Dobre, bo polskie? Nadwiślańskie dystrybucje Linuksa

Mimo upływu kolejnych miesięcy w trakcie trwania mojej przygody z systemami operacyjnymi spod szyldu Pingwiniątka, turystyka linuksowa nadal sprawia mi sporo frajdy. Te rozliczne eskapady chyba niespecjalnie wynikają z naturalnej ciekawości, a już zupełnie pomijalny jest w nich aspekt “edukacyjny”, choć tego ostatniego akurat najbardziej żałuję, bo tym kolejnym “wojażom” nieustannie towarzyszy poczucie bezproduktywnego trwonienia czasu i energii. Wydaje mi się, że ta “nerwica” linuksowa nade wszystko jest efektem cały czas gdzieś w głębi duszy żywionej nadziei na odnalezienie świętego Graala wśród desktopowych systemów operacyjnych, która dodatkowo podsycana jest obawą, że coś wartościowego może mnie ominąć. Niepokój ten od czasu do czasu jest wzmacniany niespodziewanymi odkryciami jak chociażby tymi dotyczącymi istnienia środowiska graficznego Xfce czy naocznego przekonania się, że udany fork Debiana - dla takiego klikacza jak autor tego tekstu - wcale nie musi pochodzić z rodziny ubuntupodobnych (MX Linux, deepin).

A jako że skończyły mi się najbardziej - zdawałoby się - oczywiste inspiracje do kolejnych takich wypadów, to ostatnimi czasy podszedłem do tego zagadnienia w sposób zdecydowanie bardziej właściwy dla szeroko rozumianej turystyki tj. obecnie coraz baczniejszą uwagę przykładam do kraju pochodzenia danego projektu. Choć tak po prawdzie bezpośredni asumpt do takiego działania dała mi dyskusja na łamach DP, w ramach której momentami był przesadnie podkreślany rodowód deepina. Dlatego trochę z wrodzonej przekory pierwszy wpis poświęciłem rosyjskim dystrybucjom Linuksa, ponieważ nasz wschodni sąsiad również nie cieszy się specjalną estymą w naszym nadwiślańskim kraju. Jednakże już po fakcie zreflektowałem się, że chyba najwłaściwszym byłoby zacząć od rodzimego podwórka i dzisiejszy wpis jest poniekąd próbą naprawienia tego uchybienia.

Metodologia postępowania została wypracowana przy okazji poprzedniego wpisu i sprowadza się do dwóch kroków. Na początek trzeba było ustalić listę dystrybucji, które następnie zostaną zainstalowane jako drugie, trzecie czy n-te środowisko “pracy”, a następnie przez kilka tygodni należy z nich korzystać mniej lub bardziej intensywnie. Niestety z perspektywy czasu mogę napisać, że w przypadku naszego podwórka taki sposób działania nie do końca się sprawdził, głównie ze względu na “jakość” materiału bazowego, ale o tym będzie jeszcze okazja więcej napisać. Jeśli chodzi o punkt wyjścia to tu sprawa była prosta i wyrocznią w tym zakresie ponownie stał się portal Distrowatch, gdzie za sprawą kilku kliknięć przed moimi oczami pojawiła się tym razem niezwykle krótka lista, na którą składały się zaledwie 3 pozycje (podaję w kolejności “popularności” wg DW - w nawiasie pozycja w rankingu): Sparkylinux (32), 4MLinux (49), PLD Linux Distribution (279). W związku z ograniczoną “podażą” mimo pewnych oporów postanowiłem dorzucić do “brydżowego kompletu” jeszcze jedną dystrybucję, które DW nie uwzględnia, choć jak się później okazało całkiem słusznie została ona pominięta przez zarządzających tym portalem, jeśli w ogóle była wcześniej brana pod uwagę. Tym samym zestawienie to zostało uzupełnione o Maboxa.

SparkyLinux

Wśród czytelników DP mamy wielkiego amatora tego rozwiązania (gom1), który nota bene w pewnym sensie zainspirował mnie do napisania tego tekstu, podsuwając w komentarzach pod poprzednim wpisem pomysł, by przyjrzeć się również polskim dystrybucjom z Pingwinem w tle. Dlatego wielcem ciekaw, czy podzieli przynajmniej część z moich spostrzeżeń, choć w sumie bardziej interesują mnie te, które będą w kontrze do jego własnych opinii. 

