musiałem zapłacić te ciężko (kwestia sporna) zarobione kilkaset złotych i korzystając jakiegokolwiek distro czułem się jak Syn Marnotrawny.

Postanowiłem jednak pokonać te uprzedzenia i zainstalować pingwina. Nie chcąc się już na wstępie zrazić, wybrałem coś, do czego miałem pewność zadziałania już po instalacji, która swoją drogą zajęła 6 minut, przy Windowsowych ~25-ciu. Całkiem możliwe, że zajęła tyle, bo dokonałem jej na VirtualBoxie, który okazał się ciąć jak nastolatek po przeżyciach (128MB GPU, 2 rdzenie, 2GB RAM, dałem ile mogłem) na standardowym Unity. Spróbowałem więc z Cinnamon, licząc na to, że mniej odpicowany graficznie (jak dla mnie; osobiście uważam to za zaletę) interfejs odciąży wirtualną maszynę (chwała bogu, że wirtualną).

r   e   k   l   a   m   a

Z komendami Linuxa problemów nie mam, także pobranie Cinnamona nie zabrało mi zbyt dużo czasu (swoją drogą, mam takie dziwne odczucie, że na Linuxa jest w internecie więcej „tutoriali” niż na Windę). Także pięć minut instalacji i relog.
Pierwsza rzecz, która mnie zadziwiła to czas ładowania interfejsu, który wynosił… nic. Jednakże zamiast tapety ujrzałem monit o renderowaniu software’owym (uroki VBoxa, przynajmniej na mojej semi-archaicznej maszynie).

Kolejne odczucie? Działa rozciąganie na pełny ekran poprzez przeciągnięcie aplikacji na górę. Czyli chyba najczęściej używany skrót w Windowsie (na ich miejscu bym opatentował). Super, mam szansę się odnaleźć. Chociaż nie – rozszerza tylko na szerokość. Dziwny fetysz, ale to zapewne kwestia ustawień (legendarna wszechstronność Linuxa).

Gdy odpaliłem Firefoxa, który był fabrycznie wgrany (w sumie to dobrze się składa, ostatni raz używałem go jakieś dwa lata temu i ostatnio chciałem się nawrócić widząc wieści o zmianach, ale jakoś nie miałem czasu), doznałem szoku. Maszyna wirtualna, która posiada, niech no przypomnę, 2GB RAM i 128MB grafiki, działająca na hiperwspierającym wirtualizację procesorze AMD i meganowym GTX 480, załadowała stronę bloga DP w tak krótkim czasie, że nie zdążyłem nawet zauważyć animacji ładowania w rogu karty. Przewijanie strony w dół sprawiało już VBoxowi trochę problemów, ale akurat to jestem w stanie wybaczyć – na karcie graficznej posiadającej 128MB pamięci, akcelerację 3D widniejącą tylko jako pozycja na liście ustawień oraz przepuszczonej przez jelita wirtualizacji. Poza tym, ze wcześniejszych doświadczeń z instalacją Archa na VBoxie (przygoda trwała jakieś 30minut) wiem, że sterowniki graficzne to przy wirtualizacji jeden z mniej przyjemnych tematów.

OK, wszystko spoko, ale jaranie się Firefoxem to było w czasach, gdy w bibliotece szkoły podstawowej łoiło się w Margonem na Mozilli 3.6. Czas odpalić coś „grubszego”. Postanowiłem, że będzie to Android Studio. Z tego, co słyszałem, to działa on masakrycznie szybciej niż na Windzie, więc postanowiłem to sprawdzić. Co urzekło mnie najpierw? Średnio działające autopobieranie na stronie Androida – musiałem się zmęczyć i wybrać z listy, iż jestem użytkownikiem nadsystemu. Bezczelność.

Jak już uporałem się z pobieraniem, przyszedł czas na instalację. Czas wypakowywania kilku tysięcy plików? Jakieś 10 sekund. W folderze ładna instrukcja instalacji – świetnie, bo akurat w konsolowej instalacji jestem trochę laikiem.

Jak się okazało, musiałem pobrać jeszcze JDK. Tutaj kwestia prosta, wyszukanie w apt-cache i pobranie. W końcu uruchomiłem instalację Android Studio i zobaczyłem standardowe zapytanie o wczytanie poprzedniej konfiguracji. Czas na Linuxie – 2 sekundy. Porównanie z Windowsem – 7 sekund. Później była zabawa z ręczną instalacją JDK i Android SDK – Studio nie potrafiło sobie z tym poradzić. Jednakże, gdy już pozwolono mi stworzyć projekt, to wszystko załadowało się w ~15 sekund. Porównując z Windowsową prawie minutą – niebo a Ziemia. Co prawda indeksowanie trochę trwało, ale działo się w tle bez wyraźnego wpływu na działanie IDE. Gradle wywalił także kilka błędów (spowodowanych głównie przez openJDK, które zainstalowałem bardziej z przymusu niż chęci), aczkolwiek udało mi się skompilować Hello World i uruchomić go (na telefonie; nie będę zabijał komputera podwójną wirtualizacją). I właśnie się zorientowałem, że to wszystko działo się z włączonym w tle Firefoxem ze stroną DP, Facebookiem i YouTube. Przy 2GB RAM. Doprawdy nie wiem, jak Linux to robi, ale mnie zachęcił. Jeszcze w tym tygodniu zainstaluję go bezpośrednio na komputerze i postaram się do niego przyzwyczaić, z czego zdam wam relację.

Na koniec chciałbym się przywitać (o ironio) ze wszystkimi na blogu, zarówno tymi aktywnymi, jak i pasywnymi. Ja sam ponad dwa lata biernie czytałem tego bloga, a teraz coś mnie natchnęło, aby zacząć swoją przygodę z pisaniem. Z góry przepraszam, jeśli tekst jest monotonny, nudny, nużący – starałem się opisać ten system tak, jak go widzę; jest to mój pierwszy wpis, jaki napisałem kiedykolwiek na jakiegokolwiek bloga, także proszę o odrobinę wyrozumiałości. Oczywiście hejty także są mile widziane w komentarzach - jestem takim typem osoby, że motywują mnie one do działania i poprawy tego, co było złe (a z tych kanonicznych, podręcznikowych hejtów bez przekazu fajnie się czasem pośmiać).

Właśnie popatrzyłem na licznik wyrazów i uznałem że do tego momentu tutaj i tak nikt nie dotrwa, więc nie będę już przeciągać.
Do zobaczenia po drugiej stronie okna!
 

linux oprogramowanie internet

Komentarze