Przechodzą jednak do samego Sparkylinuksa, to w zakresie wyboru bazowej dystrybucji oraz środowiska graficznego twórcy już na samym początku mnie kupili, ponieważ opiera się on bezpośrednio na Debianie, zaś klikanie odbywa się w sympatycznych przestrzeniach Xfce. Zwolenników innych DE chciałbym od razu uspokoić, że moje poprzednie zdanie jest pewnym uproszczeniem, ponieważ do wyboru są również inne środowiska graficzne, ale o dziwo - w przypadku wersji na desktop - jedynie Xfce jest dostępne w obu wariantach systemu, ponieważ tak się akurat składa, że twórcy Sparkylinuksa dali użytkownikom możliwość wyboru między stabilną a testową gałęzią Debiana dla każdej z nich proponując inny zestaw wspieranych DE. I tak dla wersji stabilnej mamy wspomniany Xfce oraz LXDE. Dla wersji ciągłej jest równie skromnie, choć dla amatorów bibliotek Qt jest opcja w postaci LXQt, a do tego tandem stojący na GTK+, czyli Xfce oraz MATE. Jak widać w obu wypadkach twórcy postawili głównie na lekkie rozwiązania, choć oczywiście dla osób chętnych nic nie stoi na przeszkodzie, by podgrać sobie swoje ulubione środowisko graficzne w miejsce wcześniej spreparowanych przez twórców, co więcej autorzy postanowili znacząco wspomóc w tym wszystkich zainteresowanych, o czym wspomnę w dalszej części tekstu.

Ja oczywiście skusiłem się na Xfce, a w związku z tym, że ta decyzja nie ograniczała mi wyboru gałęzi, to zdecydowałem się na wersję testową, tym bardziej, że większość twórców dystrybucji debianopodobnych nadal nie decyduje się na wariant ciągły dla własnego projektu, czasem - jak w przypadku Linux Mint Debian Edition - wręcz rezygnując z tego ostatniego na rzecz odmiany stabilnej. A szkoda, bo na bazie własnych doświadczeń mogę napisać, że wersja testowa Debiana nie odstaje specjalnie przewidywalnością oraz sprawnym działaniem od wariantu stabilnego, dając w zamian dostęp do nowszych paczek.

Wracając do Sparkylinux: jego twórcy kolejne punkty zdobyli u mnie dość szybko, ponieważ okazało się, że zamiast paskudnego i niespecjalnie wygodnego instalatora Debiana wykorzystany został framework Calamares. Troszkę żałuję, że już na tym etapie nie została dodana możliwość wyboru chociażby przeglądarki miast domyślnego Firefoxa czy też rezygnacji z pewnych opcji, jak na ten przykład obowiązkowej instalacji LibreOffice, którym to pakietem biurowym jestem uszczęśliwiany przez niemal każdą dystrybucję, choć od wielu miesięcy nie czuję potrzeby z niego korzystać. W tym miejscu muszę dodać, że jest możliwość skorzystania z bardziej zaawansowanego instalatora i być może wówczas te uwagi są przynajmniej w części nieaktualne, ale od razu muszę zaznaczyć, że dzieje się to kosztem prostoty rozwiązania i dlatego wybrałem popularne Calamares. 

Wracając jednak do preinstalowanych aplikacji: w przypadku przeglądarki czuję ten dodatkowy dyskomfort, że już po instalacji Sparkylinuksa dla użytkownika jest dostępne autorskie rozwiązanie pozwalające w prosty sposób dodać domyślny program do przeglądania Internetu spośród kilkunastu najpopularniejszych tego typu aplikacji, więc aż się prosi, by umożliwić taki wybór już wcześniej. Tym bardziej, że jeśli nie jesteś fanem Liska, to mimo wybrania innego rozwiązania przy użyciu wspomnianego narzędzia i tak musisz sam go odinstalować, no chyba że chcesz korzystać z obu przeglądarek jednocześnie. Ale tutaj twórcy również śpieszą z pomocą, bo i na tą okoliczność powstało rozwiązanie, które w jakiś tam sposób ułatwia deinstalację poszczególnych aplikacji. Zresztą takich często bardzo prostych, ale równocześnie przydatnych narzędzi jest zdecydowanie więcej. Jednym z pierwszych jest skrypt, który weryfikuje czy w repozytoriach nie ma aktualizacji dla dostępnych na naszym komputerze pakietów. Ale nie tylko i to drugie rozwiązanie wyjątkowo mi się spodobało, bo nie jest to standardowe działanie. Otóż skrypt odpowiedzialny za aktualizacje weryfikuje też czy w przypadku zainstalowanego przez nas oprogramowania nie ma również do niego gotowych lokalizacji językowych w zgodzie z tym, co wybraliśmy w ustawieniach systemowych, i proponuje ich pobranie.

Wszystkie te narzędzia przygotowane przez twórców są dostępne z poziomu czegoś na kształt centrum zarządzania o nazwie APTus. Zostały one podzielone na kilka grup w zależności od funkcji, jaką z grubsza spełniają. Na widocznym niżej zrzucie można zobaczyć te dostępne pod zakładką “Instalacja”, która jest najbogatsza w opcje do wyboru. Widać tam wspomniane wcześniej narzędzie do zmiany domyślnej przeglądarki, ale również rozwiązanie, które ma pozwolić w sposób możliwie bezbolesny zainstalować inne środowisko graficzne (tu muszę wierzyć autorom na słowo, bo nie miałem okazji tego ostatniego przetestować). Takich narzędzi jest całkiem sporo, choć czasem dublują one trochę na siłę “natywne” rozwiązania dostępne dla APT, natomiast ja sam chciałbym zwrócić uwagę na APTus Extra oraz APTus Gamer, pod którymi kryją się dodatkowe repozytoria aplikacji, z których część nie jest dostępna w zasobach Debiana. Niestety tu nastąpił pierwszy z dwóch zgrzytów, jakie mi się przydarzyły w trakcie kilku tygodni intensywnego korzystania ze Sparkylinuksa. Teraz nie jestem już pewien, o którą aplikację chodziło (prawdopodobnie o Steama), ale z poziomu repozytoriów Sparkylinuksa nie udało mi się jej zainstalować, choć bez problemu ta sztuka się udała przy wykorzystaniu zasobów Debiana. Niby to żaden problem, ale z drugiej strony w ten sposób pobrałem zaledwie kilka programów, więc nie mogę wykluczyć, że w przypadku kolejnych nie pojawiłyby się podobne przeszkody.

Drugi problem dotyczył instalacji własnościowych sterowników dla karty graficznej Nvidia. Otóż na moim podstawowym laptopie posiadam zarówno zintegrowany układ graficzny Intela jak i dedykowane rozwiązanie od Zielonych, co zazwyczaj oznacza ekstra zabawę z instalacją tego ostatniego. W przypadku Sparkylinuksa jest wprawdzie dostępny skrypt do instalacji własnościowych sterowników, ale mimo że teoretycznie wrzucił wszystko, co było potrzebne do działania karty, to jednak nadal nie mogłem korzystać z mocy przerobowych od Nvidia. Niestety ręczna reinstalacja według wielokrotnie sprawdzonego schematu nie przyniosła zamierzonych skutków. Chcąc nie chcąc musiałem na sztywno ustawić w plikach konfiguracyjnych kartę Nvidia jako tą domyślną, co oczywiście znacząco odbiło się na czasie pracy na zasilaniu bateryjnym, choć chyba nie tylko, bo mam wrażenie, że po tym zabiegu - o dziwo - Sparkylinux stał się mniej responsywny, a ściślej odnosiłem wrażenie, że wszystko działo się o ułamek sekundy wolniej, ale może to tylko wrażenie i niezależnie od tego jak faktycznie było muszę przyznać, że byłem bardzo zbudowany jakością tej dystrybucji.

Na sam koniec jednak łyżka dziegciu, choć zapewne dla wielu czytających nie będzie to żaden problem, ale mimo wszystko również na to chciałbym zwrócić uwagę. Daleki jestem od stwierdzenia, że internalizacja tego produktu jest zbyt daleko posunięta, ale zastanawiam się jednak, czy mimo wszystko twórcy tej dystrybucji nie zlekceważyli za bardzo znaczenia rodzimego “rynku”. Domowa strona Sparkylinux ma wyłącznie angielskojęzyczną wersję językową, a przynajmniej nie udało mi się namierzyć możliwości przełączenia jej w tryb nadwiślańskiego dialektu. Wprawdzie znajduje się tam możliwość skorzystania z tłumacza od Google, który został wbudowany w stronę, ale to przydatne narzędzie miewa czasem poważne kłopoty translatorskie i korzystać z niego trzeba dość ostrożnie. Pierwszy z brzegu przykład popisów translatorskich "by Google":

 “Sparkylinux to dystrybucja GNU / Linux stworzony na „testing” gałęzi Debiana. To funkcje dostosowane lekkie komputery (jak E19, LXDE i Openbox), wtyczek multimedialnych, wybrane zestawy aplikacji i własnych narzędzi niestandardowych w celu ułatwienia różne zadania.”

Sparkylinux jest oparta na Debianie dystrybucja Linuksa, która zapewnia gotowe do użytku, z systemem operacyjnym pudełko z zestawem nieznacznie dostosowane lekkich komputerów stacjonarnych.

To oczywiście idzie jeszcze jakoś przeżyć, bo w pewnym sensie witryna to nade wszystko wizytówka i co najwyżej źródło wstępnych informacji o danej dystrybucji. Ale fakt braku polskojęzycznego forum (jest oczywiście przekierowania na odpowiedni wątek na stronie Linuxiarze.pl, ale pozostawiam to bez komentarza) trochę mnie dziwi. Tak samo jak występowanie dokumentacji wyłącznie w mowie Szekspira, choć być może w tym przypadku nie szukałem odpowiednio zwinnie, by trafić na taką swojsko "szeleszczącą". Oczywiście to zupełnie suwerenna decyzja twórców, którzy być może trafnie oceniają “popyt” na Linuchy w naszym pięknym kraju, ale jak dla mnie trochę walkowerem oddają coś, co mogłoby być mocną stroną tej dystrybucji, a przynajmniej w zakresie budowania aktywnej społeczności użytkowników. W moim przypadku takie podejście wręcz prowokuje do tego, by nie tylko nie promować takiego rozwiązania wśród osób zainteresowanych poznaniem Pingwina, ale też przekornie popchnęło do decyzji o nieużywaniu Sparkylinuksa po zakończeniu testów.

4MLinux

Druga propozycja wzięta na warsztat ukrywa się pod dość zastanawiającą nazwą 4MLinux (dalej 4ML), jednakże tajemnica tej nomenklatury dość szybko się wyjaśnia za sprawą informacji umieszczonej na stronie domowej, ponieważ pod literą M ukrywają się cztery różne zastosowania czy też obszary zainteresowań tego projektu, a mianowicie:

- Maintenance - wg słów autora tej dystrybucji chodzi o narzędzia przydatne do ratowania systemu czy pokrewnych czynności, z który możemy skorzystać zwłaszcza w przypadku uruchamiania dystrybucji w wersji LiveCD (choć nie tylko),

- Multimedia - tutaj chyba nie ma potrzeby umieszczania dodatkowych wyjaśnień z mojej strony,

- Miniserver - w tym przypadku rozchodzi się o udostępnienie zestawu narzędzi do wykorzystania dla prostych zastosowań sieciowych,

- Mystery - czyli kolejny przykład "polskiej myśli translatorskiej", ponieważ niespecjalnie udało się autorowi przypasować odpowiednie słowo z angielskiego do omawianego zakresu zastosowań, bo o rozrywkę tutaj idzie, co de facto się sprowadza do kilku preinstalowanych gier.

Na początku sądziłem, że chodzi o cztery różne “profile” (coś w rodzaju spinów), na które można zdecydować się podczas instalacji, ale okazuje się, że dostajemy to wszystko w pakiecie. Autor po prostu wydzielił w menu programów 4 grupy wśród dostępnych na start aplikacji, które jakoś wpisują się w wyżej wymienione kategorie. Daleki jestem by mówić w tym miejscu o rozczarowaniu, ale mam wrażenie, że finalne otrzymujemy rozwiązanie nie przystają do tej dość wydumanej koncepcji nazwy, a przynajmniej ta ostatnia zdaje się obiecywać więcej niż w praktyce dostajemy. Ale zanim przejdziemy do konkretów z tą dystrybucją związanych, tym razem zacznijmy od końca, czyli od strony domowej oraz dostępnej dokumentacji. Niestety tutaj jest znacznie, ale to znacznie gorzej niż w poprzednio omówionym przypadku. Można chyba wręcz mówić o przepaści między tymi projektami i nie chodzi mi absolutnie o fakt, że tutaj również wszystko jest w języku angielskim. Nazywając rzec po imieniu: dla 4ML dokumentacji właściwie nie uświadczysz, ponieważ składa się na nią zaledwie kilka wpisów blogowych, które są czymś na kształt prostych przewodników dla bazowych czynności, takich jak chociażby instalacja systemu. Jest to o tyle zaskakujące, że 4ML nie wywodzi się bezpośrednio z żadnej z innej dystrybucji (podejrzewam, że może on być efektem wdrożenia w życie koncepcji Linux From Scratch), więc w praktyce niespecjalnie jest możliwość sięgnięcia po alternatywne źródła wiedzy. W przypadku jakichkolwiek problemów pozostaje właściwie jedynie forum tej dystrybucji, a ściślej rzecz mówiąc wątek poświęcony 4ML na portalu LinuxQuestions.org. Choć trzeba przyznać - z tego co przynajmniej tam zobaczyłem - autor tego projektu odpowiada w miarę szybko na pojawiające się sporadycznie zapytania.

Zacznijmy jednak od początku, tak jak to zwykło się najczęściej czynić. Instalacja sprowadza się tutaj do pobrania odpowiedniego obrazu, zgrania go na płytę lub spreparowania dysku USB, z którego będziemy mogli uruchomić 4ML w trybie LiveCD. Następnie trzeba odpalić instalator i tu nas spotka kolejne rozczarowanie: instalator jest mega uproszczony (w złym tego słowa znaczeniu) i de facto sprowadza się do odpowiedzi na pytanie, gdzie zainstalować pliki oraz czy będzie to jedyny system operacyjny na tym urządzeniu. Nic więcej i nic mniej, co oznacza, że miejsce na dysku należy przygotować wcześniej przy pomocy chociażby Gparted oraz nie ma możliwości wydzielenia osobnych partycji pod konkretne katalogi. Jest to duży minus dla osób takich jak, które na ten przykład preferują odseparowanie katalogu “home” od całości. Oczywiście dla chcących i potrafiących do dyspozycji pozostaje konsola i odpowiednie przerabianie plików konfiguracyjnych, ale chyba nie o to chodzi w całej tej zabawie, zwłaszcza że wydaj mi się, że 4ML w zamyśle miał być rozwiązaniem raczej dla początkujących niż “ciężkich użytkowników”. 

Niestety chciałbym powiedzieć w tym miejscu, że złe miłego początki, ale później lepiej nie będzie. Dlatego w ekspresowym tempie i po kolei. Przy pierwszym odpaleniu systemu z dysku zostaniemy poproszeni o ustawienie hasła dla konta root i później to na nim domyślnie będziemy działać, chyba że przyjdzie nam ochota wykreować konto użytkownika przy użyciu konsoli. Kolejna zastanawiająca sprawa to fakt, że każdorazowo po restarcie systemu chcąc rozpocząć pracę w środowisku graficznym musimy wklepać komendę startx, co jest o tyle dziwne, iż w wersji LiveCD nie ma takiej potrzeby - nie wiem z czego to wynika, ale dla mnie to mimo wszystko brak pewnej konsekwencji. No i rzecz najważniejsza: w przypadku używania 4ML właściwie można zapomnieć o korzystaniu z aplikacji innych niż te, który dostarczył twórca w wersji startowej. wprawdzie autorski menedżer pakietów zakłada taką instytucją jak wtyczki (addons), ale póki co niespecjalnie jest skąd je pobrać, a z tego co czytałem na forum, to chyba cały czas nie ma gotowych narzędzi, które w prosty sposób pozwalałby je przygotować ze źródeł albo “portować” z binnarek dla innych dystrybucji. O ile mogę stwierdzić, że dobór aplikacji przez autora jest przemyślany i dość trafny, to jednak jest to pierwsza dystrybucja z jaką miałem do czynienia, która została tak "okaleczona". Naprawdę trudno mi zrozumieć koncepcję systemu operacyjnego, który de facto nie pozwala uruchomić żadnej aplikacji ponad te, które są wraz z nim dostarczone.

Podsumowując: jeśli mam być szczery średnio rozumiem sens tej dystrybucji albo nieco inaczej sprawę stawiając muszę napisać, że nie do końca czuję, co jej twórca chciał osiągnąć podejmując takie, a nie inne decyzje zakresie kierunków rozwoju, a następnie upubliczniając efekt swojej pracy. Z jednej strony nie jest to rozwiązanie, które można nazwać szczególnie przyjaznym dla początkujących przez wzgląd chociażby na sposób instalacji czy wybór środowiska graficznego. Użytkownicy średnio zaawansowani lub chociaż bardziej wymagający będą totalnie rozczarowani ograniczeniami, o których wspominałem wcześniej. Zaś prawdziwi wirtuozi konsoli prędzej sami upichcą sobie własną dystrybucję albo zgłoszą swój akces (o ile rzecz jasna z jakiś powodów jeszcze tego nie zrobili) do społeczności Slackware czy innego Gentoo niż przesiądą się na to “hobbystyczne” rozwiązanie. Z drugiej strony trzeba przyznać, że jestem pod wrażeniem zaangażowania autora, który co najmniej od 8 lat rozwija w pojedynkę swój projekt i dość regularnie wydaje kolejne wersje własnej dystrybucji, co jednak nie zmienia faktu, że nie mam bladego pojęcia do kogo może być ona adresowana. Sam dość szybko się z nią pożegnałem i marne są szanse, bym kiedykolwiek do niej wrócił.

PLD

Jest to najdłużej rozwijana z wciąż “aktywnych” polskich dystrybucji, choć mam wrażenie, że lata świetności to distro ma już za sobą, więc byłem trochę zaskoczony informacją umieszczoną na macierzystej stronie, że to jeden z najbardziej aktywnych otwarto-źródłowych projektów na świecie. Nie jestem w stanie zweryfikować, czy kiedykolwiek tak faktycznie było, ale z całą pewnością od kilku dobrych lat twierdzenia to zdecydowanie nie przystaje do rzeczywistości. Warto jednak nadmienić, że początki tej dystrybucji sięgają jeszcze poprzedniego stulecia, ponieważ - jak możemy przeczytać na domowej stronie - projekt ten wystartował już w 1998 roku, choć początkowo jako repozytorium dla innej dystrybucji, by następnie rozwinąć się autorskie rozwiązanie.

Niestety -dla piszącego te słowa - twórcy (nie jestem pewien czy w tym wypadku liczba mnoga nie jest nadużyciem) tej dystrybucji trzymają się rozwiązań charakterystycznych dla tamtego okresu, ponieważ ich system posiada domyślnie wyłącznie tryb tekstowy oraz przy tym nie został wyposażony w żaden instalator, więc jego posadowienie na dysku twardym wymaga wklepania na konsoli kilkunastu zaklęć czy też modyfikacji w plikach konfigurujących. Pomny doświadczeń związanych z instalacją Arch Linuksa, tym razem darowałem sobie. Dlatego kończąc wspomnę tylko, że domowa strona PLD wpisuje się “ogólnopolski” trend, czyli jest wyłącznie w języku angielskim. Jedyny wyjątek stanowi lista najczęściej zadawanych pytań, gdzie możemy się poczuć jak w domu. Ale nawet w tym wypadku na samym początku natrafiamy na wyjaśnienie, że umieszczone tam odpowiedzi “to tylko tłumaczenie angielskiej listy często zadawanych pytań” i że wszelkie uwagi czy poprawki powinny trafiać w pierwszej kolejności do tej ostatniej. Trochę mnie to zdziwiło, bo miejsce pochodzenia tej dystrybucji stało się u zarania tego projektu częścią jego nazwy, choć z drugiej strony nawet wówczas była ona grą słowną w mowie Szekspira, czyli Polish(ed) Linux Distribution. Warto jednak zaznaczyć, że forum jest prawie w całości “po polskiemu”.

P.S. Dopiero kończąc ten teksy doszukałem się na stronie PLD w sekcji o powiązanych projektach, że została przygotowana wersja tej dystrybucji w wersji LiveCD uzbrojona w środowisko graficzne Gnome. Odpaliłem ją na wirtualce i po pół godziny klikania mogę powiedzieć, że prezentuje się przyzwoicie, jednak nie na tyle, by bawić się w instalację, która w moim wypadku sprowadzałaby się do mniej lub bardziej bezmyślnego przeklejania komend do konsoli. Tym samym nie zdecydowałem się na przeredagowania wcześniej powstałego materiału, ale chciałbym o tym wspomnieć dla osób, którzy być może znajdą w sobie więcej entuzjazmu i będą jednak chcieli wypróbować PLD.

Mabox

W przypadku tej dystrybucji również poszedłem na skróty, ale z zupełnie innego powodu niż wyżej i tym samym zainstalowałem ją na VM, choć zazwyczaj tego unikam. Niestety na podstawie aktywności (a właściwie jej braku) na stronie domowej Maboxa jak i na forum, mam niejasne przeczucie, że dystrybucja ta została już jakiś czas temu porzucona, choć póki nie ma oficjalnego potwierdzenia ze strony autora, to chyba lepiej będzie napisać, że jest ona w stanie bardzo głębokiej hibernacji. Pierwotnie nie planowałem nawet się jej przyglądać, lecz ze względu na to, że wcześniej omówione dystrybucje nie dały mi specjalnie dużo materiału poglądowego, postanowiłem ostatecznie dać szansę temu rozwiązaniu, którego nazwa skrywa w sobie istotę tego, z czym będziemy mieć do czynienia, ponieważ jest to zbitek słów “Manjaro” oraz “Openbox”. 

W związku z tym, że podstawa tej dystrybucji (Manjaro) jest mi nieźle znana, dlatego interesowało mnie przede wszystkim czy ten fork wnosi coś więcej do “oryginału” poza niezbyt popularnym - aczkolwiek przez pewną grupę osób bardzo cenionym - środowiskiem graficznym (właściwie to managerem okien)? Od razu pozwolę sobie odpowiedzieć na tak postawione pytanie, ponieważ tej dystrybucji również nie poświęcę przesadnie dużo miejsca: “oryginalne” środowisko graficzne to właściwie wszystko, czym Mabox może zanęcić amatorów Manjaro do ewentualnej migracji. Jednak w końcowym rozrachunku okazać się może, że to stanowczo za mała pokusa, bo przecież istnieją popularniejsze rozwiązania z tej gałęzi, które robią to w mojej opinii lepiej (ArchLabs), ale nawet samo Manjaro w ramach Manjaro-Architect ISO daje możliwość wyboru praktycznie dowolnego środowiska graficznego, więc zapewne również Openbox.

Z autorskich rozwiązań jest jeszcze coś co nazywa się Mabox Control Center, ale jest to po prostu coś w rodzaju wrappera na dostępne narzędzia w systemie operacyjnym, tak by użytkownik nie musiał biegać po rozwijanej liście aplikacji. Dodatkowo twórca udostępnił własne repozytorium, ale nie dane było mi się przekonać, co można było tam znaleźć, ponieważ było one przed dwa kolejne dni "testów" niedostępne, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu o terminalnym stanie tej dystrybucji. Niestety by zaktualizować system musiałem je w pliku konfiguracyjnym dla Pacmana wyhaszować, choć i tak nie oznaczało to końca kłopotów, ponieważ od razu pojawiły się informacje o konflikcie dwóch zależności w przypadku serwera X-ów, które w sposób siłowy musiałem rozwiązać.

Niestety to przelało czarę goryczy i po udanej aktualizacji poklikałem jeszcze z godzinę, góra dwie, głównie po to, by zainstalować na próbę ze 2-3 aplikacje oraz porobić zrzuty, które ewentualnie mógłbym dodać do wpisu. Obawiam się bowiem, że dla kogoś kto nie miał jeszcze okazji korzystać z dystrybucji archopodobnych, Mabox w obecnym stadium rozwoju stanowi skuteczną antyreklamę bądź co bądź udanej dystrybucji, jaką jest Manjaro. Dlatego póki co nie będziemy Maboxa przesadnie "promować".

By jednak nie kończyć opisu tego distro w tak jednoznacznie negatywny sposób, wspomnę jednak o czymś, co niewątpliwie wyróżnia ten projekt na tle pozostałych wcześniej omówionych. Otóż Mabox jest jedyną dystrybucją z nadwiślańskim rodowodem, która posiada oprócz angielskiej również polską wersję językową tak dla strony domowej jak i w przypadku forum, choć jeśli chodzi o to ostatnie to ze względu na jego aktywność (czy właściwie jej brak) niewielki z tego uzysk.

Podsumowanie 

Cóż można napisać na podsumowanie, mając świeżo w pamięci doświadczenia z produkcjami linuksopochodnymi z polskim rodowodem? Mógłbym oczywiście zacząć mniej więcej od tego samego, co zamieściłem na końcu wpisu o rosyjskich dystrybucjach, ale w tamtym przypadku moje rozczarowanie wynikało z nadmiernych oczekiwań, choć nawet wówczas pisałem to bardziej w konwencji żartu niźli faktycznie załamywałem ręce nad niedolą naszych wschodnich sąsiadów. Jeśli chodzi o bliższe memu sercu rejony, to niestety dostałem mniej więcej to czego się spodziewałem, więc jedyne czym mogę być zawiedziony w przypadku rodzimych projektów, to zdecydowane odcinanie się od lokalnego kontekstu, co jest szczególnie widoczne w kontrze do rosyjskiej specyfiki. Choć może słowo "zawiedziony" nie najlepiej tu pasuje - po prostu jestem trochę zaskoczony tym, że nasi krajanie - za jednym wyjątkiem - odpowiedzialni za te projekty wydają się niespecjalnie interesować własnym podwórkiem, co ma przede wszystkim wyraz w dostępności "materiałów" w ojczystym języku. Być może jest to efekt właściwego rozpoznania małej "chłonności" tego rodzaju rozwiązań w nadwiślańskim kraju (do czego osobiście nie jestem przekonany), ale ponieważ jest to dość charakterystyczne dla wielu dystrybucji, gdzie "English is first and only", więc bardziej mnie to dziwi (i to delikatnie) niż bulwersuje.

Abstrahując jednak od tej specyfiki i przechodząc do kwestii polskiego stanu posiadania w zakresie rozwiązań linuksopochodnych, to całość można skwitować zawsze aktualnym stwierdzeniem: mogłoby być jeszcze gorzej. Rzeczywiście poza bardzo udanym Sparkylinuksem są aktywne jeszcze dwa projekty, z których jeden (PLD) wydaje się być w fazie wyraźnie schyłkowej, zaś drugi (4ML) niespecjalnie rokuje na przyszłość i przy całej mojej sympatii dla zaangażowania jego twórcy jest niestety swego rodzaju "kaprysem". Nie można więc wykluczyć, że w niezbyt odległej przyszłości lista rodzimych dystrybucji może się stać jeszcze skromniejsza. I gdy sobie to uświadomiłem, to mimo wszystko jakoś tak smutno mi się zrobiło. Dlatego zakończę ten tekst - mam nadzieję pozytywną w swojej wymowie - opowiastką.

Otóż pewien zawodowy polityk z Trójmiasta obiecywał nam swego czasu, że uczyni z Polski drugą Irlandię. Prawdopodobnie nie szło mu wówczas o nagły wysyp systemów operacyjnych ze znaczkiem "Made in Poland", które zawojują linuksowy światek, choć jak wiadomo mieszkańcy Zielonej Wyspy mogą być akurat bardzo dumni z dokonań w tym obszarze. Przyznam się, że nie bardzo interesuję się polityką, więc nie wiem czemu wspomniany polityk za punkt odniesienia wybrał ten niewielki acz dumny naród (być może szło o naturalne sympatie wynikające z fizjonomicznych podobieństw). Faktem jest, że po kilku latach od tej deklaracji Ed Sheeran nagrał swoją pierwszą płytę, zaś Irlandii chyba w międzyczasie przytrafił się jakiś poważny kryzys gospodarczy. Ku refleksji.

P.S. Tak między nami, to do końca nie jestem pewien, co chciałem przekazać w ostatnim akapicie. Być może to odległe echo przysłowia o tym, że nieszczęścia chodzą parami, które usłyszane dziś przypadkowo, kołata mi między uszami. A może to nieuświadomiona chęć wyrażenie dezaprobaty dla wszystkich tych, którzy spółkują z firmą Tymka Kucharza. Niezbadane są ścieżki, którymi przebiegają impulsy elektryczne w naszych mózgach. W związku z tym ogłaszam konkurs dla wszystkich, którzy szczęśliwie dotarli do tego momentu. W jego ramach należy odpowiedzieć na pytanie: co bloger miał na myśli w ostatnim akapicie? Na autora najbardziej "poprawnej" odpowiedzi czeka nagroda w postaci lajkowania przez piszącego te słowa wszystkich komentarzy zwycięzcy w okresie jednego pełnego tygodnia oraz powstanie wpisu jakoś tam dedykowanego jego osobie bądź na zadany przez niego temat.